„Świat i tak się skończy”, mówię sobie ostatnio coraz częściej. Ta myśl z początku była przygnębiająca i przerażająca, gdy jednak oswoiłam tę wizję, stała się ona znośna, co więcej – uwalniająca.

Zabrnęliśmy za daleko. Zeszliśmy na psy. Gdy myślę o współczesnym świecie, mój codzienny optymizm wyparowuje. Pojawia się myślenie racjonalne, nieco nawet przyprószone zgodą – a może nawet niecierpliwym oczekiwaniem – na apokalipsę.
Kocham ludzi, inspirują mnie, uwielbiam z nimi rozmawiać i cieszę się, gdy napotykam na swojej drodze akty bezinteresownej dobroci. Jednocześnie jednak uważam, że ludzie są podli i źli. Uznaliśmy się za panów tego świata, zagrabiliśmy ziemię, wyrządziliśmy krzywdę zwierzętom, samym sobie jesteśmy…człowiekiem. Zanieczyściliśmy wodę, glebę, powietrze, stworzyliśmy obozy śmierci dla miliardów zwierząt hodowlanych. Ze spokojem przyglądamy się jak z głodu giną ludzie. Nie patrzymy poza czubek własnego nosa. Pojawiło się „mieć”, zniknęło „być”. Przyznaliśmy sobie prawo do tego, by budować wielkie fabryki, ogromne koncerny, wycinać lasy, wypalać łąki, wywoływać wojny w imię…Boga, pieniędzy, władzy.

Nasze działania rozpełzły się po świecie niczym szarańcza, zatruwając kolejno nowe lądy, kraje, rejony.

W obecnych czasach niekoniecznie jest co zbierać, co ratować, z czego budować. Chciałabym wierzyć, że możemy zatrzymać coraz okropniejszą katastrofę klimatyczną, ale jest już za późno. Tego już się nie odwróci. Biorę pod uwagę to, że nie dożyję spokojnej starości, coraz więcej moich znajomych decyduje się nie mieć dzieci, mówiąc „i co, i sprowadzę je na świat, który ginie?”. Nie wiem, czy świat skończy się całkowicie, czy po prostu zniknie rzeczywistość, którą znaliśmy. Wiem, że będzie źle. Wiem, że to dobrze. Nasza planeta po latach dewastacji musi w końcu zadbać o siebie i się odbudować. Mam nadzieję, że gdy narodzę się na nowo, będzie lepiej. Dziś jednak żyję tu i teraz, na tej planecie, w tym życiu, w tym świecie. Kolorowo nie jest.
To oczywiście nie zwalnia mnie z walki o lepsze warunki, z walki o Ziemię. To nie zwalnia mnie z ograniczania konsumpcji, mówienia głośno „nie kupujcie, jedzcie inaczej”, ze starania się żyć w zgodzie z naturą tak bardzo jak umiem.

Nastawiam się na to, że już za dwadzieścia lat będzie inaczej, przyjdzie nowa rzeczywistość, bynajmniej nie ta opisywana jako „raj”. To daje wolność działania. Pozwala odpuścić.

Gdy myślę „świat i tak się kończy”, wyrzucam z głowy wszystkie wymagania i zbyt wysoko postawione poprzeczki. Odpuszczam sobie dążenie do tego, by być kimś, coś mieć, wiele osiągnąć, zostawić po sobie ślad. Coraz mniej mi na tym zależy. Na tym, by odnieść sukces, by ludzie mnie kojarzyli, bym miała co wpisać do przysłowiowego CV. Po co? Co tym osiągnę? Czy to są rzeczy ważne? Od dawna czułam, że nie. Teraz mam tego pewność. 

Gdy wiem, że świat i tak się kończy, czuję się wolna. Kiedyś mówiłam, że i tak nie mam nic do stracenia, więc mogę wszystko. Dziś to stało się mniej metaforyczne, a bardziej realne. Dobrze mi z tym. Nie boję się śmierci, myśl o niej nie przytłacza, wiem, że to tylko kolejny etap. Więc ten „koniec” nie jest dla mnie przerażający. Da dużo dobra tej, która najmocniej na nie zasługuje – Matce Naturze.

Co ja biorę z tego końca?
Czas. Zostało go niewiele, chcę go więc dobrze wykorzystać. W pełni. W działaniu, w odkrywaniu siebie, w nawiązywaniu przyjaźni, w dotyku drugiego ciała w ekstatycznej rozkoszy, w miłości. Czas, bym mogła zobaczyć świat, posmakować, poczuć, powąchać, podotykać.
Luz. I tak wszystko, co robię, ostatecznie nie będzie miało znaczenia. Więc odpuszczam. Nie nakręcam się jak mały bączek. Nie mam parcia na to, by robić rzeczy wielkie. Chcę robić rzeczy, które będą zgodne ze mną i będą mnie satysfakcjonowały.
Spokój. Rozumiem, że on jest najważniejszy. Nie pęd i nie ilość, a jakość, nie mnogość przeżyć, a ich wartość, forma. Nie chce mi się już nikomu niczego udowadniać, nie chce mi się sprostać czymś wydmuchanym wymaganiom względem mojej osoby. Chcę być dla siebie, ze sobą, przy sobie. Tak, jak poczuję, tak jak uznam za stosowne.
Wartość. Przestaję robić rzeczy miałkie, nic nie znaczące. Nie chodzi mi już o to, by raz za razem odhaczać punkciki na liście planów. Wolę mocno, aż do głębi przeżywać jedno spełnione marzenie. Nie biczuję się za to, że odwołałam wyjazd do Wietnamu (skąd inąd pewnie słusznie), przeznaczę ten czas na podróż ze sobą po Polsce. Tak o. 

Rosnę, wzrastam, dojrzewam, rozumiem rzeczy ważne. Może inni mogliby to pojąć bez katastrofy i tragedii – ja zrozumiałam to wszystko dzięki niej. Nie mówię „super, że zginiemy”, bo kocham życie i „nas”. Mówię „skoro i tak mamy zginąć, to wykorzystajmy dobrze to życie”. 

I na koniec, myślę o słowach „wkraczamy w nową dekadę, dekadę przełomową; teraz musimy wybrać kim jesteśmy i kim chcemy być, to będzie nasza ścieżka, ona nas poprowadzi, to moment decydujący jak potoczy się nasze życie”. Wybierzmy dobrze. 

Z miłością i spokojem w obliczu katastrofy, 

Z.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s