Cierpliwości i wiary

Przyjechałam do Norwegii. Do pracy, odłożyć pieniążki po to, by kupić campera i ruszyć w świat. Myślałam, że z pracą będzie łatwo. Otóż – nie było. Dostaję tutaj lekcję za lekcją, każdego dnia. Przez półtora tygodnia rozdałam 25 CV i wysłałam maile z kolejnymi 30-oma. Okazało się, że bez języka pracy mogę szukać w hotelach albo w restauracjach. Jednak na to, by pracować w gastronomii, jest za późno – sezon turystyczny już się kończy.
Musiałam więc nauczyć się cierpliwości. To była pierwsza lekcja. Tym bardziej, że moja wiara w powodzenie całego założenia niejednokrotnie wisiała na włosku. Jednak zagryzłam zęby i dałam sobie dwa tygodnie. Krótko po tym, jak odrobiłam zadanie domowe z odpuszczania i nieprzywiązywania się do idei – po słowach Basi, Anioła mojego, „skup się na działaniu, a nie na efekcie działania” – dostałam pracę. Dorywczą – w barze. I na cały etat – w przetwórni rybnej. To były jedyne miejsca, które się odezwały. 

Wdzięczności i szacunku

Przetwórnią byłam przerażona – jak inaczej może czuć się roślinożerka, która ma pracować w miejscu będącym synonimem śmierci setek tysięcy zwierząt? Miałam ogromny dylemat moralny. Summa summarum – przyjęłam tę pracę, mimo że dziennie przez moje ręce przetacza się 20 ton ryb. To bardzo mocno – po raz kolejny – otworzyło mi oczy na system, w którym żyjemy. Po pierwszym dniu pracy tam poczułam, że jestem tym zwierzętom winna szacunek i ogromne zadośćuczynienie (codziennie, gdy mam w dłoniach ich ciała – dziękuję im za to, że dzięki nim mogę spełniać marzenia). I tego dnia postanowiłam, że jak tylko będę mogła, to nie przyłożę ręki do wspomagania tej wielkiej machiny hodowli czy raczej: „produkcji” zwierząt i produktów odzwierzęcych. To była druga lekcja. 

Poniekąd – nie miałam wyboru. Potrzebuję pieniędzy. Chcę niezłomnie dążyć do marzeń – teraz, nie „kiedyś”. Wybór był mocno idealistyczny – nie przyjmować tej pracy i wówczas o parę miesięcy-lat odłożyć w czasie wciąż odkładane marzenie. Więc wybór niby był, ale to żadna opcja. A innej alternatywny na horyzoncie nie widziałam. Wygrał rozsądek i podejście do świata na chłodno.
Miałam tu spełniać marzenia i nauczona jestem tego, że niekiedy trzeba iść po trupach – dosłownie – do celu. Gdy coś sobie postanowię, chcę to osiągnąć.
Pytanie pojawiło się jedno – i wciąż się pojawia: jakim kosztem? Kosztem życia innych zwierząt?
Kolejne pytanie – w którym momencie powinny pojawić się wyrzuty sumienia? Czy wtedy, gdy napędzam ten biznes, kupując mięso, czy gdy prowadzę taki biznes? Czy gdy wiem o procderze i nic nie robię, czy gdy pracuję w przetwórni i jestem czynną częścią tego układu? Tłumaczę sobie, że te zwierzęta i tak byłyby martwe – martwe do przetwórni trafiają, że ja grosza nie dam, by ten przemysł wesprzeć. Ale przecież czerpię z niego pieniądze, pracując tam. 

Prawdy o przyzwyczajeniu się do wszystkiego

Te myśli mam w głowie każdego dnia. I niby wiem, że od urodzenia jesteśmy częścią tego systemu (nosimy skórzane buty i torby, karmimy psy mięsem, jemy nabiał, wspieramy wielkie koncerny) i naprawdę – racjonalnie – nie miałam wyjścia. Ale to tłumaczenie nie zawsze się sprawdza. Niekiedy idealiście we mnie wydaje się, że po prostu marnie się usprawiedliwiam. 

Idealista szalał, a ja w tym czasie zaczęłam się przyzwyczajać do widoku w pracy – to potwierdzenie reguły, że człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. I to jest dobre, by nie oszaleć; ale z drugiej strony – czy to nie znaczy, że mamy w sobie przyzwolenie na bestialstwo? Czy to po prostu wyłączenie myślenia, by przetrwać? W nocy przed zaśnięciem i tak widzę obrazy, które otaczają mnie, gdy pracuję. Martwe ryby, krew, tysiące kręgosłupów macerowanych w soli. W myśli walki o marzenia. To otwiera oczy i zaczyna grzebać ostro zakończonym patykiem w sercu.

Nieoceniania

Kolejnego dnia dotarło do mnie, że nie mamy prawa kogokolwiek nigdy oceniać. Jego wyborów i postępowania. Nie mamy bladego pojęcia, co się za tym kryje i dlaczego to robi. Inna rzecz – praca w przetwórni jest podobna klasowo do pracy w hotelach, gdzie się sprząta – to ten fach, który kiedyś kojarzył mi się z byciem wykonywanym przez ludzi, którym coś w życiu nie wyszło, którzy nie mają ambicji. To była ta brudna praca, ta „gorsza”.
Już Anglia nauczyła mnie, że żadna praca nie hańbi, ale wciąż na początku pracy tutaj czułam lekki dyskomfort.
A przecież moi współpracownicy nie są w niczym gorsi od innych ludzi. Po prostu wykonują taki a nie inny zawód – z wielu względów. To nie jest nic uwłaczającego. A ja nie uważam się przecież za osobę bez ambicji, a jednak tutaj pracuję.
Robię coś wbrew sobie i wbrew sumieniu i sercu, a jednak to robię, bo wiem, że nie mam innej opcji. A chcę spełnić marzenia.

I myślę sobie – to ekstremalny przykład – o tych, którzy działali przy ludobójstwach czy w obozach pracy, w obozach śmierci, walczyli na wojnie, to było kurewstwo, co robili – nie będę tego tłumaczyć i usprawiedliwiać – ale nie wiem, co ich o tego doprowadziło. Pewnie propaganda, ale kto wie, czy nie dostali tej roboty, mając nóż na gardle (może i dosłownie). A może mieli metaforyczny nóż na gardle, bo nie mieli innego wyjścia. I naprawdę – nie mamy prawa oceniać niczyjego zachowania, bo nie znamy motywacji i sytuacji, które danego człowieka doprowadziły do tej chwili. Następna lekcja. 

I nie uważam przy tym, że człowiek z gruntu rzeczy jest zły. Uważam, że to sytuacje życiowe właśnie – mniej i bardziej traumatyczne – prowadzą do takich a nie innych działań, wyborów, postępowań. Z drugiej zaś strony – i nie mówię tego pejoratywnie – ludzie są głupi. Nie zastanawiają się nad rzeczywistością, w której żyją, nie negują zastanego porządku rzeczy. Biorą jak jest. Gdy latami, pokoleniami tkwiło się w takiej a nie innej kulturze, to trudno jest spojrzeć na nią z dystansu i wyrwać się spod jej jarzma.
Ludzie nie mają świadomości, nie mają też odwagi, by inaczej patrzeć i myśleć, nikt ich tego nie nauczył. Często ich wybory – złe wybory, jak jedzenie mięsa czy wspierania barbarzyńskich festiwali – są efektem poddania się głównemu nurtowi, gdzie każdy mówi Ci, jak masz żyć i Ty to po prostu przyjmujesz, bo „ludzie tak robią”, „tak jest od lat”.
Ludzie są masą, która podąża za tym, kto silniejszy (a te jednostki najczęściej są skurwysyńsko mądre i to od nich wywodzi się zło, którego nie podważają inni).
I to nie jest nic złego – głupota, czy raczej bezrefleksyjność i niewiedza, to nie jest nic złego – to przecież nie jest ich wina, nie wybrali nieświadomości, tym bardziej, że nikt ich nigdy nie uświadamiał.
Tym bardziej nie mamy prawa (i to nie ma sensu), by ich oceniać.
Oceniać można wówczas, gdy wybór jest świadomy (ale i wówczas nie znasz jego powodów).
Nie usprawiedliwiam brutalnej historii, np. Holocaustu, ale ludzie są bardzo słabi i podatni na wpływy. Żyją mocno zakorzenieni w danych przekonaniach, które przez bezrefleksyjność później są wypaczane. Choćby religia w Polsce. Chrześcijaństwo wywodzi się z pięknych przekonań i wartości, ale zobacz, jak bardzo się to zdegenerowało. Przez to, że ludzie bezrefleksyjnie przyjmują pewne rzeczy, dochodzi do tragedii, do wykluczeń jednostek, do ostracyzmu, nagonki – ludzie idą za prowodyrem, który myśli o czubku swojego nosa. A inność zawsze budzi złość.
Nie można mówić, że ktoś jest zły, on po prostu nie myśli – a to nie jest jego wina, tak go wychowano.
Ja czułam sprzeciw wobec kultury i podejścia Marokańczyków do życia. A jestem pewna, że oni równie mocno mogliby zanegować kulturę, w której ja żyję.
Uważam, że ludzie z gruntu rzeczy są dobrzy, choć Conrad w „Jądrze ciemności” nie mylił się, pisząc, że z człowieka wyjdzie to, co najgorsze, gdy pojawi się ku temu wypaczająca okazja. Albo po prostu – przymnie oczy na piekło.
I wciąż – nie wolno oceniać, bo jak Szymborska pisała „na tyle siebie znamy, na ile nas sprawdzono”. 

Bycie dla siebie dobrą i godzenie skrajności

Czwartą lekcją okazał się być wniosek – szalenie potrzebny i budujący – po ogromnym dylemacie moralnym: „A co jeśli to moje mówienie o nieocenianiu i tym, ze nie mam wyboru, jest tylko marnym usprawiedliwieniem tego, ze jestem częścią brutalnej maszyny i weszłam w to dobrowolnie?”. Z tym pytaniem gryzłam się cały dzień.

Trudno jest być człowiekiem, który składa się z samych skrajności. Trudno jest mieć w sobie ultrawrażliwego idealistę i zimnokrwistego realistę. Trudno jest szczególnie w momencie, gdy człowiek podejmie decyzje nie do końca zgodne z jego wewnętrznym „ja”. 

Wrzała we mnie ogromna dyskusja, bardzo zajadła. Dyskusja między sercem a rozumem, między idealistą a realistą. Realista wiedział, że podjął jedyną możliwą decyzję, idealista wieszał za to na nim psy, utyskiwał i wyzywał od najgorszych. Wyrzucałam sobie to, gdzie pracuję i że przymykam na to oczy. Stałam się sobie wrogiem, czułam się winna – do idealisty przecież jest mi dużo bliżej. Czułam się źle.
Bardzo źle.
I wówczas zrozumiałam, że nie mogę działać w ten sposób – nie wolno mi. Nie wolno mi być samej dla siebie wrogiem. Jeśli ja będę sobie wrogiem, to nigdy nie udygam życia w tym świecie, nigdy moja dusza nie zazna słońca dobroci. Jeśli sama w sobie nie będę miała wsparcia i oparcia, to czy cokolwiek w życiu będzie miało sens?
Zrozumiałam, że moje skrajności muszą uszanować wzajemnie swoje wybory i mimo że się ze sobą nie zgadzają – wspierać w dążeniu do celu. Muszę być dla siebie przyjacielem, bo inaczej oszaleję i znienawidzę siebie i świat. W tym miejscu już byłam i pożegnałam się z nim na zawsze.
I nawet gdy wybory bolą, a w głowie pojawiają się złe myśli – muszę być dla siebie dobra. Bo nie będąc dla siebie dobrą, niczego nie osiągnę. Muszę być – chcę być – spójna w tym, co robię.
Mam nadzieję, że jeszcze uda się sprawić, by idealista z realistą zwarli się w przyjacielskim uścisku. To trudna lekcja, ale jak potrzebna.

Dbania o planetę i o swoją psychikę

W tym samym czasie wybuchała wrzawa wokół płonących lasów na całym świecie i tym, że jesteśmy tak blisko katastrofy. Po pierwszym okresie ogólnej, wielkiej paniki wewnętrznej, przyszła do mnie następna bardzo ważna nauka. Chcę działać jak mogę, by swoimi wyborami nie przyczyniać się do tragedii, ale nie mogę dać się zwariować. Muszę uświadamiać, pokazywać, głośno krzyczeć i podejmować kolejne mądre wybory, ale jednocześnie – nie chcę dać się zwariować. 

Sytuacja w świecie jest przerażająca. Nasze pokolenie nie może być pewne jutra, dla mnie zniknęły wszystkie dalekosiężne pewności, mierzone w latach, w dekadach. Jak więc nie dać się zwariować ?
Żyć. Żyjmy tak, jakby jutra naprawdę miało nie być. Nie bójmy się szalonych decyzji, spontaniczności, wariactwa – czy mamy cokolwiek do stracenia? Na pewno wiele do zyskania. Zagadujmy do obcych, wyrzućmy swoje lęki, spełniajmy marzenia – nie później, kiedyś – dziś; teraz zaraz już. Żyjmy pełną piersią, kochajmy, tańczmy, podróżujmy, łapmy to życie pełnymi garściami. Co nam pozostało, co po sobie pozostawimy?
Może świat się ogarnie, może ludzie nagle odzyskają rozum i planetę i ludzkość uda się ochronić – ale nawet jeśli tak się stanie, to potraktujmy obecną sytuację jako wstrząs – mnie ktoś trzasnął mocno w policzek i jeszcze bardziej niż zawsze poczułam, że muszę żyć. ŻYĆ a nie egzystować. Nie mam czasu do stracenia. – ani chwili.
Takie lekcje chcę wyciągać.

Otwarcia na świat i ludzi

A później zaczęłam się do tego stosować, otworzyłam na świat. I najpierw godzinę rozmawiałam z chłopakiem, którego wcześniej nie znałam, a z którym wiele nas łączyło. Zadzwonił, po prostu. Tak jak powinno się robić. A później w pracy – w przetwórni rybnej na krańcu obcego kraju – poznałam sześćdziesięcioletniego Norwega, który podróżuje camperem i bardzo mocno utożsamia się z filozofią buddyzmu. Cały dzień rozmawialiśmy o wolności, podróżach, karmie, reinkarnacji, mantrowaniu… W drugiej pracy stałam za barem z Norwegiem, Polakiem, Łotyszem i Meksykaninem, otwartymi na świat, na ludzi, niebojącymi się zmieniać swojego życia o 180 stopni. A na koniec – o 4.30 rano po pracy, gdy już świtało, na ulicy poznałam Valentina, Niemca i jego owczarka australijskiego – Bruno – i przegadaliśmy pół godziny. Podróżują vanem po Europie. I niech mi ktoś powie, że życie nie daje nam znaków i wsazówek. Że nie otaczają nas dobre anioły.
Jak inny Ktoś, z którym pracuję. Który stwierdził „najpierw powiem to, co złe, a później to, co dobre – by zostawić najlepsze wrażenie” i dał mi piękną radę „szukaj nie tego, kto będzie myślał w sposób identyczny do Twojego, szukaj kogoś, kto Cię zrozumie”. Takimi ludźmi chcę się otaczać. „Be the energy you want to attract”.

Z.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s