Dzisiaj przekroczyłam granicę Podkarpacia. 
Za nami 4 tygodnie podróży.
1950 km. 
Łącznie cztery spotkania z policją i jedno ze strażą graniczną.
Jedna goła babka, której odpadła głowa na wertepach.
Jeden wybuch ogrzewania, po którym ono umarło.
Pierwsze wieczory, gdy nie musiałam włączać grzejnika (gdy jeszcze działał). 
Dwa lisy napisanie i wrzucone do koperty dla Patronów (dziękuję, że mnie wspieracie).
Jedno nowe wielkie marzenie, które po dwóch dniach weszło już w fazę „realizacja”. 
Jedno zaplanowane ognisko dla każdego, kto ma ochotę się spotkać i pobyć. 7-9.08.

Ten tydzień upłynął pod znakiem mojego braku umiejętności liczenia (wiedzieliście, że przejechawszy 100 km z 200 wciąż można mieć 200 km do celu?), trwonienia czasu w internecie (gdy miałam zasięg) i ogromnej aktywności na kochaj (gdzie Was serdecznie zapraszam).
To tydzień, gdy sfotografowałam piątą serię autoportretów i setki strzelających w niebo wiosennych pąków.
To tydzień dziesiątek godzin spędzonych na rozmowach telefonicznych z tymi najbliższymi i tymi ciut dalszymi. Najpiękniejsze zachody słońca, najsmaczniejsze obiadokolacje z resztek jedzenia, leżenie w trawie i gapienie się w słońce. Tekst o trzeźwości i humorystycznej wizycie straży granicznej. 

Czuję, że żyję. Że jestem na swoim miejscu. I nawet gdy to nieszczęsne ogrzewanie wybucha, baterie w aparacie z zimna wyładowują się w nocy, laptop niekiedy odmawia współpracy, z drzwi odpadł jeden zawias, to wciąż jest super. 

Myślę sobie „a nie da się podmienić spraw „trudnych” na „miłe””? A później wiem, że te, które dostaję, uczą najwięcej. I już nie narzekam, łapię każdą lekcję.

Rozkoszuję się swoją wolnością, tym, że mogę robić, co chcę, gdzie chcę, kiedy chcę. Że nikt i nic mnie nie blokuje, że nie ma „a mogłaś”, „a powinnaś”, „a bo mieliśmy”. Mogę być egoistką i nie będzie w tym nic złego. Mogę jednego dnia jeść odżywszy dahl, a drugiego wafle ryżowe o smaku pizzy. Mogę biegać nago po łące i robić sobie zdjęcia. Mogę żartować z panem na stacji i panią w sklepie. Mogę od policjantki słyszeć „o, to Pani!”, a strażniczce granicznej dawać autograf. Mogę kląć na czym świat stoi i dokąd zmierza polska polityka. Mogę chodzić spać o pierwszej, albo wręcz przeciwnie – wstawać o szóstej.

Jednego dnia jadę sto kilometrów, kolejnego stoję trzy noce w jednym miejscu, kąpię się w rzece, obserwuję rudzika, liczę wielkie stado saren. Na brak zajęć nie narzekam. 

I wiecie co? Podjęłam decyzję. Jedno wielkie marzenie spełnione, czas na kolejne. Ostatnio odrzuca mnie myśl, by latać samolotami, a największym marzeniem zawsze był Nepal. W 2022 roku – o ile świat się nie skończy – zamierzam pojechać tam Kostkiem z psicami. Przejechać ok 12 tys kilometrów w jedną stronę, przez ok 15 państw w obie. Jechać rok, dać sobie czas w Himalajach, rok wracać. Moi bliscy zareagowali tak: „o, super, wiem, że to zrobisz, dawaj znać, gdybyś czegoś potrzebowała”. Toteż zaczynam odkładać kasę i planować trasę. I za dwa-dwa i pół roku będę nadawać do Was gdzieś z Azji (pamiętacie, jak dwa lata temu pisałam Wam, że planuję kupić kampera?). Trzymajcie kciuki – a jeśli chcecie pomóc mi w drodze do tego marzenia, możecie wesprzeć mnie na Patronite (założyłam sobie już osobną kopertę, gdzie wrzucam kasę na tę podróż). 

Łapcie zdjęcia! Ach…i super, że tu jesteście!

PS. Ostatnie cztery tygodnie byłam totalnie sama, w najbliższe cztery tygodnie prawie codziennie będę dzielić z kimś przestrzeń. Jaram się.

Dzień dwudziesty piąty, szósty, siódmy i ósmy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s