Co myślę, kiedy myślę o marzeniach? 
Mam wówczas przed oczami wolność. Widzę sprawczość. Czuję spełnienie. Wiem, że nie są to mrzonki. 
Marzenia to dla mnie podstawa istnienia, z nich czerpię siłę. One określają kierunek moich działań. Zawsze słyszałam „bądź sobą, spełniaj marzenia, nie daj się ściągnąć w dół” – słucham tych słów, bo podobno starszych zawsze trzeba słuchać. 
Nie uważam przy tym, że cokolwiek mi się „należy”, że dostanę coś, bo „chcę”. Tak – „chcę” i mogę to zrobić. Ale świat mi tego nie da, to tak nie działa. Jeśli o czymś marzę, muszę zakasać rękawy i zacząć ciężko pracować. Nic nie spada z nieba, nie ma małych wróżek, które na prawo i lewo rozrzucają osiągnięte cele. Nie, nie ma „uda się”, jest „zrobię to”. Moja babcia zawsze mówiła „umiesz liczyć, licz na siebie”. No to liczę, i może z matmy nie jestem najlepsza i nie wierzę w Boga, ale w siebie wierzę i jak na razie – całkiem nieźle na tym wychodzę. 

Często ktoś się mnie pyta „jaka jest Twoja historia, jak to się zaczęło?”. Mówię wówczas, że chyba od odwagi. Od odwagi, której ja nie dostrzegam, bo dla mnie jest oczywista. Coś chodzi mi po głowie, robię to. Chcę gdzieś pojechać – jadę. Coś przeżyć – działam tak, by tego doświadczyć. Gdy zamarzyłam o życiu w drodze, jasnym stało się po chwili, że to będzie kamper. Wiedziałam, że jak do wszystkiego, aby to osiągnąć, będę musiała uzbroić się w cierpliwość (co nie jest moją mocną stroną) i w pieniądze (co akurat nie jest trudne, wystarczy chcieć). I pojawiał się jeden van, dwa lata temu, ale później wydarzyło się życie i zniknął. 

Ale moje marzenia nie zniknęły, wciąż wiedziałam, do czego będę dążyć i co jest moim celem. Nie poddałam się, nie cisnęłam planów w kąt. 


No właśnie – gdy naprawdę mi zależy, przekształcam „marzenia” w „plany” i już nie jest to dla mnie rzecz niedościgniona, nie do osiągnięcia. Robię sobie biznesplan życia, układam priorytety, rozważam wszelkie za i przeciw. Wówczas kłania się moje twarde stąpanie po ziemi, które idzie w parze z bujaniem w obłokach, ale jednak często to jego słucham, bo realna ocena rzeczywistości daje siłę (np. „o, czyli jednak wszystko jest możliwe i jeśli nie polecę do Wietnamu, to zawsze mogę kupić lot do Peru, nic mnie nie blokuje”). Bo to nie jest tak, że coś się zamarzy i już. Często, by to osiągnąć, trzeba się nieźle nagimnastykować. I może sport niekoniecznie lubię, ale taka gimnastyka jest mi nie straszna. Logistycznie, finansowo, czasowo – wszystko jest do ogarnięcia. 

Wszystkie blokady najczęściej mamy w głowie. To w niej tworzą się hasła „a co jeśli nie wyjdzie?” (to wrócisz do punktu wyjścia, nic się nie zmieni, a Ty niczego nie stracisz), „bo można by to lepiej zrobić” (pewnie, zawsze można lepiej – ale to wymaga czasu, a ja wolę podjąć działanie  już teraz i po drodze je ulepszać i modyfikować aniżeli czekać pół życia na odpowiedni moment, który nigdy nie nadejdzie), „bo co ludzie powiedzą?” (niech mówią, co chcą, jeśli mają czas, by oceniać Ciebie, to znaczy, że sami mają bardzo nudne życie; a przy tym, to Ty będziesz żyć ze swoimi wyborami – z radością lub nie, z konsekwencjami lub sukcesami, a ludzie znikną, gdy tylko zamkniesz drzwi od domu). Gdy przyszłam do szkoły z tatuażem na dłoni, anglistka się mnie zapytała: „Zosia, a praca, co Ty teraz zrobisz?”, odpowiedziałam, że przecież mnie zna, wie, że nie jestem osobą, która będzie pracować w korpo, albo w banku. Przyznała mi rację.

I tak jak nie wyglądam na osobę, która mogłaby łatwo wpasować się w system, tak wewnętrznie nie idzie mi wpasowywanie się w schematy pt. bo ja też kiedyś marzyłem, bo nie wyszło, bo trzeba myśleć racjonalnie i mieć za co żyć, bo są ważniejsze rzeczy na głowie. 

Z racji tego, że ja akurat mam za co żyć, a uważam, że najważniejszą rzeczą w życiu jest, by być szczęśliwym, to gdy dwa lata temu zniknął Manfred (van, znaczy się, ten do przerobienia), ja wiedziałam, że to było po coś. Gdy już poukładałam sobie wszystko w głowie, dostałam do życia parę lekcji na tematy około-wszelakie, postanowiłam spełnić swoje największe marzenie jeszcze raz. Tym razem sama, krótko zwięźle i do celu. 

I tym sposobem wyjechałam do Norwegii. Wynajęłam pokoik od dziewczyny, która rok wcześniej gościła mnie na Cocuhsurfingu. Zżyłyśmy się ze sobą jak siostry, choć nie zabierałyśmy sobie przestrzeni życiowej. W ciągu tygodnia znalazłam pracę weekendową w barze (uprzednio przeszedłszy całe miasteczko z naręczem wydrukowanych CV i rozmówiwszy się z każdym możliwym managerem i szefem hotelu i knajpy) i pracę na cały etat w fabryce rybnej (jedyny dostępny wolny wakat, który wzięłam, bo sezon turystyczny już dawno wybrzmiał; więcej o tym tu). To był trudny okres, walczyłam ze swoimi ideałami, etyką i moralnością. Dużo płakałam, zaciskałam zęby – ale wiedziałam, że jeśli zrezygnuję, na kolejnych parę lat będę musiała odłożyć marzenie w czasie. Po czterech miesiącach dopięłam swego – wróciłam do Polski z gotówką, która pozwoliła mi na realizację wielkiego celu. 

I tak oto spełniłam marzenie. Kupiłam kampera na Fiacie Ducato z 1990 roku. Z przebiegiem 96 tys km, z pięknie zadbanym wnętrzem, zdrowym silnikiem i blacharką. Trafiłam na złotego człowieka – sprzedawcę, który aktualnie montuje w nim dla mnie solary i dopieszcza ostatnie szczegóły. Samochód kosztował mnie 25 tys złotych, do tego 1,5 tys za solary, rejestracja i ubezpieczenie (ok 2 tys). I wsio. Tyle płaci się za wielką radość. Polecam. 
Za trzy tygodnie będę już mieszkać w Konstantym (takie imię dostało auto) z Amelią i Wandą. Będę wieść nomadzkie życie w Polsce i świecie, witać dni w nowych pięknych miejscach, żyć w drodze, ale ze swoim domem pod pachą. Będę pięknie wolna – tak jak to sobie wymarzyłam. 
Bo kiedyś, gdy podziwiałam wielkich podróżników, myślałam sobie „jejku, ale oni mają super, ale to nie dla mnie, mi się nie uda”. Szybko zrozumiałam, że takie życie jest dla każdego, nie tylko dla wybrańców. Trzeba to tylko zrozumieć i zadziałać, by je mieć. Wszystko jest dla ludzi, marzenia też. A może najbardziej.

Spełniajcie swoje marzenia, 

Z. 

PS. A pamiętacie, jak niejednokrotnie pisałam Wam o znakach i drogowskazach, które podsyła nam życie, musimy je tylko umieć odczytać? Parę lat temu czytałam artykuł o chłopaku, który zarobił na podróż dookoła świata, pracując na północy Norwegii przy połowie ryb. A później trafiłam na bloga dziewczyny, która na swoją wędrówkę zarobiła w restauracji w Oslo, śpiąc u kogoś, kto wcześniej gościł ją na CS. 
To działa.

Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania, piszcie.

5 Komentarzy

  1. KAMPER NA FIACIE DUCATO LUB FORDZIE TRANSIT , GRUPA PRZYJACIÓŁ , I KOŁO PRZEZ LITWĘ ,ŁOTWĘ,FINLANDIĘ,SZWECJĘ ,NORWEGIĘ .. Z POWROTEM DO POLSKI. KOLEJNEGO ROKU POŁUDNIOWA EUROPA. TO MÓJ POMYSŁ, KTÓREGO NIE MOGĘ ZREALIZOWAĆ OD 20 LAT. WIELKIE GRATULACJE.POZDRAWIAM . DAREK

    Polubienie

  2. „Dwa lata temu kupiłam z ówczesnym partnerem kampera. Byłam bardzo zakochana. Mieliśmy się pobrać. Pewnego dnia wróciłam do domu – faceta nie było. I auta też…”
    Frajer, wiem jak to brzmi lecz nie przejmuj sie, prawdziwa miłość istnieje… Głęboko wierze, ze jeszcze ja spotkamy :p

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s