Gdybym miała zacząć snuć opowieść o Maroko to…musiałabym spędzić w tym kraju wystarczająco dużo czasu, by móc poznać go naprawdę i zrozumieć motywację wielu niezrozumiałych działań, które wzbudziły we mnie skrajne emocje. 

Nie umiem pisać w sposób, w który pisze wiele osób. Było super, takie kolory, to jedzenie, atmosfera w medynie, hihi, nawet na wielbłądzie jeździłam! Dla mnie podróże to coś więcej niż bezrefleksyjne udanie się do kraju, który turystom oferuje to, co turyści chcą dostać. A turyści dostać chcą to, co zobaczyli na okładkach kolorowych magazynów. Nie mówię, że wszyscy, nie mówię, że Wy. Mówię tylko, że ludzie tak robią. A ludzie robią wiele rzeczy, których ja sama nie rozumiem. 

Hm, co robią ludzie? No na przykład…jeżdżą na słoniach w Azji albo na wielbłądach w Afryce. Nie, nie mówię tu o tubylcach. Mówię o przybyszach nawiedzających kraje zza wody albo zza gór i biorących sobie to, co im się należy – tak im powiedziano, albo sami tak sobie powiedzieli. Ludzie są różni, kolorowi i podłużni i niekiedy ta ich rozciągła podłużność wychodzi poza granice mojego pojmowania.
Hm, co jeszcze robią? No o tym, że jedzą mięso, można by pisać książki. Że mężczyźni biją swoje żony – o tym też każdy wie. Że dzieci na świecie są głodne – słyszeli wszyscy. Że rządy wielu państw za nic mają sytuację klimatyczną – też. Nie wiem jak Wasze, ale moje pojmowanie tego nie pojmuje. A gdyby zaczęło, to ja poważnie zastanowiłabym się, dokąd zmierzam ja i moje człowieczeństwo. 

Maroko było dla mnie próbą. Próbą trudną, próbą mocno nadszarpującą nerwy, stawiającą więcej pytań niż odpowiedzi. Próbą, której sens pojęłam dopiero po powrocie, po godzinach rozmyśleń i rozmów z ludźmi mądrzejszymi ode mnie.
To był pierwszy kraj muzułmański, który odwiedziłam jako w pełni widzący i rozumujący człowiek.
I pierwszą lekcją, którą odebrałam, było to, że każdy z nas żyje w swoim świecie. A w tym swoim świecie mamy swoje miejsca. Jeździmy do jednego Maroko, a każdy z nas widzi co innego, co innego czuje, rozumie i odbiera rzeczywistość. Na ziemi nie ma dwustu państw, na ziemi istnieje tyle państw, ilu ludzi do nich pojechało i je poznało. Składamy się z naszych doświadczeń, wniosków, perspektyw, niezadowoleń, miłości i pryzmatów. Nimi patrzymy, nimi odczuwamy. 

Ja pojechałam do Maroko i moją pierwszą reakcją była ocena. Oceniałam to, jak można żyć w ten sposób. Że w większości restauracji, w których byłam, przebywali sami mężczyźni. Że większość kobiet zakryta jest od stóp do głów. Że na głównym placu Marrakeszu widzę małpy w tiulowych ubrankach, na szyi noszące metalowe łańcuchy. 

Dopiero po paru dniach opamiętałam się – kim jestem, by oceniać? Kim jestem, bym mówić im, że takie podejście nie jest dobre? To w takiej kulturze i społeczeństwie zostali wychowani, nie jest zależne od nich – a to właśnie one wpoiły im do głowy wartości, którymi kierują się w dorosłym życiu. Zakładam, że wielu z nich – Marokańczyków – uważa, że sposób, w jaki ja żyję, jest karygodny. I mają do tego prawo. Albo i nie, bo ani oni ani ja nie mamy prawa do oceny. 

Rozmawiałam z trzema kobietami. To niewiele, ale nie było mi dane poznać ich więcej. 

Pierwsza to Besma. Dwudziestotrzylatka, z którą dzieliłyśmy taksówkę, wracając z trekkingu w Imlil. Byłyśmy pięćdziesiąt kilometrów od Marrakeszu, z którego pochodziła jej rodzina. Besma, aby móc pojechać w góry na jeden dzień, musiała o zgodę pytać rodziców. Pozwolili jej tylko dlatego, że mieli przyjaciół w miasteczku. Dziewczyna nie mogła podróżować sama, a już na pewno nie za granicę. Nie mogła też podróżować z kolegą – to byłoby w bardzo złym guście. A pochodziła z bardzo otwartej, nieortodoksyjnej rodziny. Miała na sobie legginsy, t-shirt i buty trekkingowe. Małe kolczyki i krótkie włosy.
Dziwiła się, gdy powiedziałyśmy, że my nie musiałyśmy nikogo pytać o zgodę na podróż na inny kontynent. Że ja mieszkam sama, a Monika z chłopakiem. Większość z jej rówieśniczek mieszka z rodzicami do ślubu, a później przeprowadza się do męża. I nigdy nie jest w pełni samodzielna. Rozumiała nasze zdziwienie zastaną tutaj sytuacją, bowiem sama, gdy podróżowała po Pakistanie, była w równie wielkim szoku co my w Maroko. Słowami „podejście i świadomość kobiet bardzo się zmienia, ale co z tego, jeśli podejście społeczeństwa wciąż jest takie samo?” podsumowała sytuację. 

Później rozmawiałyśmy z Lilą, od której wynajmowałyśmy pokój na airbnb. Była pół Marokanką pół Francuzką. Całe życie mieszkała w Maroko, jednak jej rodzice wychowali ją po europejsku. W jej domu panowała wieczna impreza. Alkohol lał się strumieniami, z głośników leciała dudniąca muzyka (Fred – jej partner – był DJem). Powiedziała, że kobiety tutaj nie zawsze są świadome, że mogłyby żyć inaczej i że mogłyby chcieć żyć inaczej. Żyją, bo tak jest tu od wielu pokoleń. A ona i jej facet, prowadzący zupełnie inny tryb życia? „Mają nas za dziwaków. Ale gdy trzeba pomóc, to zawsze pomogą. Tak tutaj jest. Nikt nie wtrąca się w niczyje sprawy, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto przyjdzie z pomocą w razie potrzeby”. Spojrzała na mnie i puściła oko – „you know, behind every great man there is a great woman”. 

W przeddzień wyjazdu, nad jeziorem Lalla podeszła do nasz Aisha. Jej rodzina urządziła piknik nieopodal i mama kazała podejść do nas z poczęstunkiem. Dwudziestotrzylatka przyszła do nas z herbatą i ciasteczkami, ułożonymi na srebrnej tacy. Zapytała skąd jesteśmy i czy nam się podoba. W przeciwieństwie do Besmy Aisha cały czas zachwalała swój kraj. Wydawała się być w tym szczęśliwa. Studiowała na uniwersytecie, do którego dojeżdżała codziennie dwie godziny w jedną stronę. Na przystanek autobusowy o czwartek rano każdego dnia odprowadzał ją ojciec lub brat, a wieczorem – jeden lub drugi ją stamtąd odbierał. 

Są też inne, wyzwolone kobiety. Na głównym placu w Marrakeszu w luksusowej restauracji zrobioną na europejską modłę managerem była szczupła wysoka Marokanka, ubrana w obcisły elegancki kombinezon i czerwone szpilki. Podobno kobiety pracują w każdym zawodzie – nawet jako panie mechanik. Nie widziałam, nie mam jednak powodu nie wierzyć. Maroko to przecież jeden z najbardziej „europejskich” krajów muzułmańskich. 

I wiecie, co Wam powiem? Ten wyjazd był super. Nie, nie przez kolorowe ulice, gwar czy jedzenie. Był super, by dał mi jedną z najważniejszych, mimo że najboleśniejszych, lekcji w życiu. Dziękuję. 

PS. Zdjęcia robiłam w cud domu na pustyni – naszym parodniowym airbnb.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s