Z perspektywy krótkiego czasu po powrocie do Polski wiem, że wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Wiem, że z każdą kolejną podróżą, jak i rozmową przeprowadzoną już w kraju, zmieniam swoje podejście do podróżowania, do tego, co ważne i jak mogłoby być. 

Maroko było pierwszym wypadem, który okazał się bardzo bolesny dla wrażliwości, bowiem ukazał inny świat, ściągnął z oczu klapki i pozwolił zagłębić się w swoje – bardzo nabuzowane – emocje. Emocje, w których mieszał się zachwyt, złość, niezrozumienie, niezgoda i chęć pojęcie tego, co widzą oczy, ale co jest tak inne dla rozumu.
Byłam tam tylko dwa tygodnie – to zbyt mało, by człowiek mógł liznąć czegokolwiek poniżej powierzchni. To nawet zbyt mało, bym mogła odgrodzić się od swoich uczuć i pozwolić sobie na poznanie ludzi – przestać traktować ich globalnie, oceniać system, a zrozumiał sposób postrzegania świata przez pojedyncze osoby, pojął system wartości, motywacje ich wyborów i działania. Dlatego też, jeśli podróż, to idealnie na co najmniej miesiąc – i to bez żadnych oczekiwań i ze złagodzeniem do minimum (albo i całkowitym schowaniem do kieszeni) swoich ocen, światopoglądu i wymagań. Tylko wówczas mogę pozwolić światu być, ludziom żyć, a mojemu sercu i umysłowi – obserwować i przyjmować to, co jest. I zrozumieć. Inaczej będę oglądać tylko obrazki. A życie nie składa się tylko z obrazków. 

By choć trochę lepiej poznać życie poza obrazkiem i choć trochę mocniej i prawdziwiej poczuć ludzi, parokrotnie w czasie naszej podróży udałyśmy się na wycieczki. Dzięki temu widziałyśmy Dolinę Ourika, góry w Imlil, ocean w Essaouirze i jeziora w Takerkoust. 

W każde z tych miejsc dostałyśmy się inaczej. Po pierwszych trzech nocach spędzonych w Marrakeszu, kolejne trzy spędziłyśmy w berberyjskim domu na pustyni niedaleko Essaouiry. Zanim to jednak nastąpiło wybrałyśmy się do Ourika. 

W Maroko można przemieszczać się na wiele sposobów. Wydaje mi się, że najsensowniej jest wynająć auto, by być zupełnie niezależnym i móc dojechać wszędzie tam, gdzie nie dojeżdża transport publiczny. Choć to też nie musi tak być, by nikt nie dojeżdżał – odpowiednia stawka dowiezie człowieka wszędzie. My auta nie wypożyczyłyśmy z prostego względu – byłyśmy tylko we dwie, a też nie podróżowałyśmy każdego dnia, toteż taka impreza byłaby mało opłacalna. Musiałyśmy radzić sobie inaczej. Jak? 

Do większych miast – ale tylko tam, gdzie położone są tory (a nie ma ich wiele) – jeżdżą pociągi. Uważajcie na ceny – my chciałyśmy wybrać się do Rabatu i bilet miał nas kosztować 98 dh w jedną stronę. Na trzy dni przed wyjazdem bilety (o czym nie wiedziałyśmy) jednak mocno drożeją i wówczas miałybyśmy zapłacić 280 dh. To spora różnica. 

Między miastami, na dłuższych trasach jeżdżą autokary, porządne, nowoczesne, klimatyzowane: najbardziej zaufane i systematycznie poddawane kontroli są dwie firmy – SupraTour  i CTM. My z Marrakeszu do Essaouiry podróżowałyśmy z SupraTour, gdzie podróż zajęła nieco ponad trzy godziny i kosztowała nas 80 dh. Autokary odjeżdżają parokrotnie w ciągu dnia z głównego dworca w Marrakeszu. Podobno na parę minut przed odjazdem nie ma już biletów – ale my swoje kupowałyśmy kwadrans przed odjazdem. Albo to my miałyśmy szczęście, albo ludzie, którym się nie udało, mieli pecha.

W autokarach jest sporo turystów, nikogo nie dziwi europejska twarz. Podobnie sprawa ma się z tzw. białymi minivanami. 

Z Marrakeszu codziennie organizowane są wycieczki do najładniejszych miejsc w okolicy. Do Doliny Ourika, Wodospadów Ouzud, Essaouiry, pustyni i pustynnego miasteczka Warzazat…i do wielu innych. Ale że my tego nie czułyśmy – wycieczek zorganizowanych, ludzi jak owieczki podążających za przewodnikiem, który mówi, gdzie iść, gdzie jeść, co kupić i gdzie zrobić siusiu – próbowałyśmy w te miejsca dostać się inaczej. Do Ourika Valley pojechałyśmy białym minivanem – teoretycznie była to wycieczka, jednak na miejscu, gdy ustaliłyśmy to z chłopakiem-„naganiaczem”, przez parę godzin byłyśmy same dla siebie. To bardzo dobra opcja, bowiem zapłaciłyśmy 110 dh w dwie strony, a nie musiałyśmy martwić się o przejazd, o organizację etc. W znalezieniu białych minivanów pomógł nam inny pan „naganiacz”, który z kolei pracował przy przystanku autobusowym – miejskich autobusów – i pomagał ludziom, turystom, w przejazdach i odnajdywaniu się w innej rzeczywistości. 

To, swoją drogą, jest piękne, że Marokańczycy tak chętnie pomagają sobie wzajemnie. W hostelu usłyszałyśmy, że dobrze jest kupować u lokalnych sprzedawców, bo dzięki temu pomagamy im w życiu. Powiedział nam to chłopak, który w hostelu pracował. W restauracji prowadzili nas do taksówek, mimo że pytałyśmy o autobus miejski. Z autokaru kierowali nas do lokalnych restauracji. Organizator wycieczki pokazywał, gdzie może skorzystać z super masażu, a masażysta znowu kierował do taksówek. Cały światek usług współpracuje ze sobą i pomaga sobie wzajemnie – w sposób mniej lub bardziej dyskretny. 

Udało nam się jeszcze dorwać przejazd lokalnym busem. Starym – nie wiem jak bardzo starym, ale Maniek był z lat 70’, a te tutejsze pojazdy wyglądały na dużo starsze. To nim jechałyśmy do Imlil, górskiej bazy wypadowej, w której rozpoczynają się prawie wszystkie trekkingi. Do Imlil wycieczek raczej nie ma. Jeżdżą taksówki (za niebagatelne kwoty), prywatne lub kolektywne. Gdy głośno i wyraźnie dziesiąty raz powtórzyłyśmy, że nie stać nas na przejazd za 1000 dh, w końcu kolejny pan naganiacz (tym razem ten pomagający przy prywatnych taksówkach) skierował nas do taksówek kolektywnych. Tam nikt nie wybierał się w góry, więc odesłano nas do rozklekotanych busów. Tutaj już nie było poza nami żadnego turysty. Wzbudziłyśmy niemałe zainteresowanie, jako jedyne białe osoby. W tym właśnie busiku – z wybitą tylną szybą i drzwiami otwartymi na oścież w czasie jazdy, by wszyscy się zmieścili – Monika ukuła słowa „nie patrz na BHP i bezpieczeństwo pojazdu, którym jedziesz, ważne, że jeździ”. Zapłaciłyśmy 50 dh. W drugą stronę jechałyśmy taksówką kolektywną, w której poza nami była jedna Marokanka i trzyosobowa rodzina. O Besmie i rozmowie z nią opowiem Wam w kolejnym tekście. 

Aby w pełni skosztować podróżowania w Maroko, ostatniego dnia życie podrzuciło nam wielką niespodziankę. To nie był mój najlepszy czas, zarówno fizycznie jak i psychicznie czułam się jakby mnie ktoś przejechał, przeżuł, przemielił, a później jeszcze poczęstował smutkiem. Siedziałyśmy na murku, odjechały nam wszystkie wycieczki – bo głupie lamy wstałyśmy hen hen za późno – a my (no dobra, ja) nie chciałyśmy spędzać tego dnia w Marrakeszu. Wyciągnęłyśmy mapę – internet wówczas nam nie działał – i pilnie ją śledziłyśmy. „Jest! Jezioro, patrz! Nie wiem, gdzie to, ani jak wygląda, w sumie to o nim nie słyszałyśmy. Jedziemy? Jedziemy!”. Tylko jak się tam dostać? Panowie od starych busów spojrzeli na nas jakbyśmy spadły z księżyca. Panowie od kolektywnych taksówek przecząco zmarszczyli brwi. Pozostały nam taksówki prywatne. A to nie jest tania – jak na dwie dwudziestolatki – impreza. Pan naganiacz powiedział 500 dh w dwie strony. Utargowałyśmy do 350. Trochę nam to zajęło. Zaproponował jednemu kierowcy, ten powiedział, że 400. Nagle spod ziemi wyrósł jeszcze jeden mężczyzna i wziął nas ze sobą do auta. I tym sposobem za 350 dh jechałyśmy nowym autem, pan obwiózł nas wokół jeziora, czekał na nas, ile chciałyśmy, chwilę opowiadał o miejscu, gdzie byliśmy. Jezioro okazało się być piękne, bez turystów, ciche i spokojne. Dokładnie takie, o jakim mówiłam, marząc kilka dni wcześniej o tym, gdzie chciałabym się wybrać – a co zdawało się być dużą abstrakcją. 

Jak widzicie, nie ma rzeczy niemożliwych. Marokańczycy okazali się być bardzo pomocni i cierpliwi, gdy chodziło o pomoc. Wesprą siebie wzajemnie, i wesprą zagubiona owieczkę-turystę. Współpracują ze sobą, a gdy człowiek naprawdę się postara – a i ich zachęci – to parokrotnie miałyśmy wrażenie, że da się zrobić wszystko, a na cuda trzeba poczekać pięć minut. 

Niedługo napiszę Wam o ludziach, których w podróży poznałyśmy i o kraju – będę starała się być jak najbardziej obiektywna. Pokażę Wam też zdjęcia z tej podróży. I napiszę kosztorys. I podzielę się analogami. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s