Za nami siódmy tydzień. Jakiś taki udeczka tragiczny w skutkach.

3200 km na liczniku.
Jedno tankowanie (zasadniczo, to uważam, że obostrzenia związane z koronawirusem – skądinąd zresztą totalnie wyssane z palca – mogłyby zniknąć i cała sprawa odejść w niepamięć, jednak ceny paliwa (3,80-4 zł za ON) mogłyby zostać).
Pyszne obiady i pasta ze słonecznika zrobiona na dwa dni, która zniknęła podczas jednego śniadania.
Dwa ulewne dni, w których solary totalnie nie ogarnęły, kiedy prądu było tylko tyle, by naładować telefon. A ja akurat miałam pisać trzy ważne teksty.
Jedno mrożące krew żyłach (wspomniałam, że bywam panikarą?) rzężenie przy kole (na moje ucho).
Jedna misja „traktor”.
Jedna wizyta u mechanika.
Jedno pęknięte lusterko boczne.
Jeden (niezależnie od siebie) połamany w dwóch miejscach zderzak.
Jedne mocne i przełomowe rozkminy przy pełni księżyca.
Hm…nie najlepsze to podsumowanie, tak sobie teraz myślę. 

Ten tydzień upłynął głównie pod znakiem wydostawania się (i Kostka, a może jego przede wszystkim) z opresji.
Zaczęliśmy od soboty. Stanęłam na polnej drodze, tuż przy polu pięknie kwitnącego rzepaku. To tutaj chcieliśmy spędzić noc. Po paru godzinach przyjechał pan, który nieopodal nas chodził wśród kwitnących roślin, licząc je (poddaję się, nie mam pojęcia, co on tam robił). Zagailiśmy rozmowę, gość okazał się być właścicielem pola, przesympatycznym zresztą. Zasugerował, bym na łące, która graniczyła z dróżką, wykręciła i stanęła przodem do wyjazdu, bo w nocy może lać i auto ugrzęźnie w błocie.
No i powiedzmy to głośno – nie mówił do mnie, tylko w czasie całej rozmowy patrzył na Piotra, nawet gdy ten powiedział, że to ja jestem kierowcą.
Oceniliśmy więc swoje szanse, poobserwowaliśmy niebo i…wjechaliśmy na łąkę. Grunt był nieco grząski, maleńka górka, ostry zakręt. Kostek nie podołał. Zostaliśmy (zmuszeni) na tej łące dwie noce – do poniedziałku.
Trzeba nam było traktora, który pomógłby Kostka wyciągnąć. Nie chcieliśmy gospodarzom psuć weekendu i tylko modliliśmy się, by styknęło nam wody. W poniedziałek z samego rana traktor sam przyjechał do nas. Młody chłopak kierujący nim okazał się być właścicielem łąki i z uśmiechem zgodził się pomóc. Od pani z sąsiedniego domu pożyczyliśmy liny. Podpięliśmy je pod hak, których dwa mam pod maską, zaczepiliśmy…lewarkiem i udało się wyjechać na szosę. Pierwsze czekolady – za pomoc – zostały z wdzięcznością rozdane.

Od wyjazdu z łąki coś rzęziło mi przy prawym kole. Jeden dzień, drugi. Zazwyczaj nie panikuję, ale jeśli chodzi o auto – wolę działać od razu, bo nigdy nie wiadomo, czy za moment nie posypie się coś więcej i roboty (i kosztów) będzie osiem razy tyle. Myślałam, że zaczekam z tym do przyjazdu do Poznania, ale to było dopiero dwa tygodnie później albo do Krakowa – ale z tym z kolei musiałabym czekać tydzień. Chciałam znaleźć mechanika w nawigacji, ale stwierdziłam, że – jak to ja – pójdę na żywioł i zajadę tam, gdzie zawoła mnie serce. Serce zawołało w okolicach Lanckorony, wjechaliśmy w bramę, przedstawiłam sprawę. Chłopak, bardzo miły, zapytał szefa, czy uda się ogarnąć tę sprawę. Szef kazał mu zobaczyć co to i okazało się, że to jednak nie koło, a spaw przy tłumiku umarł i trzeba zespawać na nowo. Na szczęście panowie znaleźli chwilę i w ciągu pół godziny wszystko było naprawione, a przy okazji jedna guma, która zaczęła murszeć – wymieniona. 

Kraków nie okazał się być milszy. Pierwszego poranka, gdy mijałam na wąskiej drodze z auto inpostu, pan kurier nie był łaskaw podjechać bliżej krawężnika i waląc środkiem, zahaczył lusterkiem o lusterko – i moje pękło się na trzy części. Dobrze, że to z jego winy, a nie z mojej, bo to nie na mnie spadnie siedem lat nieszczęść… Nie żeby coś! Facet pojechał dalej, ja pojechałam dalej – na sesje.
Specjalnie wyjechałam dwie godziny wcześniej, w razie zgubienia się w mieście, czy cokolwiek. Nie spodziewałam się jednak, że opóźnienie zostanie spowodowane tym, że…w Kostka wjedzie autobus. Grzecznie stałam na światłach, a pan chciał nas ominąć z prawej strony, spieszył się i zahaczył swoim przodem o mój zderzak. Gdy się człowiek spieszy… Na jego szczęście, facet zatrzymał się na przystanku, spisaliśmy oświadczenie, dziś wysyłam je do ubezpieczalni. Szkoda jest niby mała, ale czort wie, czy dostanę części i czy nie będzie z tym problemu, w końcu Kostuś ma już trzydziestkę na karku… Ahoj przygodo.

Ale! Było też miło. Szef zakładu, w którym zespawali tłumik, gdy wypisywał fakturę, zagadnął mnie, dokąd jadę i jak się żyje w taki sposób, w jaki żyję. Chwilę pogadaliśmy o pracy i o pasji. Niebieskooki uśmiechnięty mechanik stwierdził „bo wie pani, najważniejsze w życiu to robić to, co się kocha, by nie obudzić się po setnym dniu w znienawidzonej pracy, czując, że życie ucieka przez palce”. Święta prawda.

No a księżycowe rozkminy… O nich pisałam w ostatnim liście do Patronów na patronite – jeśli chcecie o tym przeczytać, śmiało możecie mnie wesprzeć i dostawać w zamian cud treści. Warto! 

A dziś zostawiam Was ze zdjęciami. Cud zdjęciami, mimo deszczu, potu, wypadków i chichotu losu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s