W życiu wychodzę z paru założeń. Jedno z nich mówi, że wszystko jest po coś, nic się nie dzieje bez przyczyny, a przypadki nie istnieją. Inne zakłada, że istnieje reinkarnacja i w każdym wcieleniu mamy do odrobienia jakąś lekcję. Całe to życie jest nauką, dzięki której możemy narodzić się na nowo w wyższej formie naszego istnienia. Ostatnio dwukrotnie usłyszałam pytanie o to, co jest sensem życia? Odpowiedziałam, że według mnie jest nim wolność, stałe szczęście i poczucie spełnienia. Co więcej – myślę, że sensem życia jest umiejętność dostrzegania celowości w każdej sytuacji i zdarzeniu, których jesteśmy świadkami i których doświadczamy. 

Z tą wiarą łatwiej idzie mi się przez życie. Spokojniej. Gdy coś się przydarza, myślę o tym, analizuję, wyciągam wnioski. Zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej, po co mi to było, co mi dało? Staram się natychmiastowo odrabiać zadaną mi lekcję, bo kosmos ma to do siebie, że jeśli nie nauczymy się czegoś od razu, to później podrzuca kolejne zdarzenie, które ma nam otworzyć oczy – za każdym razem jest to boleśniejsze i trudniejsze. A ja nie lubię niepotrzebnie cierpieć. Już nie.

Mam wrażenie, że od paru lat jestem na etapie, w którym uczę się o relacjach, o związkach, o byciu z ludźmi. Musiałam dostać parę razy mocno po głowie, wypłakać jedno morze łez, wejść dwa razy do tej samej rzeki, raz schować dumę do kieszeni, by coś zrozumieć. Ba! A ile tego było… Uczę się od czterech lat i wciąż mam wrażenie, że tak niewiele wiem. 

Coś tam jednak pojęłam. Pojęłam, że ludzie nie są tacy kolorowi i kochani, jak by się wydawać mogło.
Wciąż kocham ludzi, kocham świat, staram się go rozumieć coraz lepiej. Jednak – biorę na nich poprawkę. Wiem, że często zwodzą, zawodzą, ranią, odchodzą, manipulują. Często robią to z niewiedzy, karmieni schematami wyniesionymi z rodziny, z dzieciństwa, z podświadomych bojaźni. Często nawet, gdy robią to świadomie, jest to rodzaj maski, albo ochrony przed światem. Ale nie chcę już wszystkich tłumaczyć, już z tego wyrosłam. Moja Przyjaciółka zwykła mawiać „tylko skrzywdzeni ludzie krzywdzą, ale krzywda nie usprawiedliwia krzywdy”.
Jednak – mimo wszystko, nie zamykam się na ludzi, nie skreślam ich na starcie. Przecież zamykając się na jakąś relację, mogę stracić szansę na coś pięknego. A jeśli się nie zamknę, to może i zostanę zraniona, ale tego, co przeżyję, nikt mi nie odbierze. 

Dlatego też, przestałam bawić się w ratowanie ludzi na siłę. Jeśli ktoś chce mojej pomocy, pomogę o każdej porze dnia i nocy. Za swoimi przyjaciółmi skoczę w ogień i sprzedam duszę diabłu. Jednak jeśli ktoś obiecuje poprawę, ale nic z tego nie wynika; jeśli ktoś chce, bym za niego rozwiązywała problem albo, co gorsza, niespecjalnie problem dostrzega – mówię pas. Za bardzo siebie szanuję. 

Za bardzo też szanuję siebie, by być w relacjach, które ściągają mnie w dół. Niedawno usłyszałam słowa piosenki: „Jeśli nie chcesz, żebym upadł, przestań mnie popychać”. Byłam w takich relacjach. Poświęcałam siebie, starałam się, zmieniałam swoje przyzwyczajenia. No i… Jeden człowiek zniknął, zostawiając mnie z kilkunastoma tysiącami długów, ktoś inny nie wykorzystał szansy, danej dużym kredytem zaufania, a przecież – jak inni przed nim – zapewniał „ja nie jestem jak wszyscy”, od innej osoby usłyszałam „przestań się tak głupio cieszyć, irytuje mnie to”. To jaka mam być – taka, jaką jestem i trwać w tym, co czuję całym sercem, czy być Twoim o mnie wyobrażeniem i z wolnego ptaka stać się kanarkiem zamkniętym w złotej klatce, mającym śpiewać tylko jednym trelem, bo inny drażni uszy? Nie kupuję tego. 

Pierwszą lekcją o toksycznych relacjach były słowa „nie ma miłości bezwarunkowej, nie możesz pozwolić komuś wejść sobie na głowę i zgadzać się na wszystko, nawet na rzeczy, które cię drażnią czy ranią; zdrowy związek może nie ma oczekiwań, ale ma wymagania – akceptuj człowieka i kochaj takiego jakim jest, ale nie bój się stawiać granic, mówić głośno o tym, co się drażni, złości, boli”. W ogóle nie bój się mówić „nie” – jeśli zamiast zmuszenia się do czegoś, zrobisz coś, co sprawi Ci przyjemność, na pewno i Tobie i drugiej osobie wyjdzie to na dobre.

Drugą lekcją były moje uczucia – bo dlaczego za każdym razem, gdy z kimś byłam, spadałam w otchłań? Może dlatego, że słyszałam „niespędzanie czasu razem jest stratą czasu”, a ja przecież ogromnie sobie cenię swoją wolność i samotność. Zresztą, ostatnio usłyszałam, że takie słowa wcale nie mówią o tej stracie czasu, a o tym, ze ktoś nie umie być sam ze sobą.

A może dlatego, że w partnerach szukamy swojej matki lub ojca? A jeśli rodzica nie było, to szukamy emocji związanych z jego brakiem. A że mojego ojca nie było w moim życiu, to podświadomie lgnęłam do mężczyzn, którzy mieli podobne cechy i sprawiali, że czułam się niechciana, niedoceniana, mała. Mężczyzn z wybujałym ego, dużym uporem, wieloma problemami ze sobą, chęcią zwrócenia na siebie uwagi, mężczyzn wiedzących lepiej i dających sobie prawo do tego, by mówić rzeczy bolesne i manipulować. No kto by nie spadł w dół? 

Wiedziałam, że aby zmienić swoje relacje damsko-męskie, muszę naprawić relację z ojcem. Po to, by przerwać cykl, który ciągnął się od pokoleń i jasno wskazywał, że kobiety w mojej rodzinie nie miały dobrego kontaktu z tatą. By dać szansę potomkiniom na lepsze z ojcami relacje. Przede wszystkim zaś, by wyczyścić to, co między mną a nim – bo skoro od lat trwamy w niewypowiedzianym, w konflikcie, w niepewnościach, to trzeba to rozwiązać raz na zawsze; po pierwsze, by mieć spokój w tym życiu, a po drugie – by nie musieć odrabiać tej lekcji w kolejnym wcieleniu, spotykając się ponownie. 

Jednym z moim zaburzonych podjeść było: „im więcej o mnie wiesz, tym mniej Ci ufam”. Dlatego nie umiałam przyjaźnić się z facetami, zawsze wmawiałam sobie jakieś drugie dno, bałam się, że ktoś może sobie coś pomyśleć, zechcieć. A później usłyszałam: „w relacji damsko-męskiej zawsze będzie podtekst, to naturalne, to chemia; pytanie, co z tym zrobisz, o ile cokolwiek; możesz ten podtekst po prostu zaakceptować, cenić sobie faceta jako przyjaciela i na tym skończyć, nie musisz się bać”. I…przestałam się bać, a przynajmniej próbuję, wciąż uczę się ufać i toleruję podtekst, wiedząc, że czasami on po prostu jest. 

Wiem, co jeszcze po prostu jest – życie. Dlatego nie gdybam. Jeśli coś się wydarzyło, to znaczy, że nie mogło wydarzyć się inaczej, jeśli decyzja została podjęta, to dlatego, że była najlepszą możliwą. I już. Kolejny cytat ”co by było, gdyby nie było tego, co było?”. 

A na koniec powiem Wam jeszcze jedno. Miłość, przyjaźń, bycie z ludźmi to jest ciężka praca. Nie mówię o pracy syzyfowej, która nie wnosi niczego dobrego i nowego, a tylko wypruwa flaki i staje na rzęsach bez sukcesów. Mówię o pracy jako o ogromie rozmów, chęci zrozumienia drugiego człowieka i szacunku do niego. To masa czasu włożonego w tworzenie wspólnego piękna. To pójście na kompromis – by połączyć moje życie z Twoim życiem i mieć jeszcze nasze wspólne. Mieć czas dla siebie, dla nas i dla innych, w niczym się nie zamykać i niczego nie zaniedbywać.
Miłość to wybór – to z tobą chcę pracować, zadawać sobie trud, ciebie poznawać. Miłość to wybór – to z tobą chcę się zestarzeć, codziennie zachwycając się nami. Miłość to dobre chęci, tu nie trzeba disnejowskich motyli, romantycznych wzlotów. Tu trzeba wzajemnej ufności i przyjaźni i dbania o to, by drugi człowiek był wolny i szczęśliwy. Bo wiecie – zawsze zależy tylko od nas – some people come for a reason, some for a season and some for a lifetime. To od nas zależy, w jakiej to się wydarzy konfiguracji.

1 komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s