Zmieniam się, oddycham coraz głębiej. Rozumiem, kim jestem, staram się wierzyć, że wiem, po co tu przyszłam. Procesuje we mnie ogrom spraw, rzeczy do przemyślenia, do złapania, zrozumienia. Ostatni rok był jednym z najboleśniejszych, a co za tym idzie – jednym z najbardziej wzmacniających w sobie. Uśmiecham się do niego.

Lubię odwracać wektor, lubię spoglądać na dobrze sobie znane rzeczy z innej perspektywy. Lubię to, że zawsze mam wybór. Kiedyś bardzo zacietrzewiałam się w raz obranej ścieżce, każda inna pozbawiona była sensu. A dziś? A dziś przyjmuję to, co przychodzi, z pokorą. Nie wiem, dokąd mnie doprowadzi, wiem, że czasami bardzo boli, kiedy indziej robię dziesięć kroków w przód i osiem do tyłu. Jednak powtarzam sobie nieustannie, że to wszystko to proces, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Taka wiara bardzo pomaga, gdy łzy cisną się do oczu, a serce krwawi. To takie ludzkie – czuć lęk, tęsknotę. Teraz jednak przyglądam się im ze spokojem i zastanawiam się, o czym do mnie mówią, czego uczą? Czuję, że utraciłam coś bardzo cennego, jednak w zamian otrzymałam coś o wiele ważniejszego – naukę, głębsze zrozumienie siebie i świata. Lubię w sobie to, że zawsze staram się dostrzegać większy sens – inaczej bym zwariowała.

Gdyby nie styczniowe rozstanie, nie zrozumiałabym o czym jest miłość, jaka jest jej istota. Nie wiedziałabym też, że już się jej nie boję. I nie zdawałabym sobie sprawy, jak bardzo się bałam, i jak mylnie ją postrzegałam. A cały proces uzdrawiania siebie i tej relacji był dla mnie procesem otwierania się, zaprzyjaźniania – po raz pierwszy z bliskim sercu mężczyzną – a teraz też ukazywania swoich słabości i lęków, mówienia o nich, gdy się wydarzają, a nie gdy już je sobie w środku ułożę. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie to wszystko, nie doceniałam tych zmian, mojego otworzenia się, bo przecież kiedyś byłam tak poblokowana, że nie mówiłam nic, a dziś mogę mówić wszystko, samo przeze mnie przepływa i szuka ujścia w czyichś uszach.
Jestem dziś w momencie, gdy otwierają się przede mną oczywistości tego świata, które wcale nie są takie oczywiste.

Wczoraj spojrzałam na siebie z perspektywy czasu i zobaczyłam, jak wiele się podziało, jak urosłam, dojrzałam. Czy to nie było warte? Było. Dziś rozumiem swój strach i szanuję go, a jednocześnie działam pomimo tego, że jest we mnie żywy.

Dziś patrzę inaczej. Zawsze mam wybór. Mogę skupiać się na tym, co utraciłam, a mogę czerpać z tego, co zyskałam. Mogę utyskiwać, że stoję w miejscu, a mogę dostrzec, że gdy zwolniłam fizycznie, duchowo nastąpił ogromny skok. Mogę narzekać na świat, a mogę zacząć go zmieniać, a gdy nie mogę czegoś zmienić – mogę śmiało to zaakceptować, po co mam się spalać? Zawsze mam wybór. Mogę kluczyć w swojej głowie bez celu, a mogę starać się zrozumieć więcej. Mogę zamykać się w swoim milczeniu, a mogę wprost i najszczerzej mówić o tym, co myślę. Mogę utyskiwać, że czegoś nie wiem i ktoś widzi moje łzy, a mogę czuć wdzięcznośc, że mam komu je pokazać i że ten ktoś zrozumie.

Zwolniłam, wiesz? Złagodniałam, uspokoiłm się, zestarzałam jakoś malutko.
Kolejne cztery lata mam nadzieję spędzić w jednym mieszkaniu, w dwóch tych samych pracach. Mając codziennośc ułożoną i stabilną. I wcale mnie to nie boli, nie czuję, że muszę coś komuś ani sobie udowadniać. Pamiętam, jak jechałam do Norwegii pod koniec stycznia i pisałam „przeraża mnie to osiadłe życie”. A dziś je kocham. Dziś tworzę Dom. Na powiekach czuję pocałunek Spokoju.

To ciekawe – tak bałam się tego życia, a to właśnie ono dało mi po raz pierwszy poczucie, że nic nie muszę. Donikąd nie pędzę, nie mam spraw do załatwienia, ze wszystkim mierzę się na bieżąco. A tak naprawdę, to z niewielką ilością rzeczy muszę się zmagać, bo wszystko mam ułożone. Jestem w momencie, gdy wszystkie moje potrzeby są zaspokojone, a jeśli po coś sięgam, to nie z poziomu braku, tylko czystej chęci i ciekawości. Nie wiem, czy ten stan będzie trwał wiecznie, może moja dzika strona obudzi się za jakiś czas i zapragnie zmian. Zobaczę wówczas, wsłuchując się w siebie, co jest dla mnie najlepsze, czego pragnie moja dusza. Przecież życie to ciągły rozwój, stały proces.

Niezmiennie jednak mam w głowie Wolny Dom. Ten dom, w którym będę trzymać przestrzeń, w który mam nadzieję założyć Rodzinę. A na pewno zapraszać gości i organizować małe festiwale. To dla tego miejsca tutaj jestem i zaiwaniam jak dziki osioł. Ale po raz pierwszy w życiu nie czuję, że w międzyczasie coś mi ucieka, coś przegapiam. Nie, buduję sobie codzienność w Bergen i mam wszystko. Tańce, ceremonie, morsowanie, ludzi, gości, uśmiechy. Czuję dosyt. To tak wiele… A gdy w głowie pojawia się wizja podróży do Nepalu, uśmiecham się szeroko – im spokojniejszą i bardziej poukładaną rzeczywistość sobie stworzę, tym bardziej będę mogła szaleć, bo będę wolna brakiem poczucia braku.

Dobrze jest wrócić.

Z.

A zdjęcia… A zdjęcia są z wczoraj, autoportretami sudiuję siebie – stąd tytuł posta, stąd mój zapał do pisania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s