Kolejny tydzień. To już szósty. Jakieś czterdzieści pięć dni.
To pierwszy tydzień bez żadnej kontroli mundurowych.
Czas spędzony z najbliższymi moimi przyjaciółmi. W cztery osoby, z pięcioma psami.
Na liczniku 2700 km.
Jedna wymiana butli (która padła po 27 dniach od ostatniej zmiany, po około dwóch tygodniach, odkąd wybuchło ogrzewanie – także trzyma naprawdę ładnie).
Codzienne uzupełnianie wody, bo 100 litrów na cztery osoby wystarcza na mniej więcej dobę.
Śniadania, obiady i kolacje spędzane wspólnie.
Dwa filmy obejrzane przy akompaniamencie zacinającego deszczu („Hejter”…liczyłam na więcej; „Boże Ciało”…klasa sama w sobie).
Pierwsze lekkie ugrząźnięcie Konstantego w błocie, którego trzeba było porządnie rozbujać i wypchnąć z łąki.
Pierwsza prawie cała wypstrykana rolka filmu z Pentaxa w czasie nomadzkiego życia.
Jeden mail, który sprawił, że poruszę niebo i ziemię w pewniej sprawie. Bo wiecie – nawet najbardziej cierpliwe jednostki mają swoje granice, których lepiej nie przekraczać, bo cicha woda brzegi rwie.
Odwołane wszystkie festiwale, na które wybierałam się w tym roku i kolejny mail od linii lotniczej o treści „twój lot został anulowany”. Czy wspominałam, że rok 2020 miał być rokiem podróży zagranicznych i festiwali? Dobrze, że kampera udało mi się kupić wcześniej…

To tydzień o wolności. Wolności w mówieniu, gdy można rozmawiać o wszystkim i się nie bać. Gdy padają słowa „przysięgam, że nie kłamię”, „obiecuję, że tak zrobię”, a ja nie mam żadnych wątpliwości co do szczerości i siły intencji. Wolności w obyciu i byciu – gdy rozbijaliśmy obozowisko nad brzegiem Sanu, psy skakały wokoło, Dziewczyny rozkładały koce, ja wstawiałam wodę na herbatę, a Piotr szedł biegać.
Wolności w swoim ciele. Gdy pogoda była piękna, słońce grzało, a ja jednego dnia usiadłam na kocu rozłożonym na łące, wzięłam nożyk do golenia i ogoliłam nogi, a kolejnego popołudnia rozebrałyśmy się w trójkę do naga, wzięłyśmy ręczniki i poszłyśmy wykąpać się do rzeki. Na luzie, w śmiechu, zabawie i radości. Dziecięcej radości i swobodzie, bo przecież ciało to tylko ciało, a że jest ono też „aż” ciałem, to warto rozkoszować się z nim życiem na spółkę. 

To tydzień o bliskości. O poczuciu, że wokoło są ludzie, z którymi można konie kraść i różaniec odmawiać (choć osobiście wolę robić tylko to pierwsze). Ludzie, którym można zaufać i powierzyć największe sekrety. Ludzie dobrzy, szczerzy, prostolinijni, z sercem na dłoni. Przyjaciele, rodzina, najukochańsze istoty, takie do budowania wspólnego świata i kumulowania najlepszych wspomnień. Do bycia z – w magiczny sposób. 

To wreszcie tydzień o pięknych widokach. O zielonych wzgórzach, o strzelających białymi i różowymi kwiatami jabłoniach i wiśniach. O kwitnących na żółto obłędnie pachnących polach rzepaku. Wąskich podkarpackich drogach i zawijasach pogórza przemyskiego, przekwitających już magnoliach i witających się bzach. O drewnianych starych domach bez płotu, położonych w malowniczych miejscach. 

No i na końcu – to tydzień o domu. Bowiem na jednym z tych wzgórz, wśród żywo zielonych drzew, między łąkami a polami, z lasem u dołu – stał dom. TEN dom. Ten mój jedyny i wyśniony. Duży, ale nie za duży (taki, by można było – poza salonem i sypialnią, i biurem ewentualnie – znaleźć miejsce dla dwóch pokoi dla gości), z tarasem na długości trzech ścian, wielkimi drzwiami, gankiem. Ze stodołą, którą można by odrestaurować i zrobić tam miejsce, w którym raz za czas zjeżdżaliby się ciekawi, inspirujący ludzie i opowiadali o sobie i swoim życiu, gdzie można by organizować koncerty i opowieści ze świata podroży i magii. Dom z wielką lipą przed nim, ze studnią, ze starą kapliczką, z której ktoś ukradł świątka, a ja wstawiłabym do niej buddę. Dom ze snów, pełen historii, bez sąsiadów wokoło, z widokiem na łąki i las, do którego prowadzi polna droga.

Dom, w którym spędzę Boże Narodzenie 2030, bowiem daję sobie dziesięć lat (po drodze przecież muszę odwiedzić Nepal, a ta podróż zajmie mi około trzech lat) i spełniam to marzenie. No…plan w zasadzie. Bo mam to w głowie od jakiegoś czasu – by mieć totalnie swoje miejsce na ziemi, bowiem wolność wolnością, podróże podróżami, ale potrzeba swojej przestrzeni i domu jest u mnie przeogromna.
Starzeję się? Hm. Nawet jeśli, to dobrze mi z takimi objawami. Teraz pozostaje tylko zakasać rękawy, zarobić kasę, by nie wikłać się w kredyty i to zrobić. A później mieć kozła Gustawa i kozę Klementynę. I nowofunlanda Lusię. I móc wyjść rano z kubkiem kawy boso na trawę, słuchać śpiewu ptaków, liczyć stokrotki na łące i czuć, że tutaj przynależę. To ważne. 

Ten tydzień był piękny. Tak jak te zdjęcia. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s