Wczoraj minęły równiutkie dwa tygodnie, odkąd wyruszyłyśmy w nowe życie. 

To był szalenie emocjonujący tydzień, wiecie? Emocjonujący, pełen sukcesów, złości i beznadziei. Taki…że można by go do szuflady schować. Ale można by też o nim napisać. Bo – jak to stwierdziła pewna cud dusza – gdy ktoś ma swoje ideały, które są całkiem sensowne, to nie musi wciąż rozpływać się nad cudami świata, może się też wkurwić na pewne sprawy i na pewno będzie mieć podobną moc sprawczą. Wskaże to, co nie powinno mieć miejsca. Nie trzeba być zawsze miłym i kochanym, można być też złym i dosadnym. To też jest ok, to też jest prawdziwe. To też jest dobre. 

No więc taki był ten tydzień. Bardzo gęsty, brudno-złoty.
 
Pełen sukcesów, bowiem zaczęły się „pierwsze razy”, bardzo poważne, ma się rozumieć. Pierwsza wymiana butli z gazem, co nie było takie łatwe i oczywiste, jakby się wydawać mogło (pamiętajcie, butle mają odwrotny gwint i kręcimy w prawo, a nie w lewo, by pozbyć się plomby i odkręcić reduktor…ja tego nie wiedziałam). I kupno nowej – ma się rozumieć – a że przez pandemię nikt ze stacji nie mógł mi pomóc, to i załadowanie jej sobie na pakę i zabezpieczenie pasami. Samej. Pierwsze opróżnienie wc (to akurat, o dziwo, było dużo łatwiejsze niż się spodziewałam). Pierwsze (w życiu!) ogarnięcie kompresora (no, tu akurat było zdeczka pod górkę, bo na pierwszej stacji nikt nie chciał mi pomóc, a ja poddałam się walkowerem, później wzięłam byka za rogi, ale na drugiej nie działał wskaźnik, na trzeciej zaś przez pęknięty wąż uciekało powietrze. Na czwartej się udało i byłam z siebie dumna jak…jak dumna bym była, gdybym nie paliła hurtowo garnków.

Pełen wkurwu. Na nasze państwo i na ostatnie zakazy, które zostały wprowadzone zupełnie bezprawnie – ponieważ ogranicza się naszą wolność, co jest niezgodne z konstytucją. Mówię o zakazach, które weszły w życie od pierwszego kwietnia. Takie posunięcia nie powinny mieć miejsca dopóty dopóki nie zostanie wprowadzony stan wyjątkowy. A zamknięcie lasów? To szczyt szczytów. Są własnością Skarbu Państwa i każdy obywatel ma prawo wstępu do nich (można wprowadzić okresowy zakaz wstępu tylko w przypadku: wystąpienia znacznego uszkodzenia drzewostanów czy degradacji runa leśnego, dużego zagrożenia pożarowego lub w czasie wykonywania zabiegów gospodarczych związanych z hodowlą, ochroną lasu lub pozyskiwaniem drewna). Ja nie mówię, żeby problem wirusa lekceważyć. Ja mówię, by podejmowano działania zgodne z prawem i nie nadużywano swoich kompetencji.

Pełen irytacji. Związanej z powyższym. Miałam okazję dwa razy rozmawiać z policją. I o ile za pierwszym razem policjanci zgodzili się z tym, że kamper może być domem, a ja – skoro dojeżdżam do pracy – mam pełne prawo do poruszania się, co więcej – zgodzili się na mój nocleg w wyznaczonym wspólnie miejscu. To już za drugim razem nie dość, że policjanci podważyli decyzję poprzedników o noclegu, to jeszcze okazało się, że kamper nie może być domem, a co więcej – stwierdzili, że moje próby wykonywania zawodu (który w ustawie nie został zabroniony) nie powinny mieć miejsca. A na moje „nie będę miała z czego zapłacić ZUSu i z czego żyć”, powiedzieli „to tak jak większość przedsiębiorców w Polsce”. Serio?

Ale był też pełen dobrych rzeczy. Wróciłam do kolorowania i poczułam się jak Picasso, wieczorem w Białowieży słuchałyśmy lisów, któregoś popołudnia nad Czarną Hańczą znalazłam czaszkę bobra. Kąpałam się w rzece. Przeprowadziłam dziesiątki pięknych rozmów. W tym jedną w radio – w radiowej Czwórce. Najpiękniejszym akcentem było ogarnięcie – po raz pierwszy kiedykolwiek – zdalnego sterowana aparatu. I już mogę robić cud autoportrety i robić to dobrze. Długo o tym myślałam, no i mam.

Ostatecznie, pomimo wzlotów i upadków, to wszystko na plus. Jak zawsze. Czuję się silniejsza, tak wiele się przecież nauczyłam (ja, noga z techniki i majsterkowania) i tak bardzo dokształciłam (aktualnie mogłabym robić doktorat z prawa).
Czuję się spokojna, mimo że przez cały ten tydzień miałam wrażenie jakby ktoś stopniowo zaciskał na moim gardle pętlę, wiążąc przy tym ręce, nogi i prawo wyboru. Nigdy nie czułam się tak stłamszona i zniewolona – nawet w najczarniejszych z czarnych toksycznych relacjach.
Tak bezprawnie, tak bezpodstawnie zabiera mi się wolność. A ja na to nie pozwolę, dopóki będę wiedziała, że nie ma prawnych – słusznych – regulacji, to ja się nie dam. Będę sobie żyła po swojemu, nikomu nie wadząc, będąc z psicami. A gdy trzeba będzie, to każdemu z napotkanych policjantów będę tłumaczyć oczywistości. Choćbym miała to robić codziennie. 

I wiecie co? I dobrze, że to wszystko się wydarzyło. Bo czuję się w stu procentach pewna mojej decyzji i tego, że się nie poddam i nie schylę głowy. Nie po to spełnia się marzenia, by porzucać je na starcie. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s