Nawet nie wiem, kiedy się to wydarzyło. Kiedy to wszystko się zadziało. Jeszcze wczoraj płakałam nad rozlanym mlekiem i składałam się – a raczej mnie składano – do kupy po tym, jak zniknął mój facet z naszym vanem. Jeszcze wczoraj pracowałam w Norwegii, wypatrując grudnia. Jeszcze wczoraj wkurzałam się, gdy nie było żadnych sensownych ofert sprzedaży. Jeszcze wczoraj zastanawiałam się, czy to na pewno dla mnie, czy nie żyję mrzonkami, czy się odnajdę. 

To było wczoraj. A dzisiaj piszę do Was pierwszy tekst z nowego domu. Tego od zawsze wymarzonego, docelowego. W zasadzie to wszystkie cytaty „jestem światu wdzięczna, mimo że nigdy Cię nie poznałam” były o nas. Bo wsiadając do Kostka, poczułam się, jakbym wróciła do domu. Jakby to tutaj zawsze było moje miejsce, które po prostu czekało na odpowiedni moment, by odsłonić wszystkie karty. Jakbym po prostu…weszła do siebie. 

Minął pierwszy tydzień, z jednej strony mam wrażenie, że minęła cała wieczność, jakbym żyła po nomadzku całe życie i w zasadzie wszystko jest po staremu, a z drugiej – czuję, jakby to był zaledwie momencik, chwila, mrugnięcie okiem. O, to już siedem dni? Myślałam, że dopiero wsiadłam. 

Te moje wątpliwości były uzasadnione, nigdy przecież nie mieszkałam w kamperze, ba! nigdy nie byłam w żadnym w środku. Wiedziałam jednak, czego nie chcę – ciągłej tułaczki z plecakiem, braku swojego miejsca, ciągłego kombinowania, gdzie rozbić namiot albo jaki nocleg zarezerwować z psicami. Wiedziałam też, czego chcę – bycia w drodze, zmieniania miejsca zamieszkania tak często, jak to możliwe, z dala od miast, coraz bliżej natury. Rozwiązanie nasuwało się jedno – dom na kółkach. Wszystko swoje na swoim miejscu, totalna wolność, a przy tym ciągła zmiana. To ja – ja w pełni.

Z drugiej strony, mimo wątpliwości, czułam, że to jest to. Są takie rzeczy, których w życiu byłam pewna całą sobą i gdy podjęłam decyzję, nigdy jej nie żałowałam. Tak było w przypadku tatuaży, psic, podróży, pisania, fotografii. Tych spraw najistotniejszych ani razu nie poddałam w wątpliwość i mimo że wiele z nich było dla mnie nowych, niczego to nie zmieniało, wiedziałam, że to jest ścieżka, którą chcę podążać. Podobnie czułam życie w kamperze, nie bałam się więc tych wątpliwości – podskórnie czułam, że to jest to. A ja ufam przeczuciom. 

No i masz Ci los, trafił się taki jeden Fiat Ducato z 1990 roku, osiem lat starszy ode mnie – to już całkiem dojrzały facet. Miłość…od drugiego wejrzenia. Szybko podpisane papiery, długie oczekiwanie u mechanika, gdy wyszły kwiatki, których nikt się nie spodziewał. Na imię dostał Konstanty. Jak będzie się nazywał, wiedziałam jeszcze zanim zaczęłam go sobie wizualizować. 

On daje wolność, daje spokój, daje poczucie bycia na miejscu, mimo że miejsce zmienia się codziennie. Dziś żyję włóczęgą. Gdzie mieszkam? Tam, gdzie zaparkuję. Jak długo zamierzam tak podróżować? Ja nie podróżuję, ja żyję w drodze. To zasadnicza różnica. Czy się boję? Nie, nie mam czego, wiem, że nic złego się nie wydarzy, a to, co przyjdzie niemiłe, to po to, by czegoś nauczyć. A psice? Psice są przeszczęśliwe. Pół dnia spędzamy na dworze, są jeziora, rzeki, pagórki, łąki. Żurawie, łosie, ptaszki…

Mamy już swoje rytuały. Z samego rana, przed ósmą, gorące uściski, później witamy się ze słońcem w czasie porannego czesania. Ja myję zęby, ubieram się, daję Amelii i Wandzie śniadanie, później szykuję coś sobie. Chwilę popracuję, poczytam książkę. Idziemy na spacer. Sprawdzam mapę. Ruszamy. Dziennie staram się pokonywać maksymalnie sto kilometrów, zawsze wybieram boczne drogi, albo i te nieutwardzone. W drodze jem drugie śniadanie i znowu wygrzewam się w słońcu. Wczesnym popołudniem szukam miejsca na nocleg, w odludnym miejscu. Na parkingu leśnym, polnej drodze, nad jeziorem. Tam, gdzie mało ludzi i mnóstwo gwiazd. Wyciągam swoje kamienie i kadzidła, świecę, książkę, układam je na stole. Piję herbatę. Kolejny moment z książką i słońcem. Pracuję, piszę, czytam. Idziemy na długi spacer. Jemy kolację – ostatnio nawet polubiłam się na nowo z gotowaniem. Obrabiam zdjęcia z całego dnia, publikuję posty. Zanim wybije dwudziesta trzecia idę spać. 

Takie nic, a tak cieszy. Tak mało, a tak wiele. Gdy za niczym się nie pędzi, nic nie trzeba, wszystko można. Jeszcze do niedawna zasypiałam z wizją życia w kamperze przed oczami, dziś zasypiam z poczuciem spełnienia. Bałam się, że gdy spełnię marzenie, nie będę miała przed sobą żadnego jasnego celu, do którego mogę dążyć, a to mnie kompletnie wybije z rytmu. Okazało się, że nie potrzebuję mieć celu, by zachować równowagę. Że nie muszę po nic gonić, bo już wszystko mam. To, co wykiełkowało z serca, przeszło przez głowę i zmaterializowało się przed ciałem. Na razie nie muszę osiągąć kolejnego celu, dziś po prostu chcę być i żyć. Myślałam, że długo zajmie mi nauczenie się nie-pędzić, a tu proszę – od razu odnalazłam się w nowym świecie. I odetchnęłam głęboko. 

Wystarczy mi, że nocą mogę oglądać gwiazdy, myśleć o tym, co one wiedzą, a my nie. Że  wieczorami zza okna kuka łoś, a na łąkach pysznią się żurawie. Że mogę w spokoju czytać książkę, pisać, rozmawiać z ludźmi, którzy też marzą o kamperze i nieśmiało zagadują. Że po prostu jestem. I to wystarcza. I nie ma znaczenia to, że jestem „tylko” w Polsce – bo ona jest przepiękna. Nie potrzebuję – na razie – nigdzie wyjeżdżać, by doświadczać. Doświadczam w codzienności. Pewnie przyjdzie taki moment, gdy poczuję wiatr we włosach i szum w uszach, ale na razie odnalazłam swoje miejsce i nigdzie nie było mi tak dobrze.

Pierwszy tydzień to 700 kilometrów, siedem noclegów w sześciu miejscach. To monotonna owsianka przeplatana fancy tostami, ciepłe kolacje. To dwa spotkania z kochanymi duszami. Jedno tankowanie, dwa uzupełnienia zbiornika z wodą. Rozmowy z pompą wody i oswajanie ciała z lodowatymi nocami, gdy na zewnątrz było -10 stopni. Przyzwyczajenie organizmu do chłodniejszych poranków i wieczorów. Jedna przeczytana książka, jeden park narodowy, dziesiątki litrów wypitej herbaty. Jeden kamper, dwa psy, jedna dziewczyna. Idealnie.

Jestem w domu. My jesteśmy. 

6 Komentarzy

  1. Cudownie piszesz a i bratnio czujesz świat oraz swoją egzystencję na tej pięknej planecie. Pozdrawiam gorąco.
    PS. Ufam, że będzie okazja spotkać się naprzeciwko siebie- dwa campery, trzy psy oraz dwie bratnie duszyczki.

    Polubienie

  2. Przecudny wpis, to co dla Ciebie stało się faktem, dla mnie jest tylko odległym marzeniem. Zazdroszczę mocno ale i również podziwiam i trzymam mocno kciuki. Czekam na kolejny wpis!

    Polubienie

  3. No to się rozmarzyłam… Piękne zdjęcia, piękna przygoda! Uwielbiam takie odludzia, jednak chyba nie odważyłabym się żyć sama w kamperze. Gratuluję decyzji, podziwiam, ściskam i czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy na blogu oraz na kolejne relacje na Instagramie 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s