Jak streścić osiem miesięcy w jednym tekście? Nie wiem. Nie myślę o tym. Piszę. Piszę z potrzeby serca. Piszę z tęsknoty. Piszę, jak zawsze, by coś sobie poukładać. Piszę wreszcie, bo pisanie zawsze było moim drugim domem, a słowa najwspanialszym kochankiem. Ostatni tekst opublikowany tutaj był ciekawie zatytułowany „zdziczałam, nie wracam”. I nie wróciłam. 

Ale minęło parę miesięcy i czuję, że moja relacja z pisaniem jest taka jak z ukochanym przyjacielem. Możemy mieć siebie na co dzień, ale zdarzają być takie okresy, gdy na długi czas znikamy, rozchodzą się nasze drogi. Ale zawsze przychodzi moment, który szepcze „już”. Więc nie przepraszam, nie proszę, nie czuję wstydu, żalu do siebie. Robię, jak mówi serce, a serce milczało. Jednocześnie, tęsknota za tym, by przelewać słowa na klawiaturę była coraz większa. Tyle się przecież działo, a ostatnio wydarzyło się aż nadto i muszę to złapać, streścić, wyrazić i puścić. 

Od lipca życie mną rzucało, pytało, dawało i odbierało. Patrzę jednak na siebie i mam wrażenie, że jest dobrze. Cokolwiek by się nie działo, jest dobrze. Gdy płaczę, gdy krzyczę, gdy brakuje mi tchu – głęboko w sobie mam spokój. To on zdominował jesień i zimę. Choć najpierw rządziły tam żałość i dużo lęku. 

Latem poznałam wspaniałego człowieka, związaliśmy się. A ja się bałam. A ja się zamknęłam. A ja uciekałam, choć tak bardzo chciałam być. Do głosu doszły schematy działania, stare nawyki, demony. Wygrały tę walkę. Po blisko pół roku miłości, która mogła być przepiękna, rozstaliśmy się. Spakowałam trzy kartony książek, torbę ubrań, dwa woki karmy dla psów i wyjechałam do Norwegii. Płakałam – wciąż mi się to zdarza – jak bóbr. Z jednej strony czuję do siebie żal, do nas go czuję, a z drugiej – akceptuję kolej rzeczy, wiem, że cała ta sytuacja, która w mojej duszy i sercu wypaliła kawałem żelaza wielką dziurę, była ważna i potrzebna. Była dobra, bo dziś rozumiem doskonale, jak powinna wyglądać relacja, o co w niej chodzi. Jak dobrze, zdrowo, nietoksycznie, spokojnie i z czułością może być. Co się liczy, co jest ważne, czego unikać. Nad czym pracować. Dostałam ogromną lekcję. I dziś nie mam siły, odwagi ani chęci myśleć, że to zaprocentuje w przyszłości, ale wiem, że jestem innym człowiekiem. Czuję, że nie popełnię tych samych błędów, miałabym za dużo do stracenia. 

Jesień była o problemach i niemocy. O leżeniu w łóżku całymi godzinami. O uciecze od świata. O poczuciu bezsilności i braku nadziei. Trwało to miesiąc-dwa. Wystarczyło, by pokazać, że nie chcę tak działać. Nie chcę się poddawać. Chcę, choćby małymi krokami, zawsze coś robić i iść do przodu. Za bardzo zależy mi na życiu i na tym, co mogę stracić przez bezczynność. Ale to też był ważny moment – zrozumiałam, że zawsze mogę – i już umiem – powiedzieć „pas”. I że nie chcę tego robić. Choć gdy życie przytłoczy, będę umiała nie udawać twardzielki. 

Patrzę na kłody, które od jakiegoś czasu pod nogi rzuca mi kosmos. O tym nieszczęsnym rozstaniu, gdzie do końca w głowie nieśmiało miałam ślub – ale ja zawsze Wam mówiłam, że jestem naiwna i jak coś robię, to porządnie, albo wcale – a wyszłam z domu z walizką. O fatalnym samopoczuciu po przyjeździe do Norwegii, o kolejnym składaniu siebie na nowo. O niedawnych wydarzeniach, gdzie facebook usunął stronę mojej fotografii nad którą pracowałam latami. O tysiącach ludzi, którzy tam byli i z którymi jako tako straciłam kontakt. (Dlatego od razu zapraszam Was tutaj instagram.com/kochaj.sie). O szukaniu domu do wynajęcia i braku odzewu. Patrzę na to i…po prostu jestem. To nie tak, że odcięłam się od emocji i uczuć, nie. Po prostu – akceptuję to wszystko, co się wydarza, mocno i szczerze wierząc w to, że każdy kryzys jest szansą rozwoju. Że trzeba spaść na samo dno, by się od niego odbić z podwójną mocą. Że żyję w czasie jakiegoś przełomu, który teraz wydarza się w przyspieszonym tempie po to, by niedługo było pięknie. 

Czasami myślę sobie, że mam dość. Że już nie chce mi się walczyć, składać od nowa, zaczynać od początku, po raz n-ty spadać na cztery łapy i zawsze ogarniać. Myślę sobie, że to okrutnie niesprawiedliwe, tak dostawać w pysk raz za razem i że strasznie mnie złości to, że największe lekcje bolą najbardziej. A później przypominam sobie, że tak ma być. Że to one sprawiają, że jestem coraz silniejsza. Że dzięki wszystkiemu, co mnie spotkało, jestem dzisiaj tu gdzie jestem, robię to, co robię i chcę więcej. Jejku, ja naprawdę zawsze chcę więcej. I wierzę, że to dostanę. I tak jest. 

I mimo że czasami powtarzam „akceptuję” z całkowitym spokojem, to oczy mi bledną i w piersi jest dziura, a szept przypomina ten wypowiadany z uporem maniaka. A później czuję przypływ inspiracji, energii do działania. Każdy kryzys, każdy upadek, każdy problem podświadomie traktuję jako sposób na rozwój. W pokrętny sposób cieszę się na nie, zawsze byłam kujonką. Te wszystkie zdarzenia każą odpuścić sobie przywiązywanie się, a wzmacniają wiarę w siebie i w to, co robię. W to, że warto. Zawsze, do samego końca. 

Dziś, po tych miesiącach ciszy tutaj, jestem inną Zosią. Znowu. Mam w sobie mnóstwo ufności, ciepła, miłości. Jest we mnie ocean spokoju i pogodzenia, a gdy trzeba – walę pięścią w stół. Ta Zosia nie złorzeczy kosmosowi, gdy ten daje jej w kość, tylko obserwuje, co on planuje. Dokąd to prowadzi. Patrzę z absolutną pewnością, że wszystko się ułoży. I mam ją nawet wtedy, gdy czuję, że ten spokój jest zautomatyzowany, że moje ruchy, codzienność, podejmowane akcje też są zautomatyzowane. 

Ostatni miesiąc wlał we mnie melancholię i przypruszył kurzem smutku iskierki w oczach. Nie ma we mnie tej skaczącej radości, choć promienie słońca wciąż wpadają do serca i serdeczność wylewa się na zewnątrz. Nie wiem, czy ta melancholia zostanie ze mną na zawsze, dziś pozwalam jej być. Pozwalam być łzom. Pozwalam sobie na wszystkie emocje, bo żadne z nich nie są złe. I działam, mimo że to chyba siła rozpędu. Ale wiem, że to też minie i będę na właściwych torach. 

Dostałam od świata piękny dar, który kocham. Słowa i oczy. Oczy, którymi widzę świat, wchodzę w głąb dusz i pokazuję je w pełnym blasku. I słowa, którymi tłumaczę sobie świat, jednocześnie pokazując go innym. I odwagę, wieczną odwagę do wstawania z kolan i robienia tego, do czego rwie moje serce. Dzięki nim przyciągam niesamowitych ludzi, za których jestem ogromnie wdzięczna. Tworzę społeczność tych, którzy są wiele warci. Dziękuję. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s