Spakowałam plecak. Mały, różowy. Wzięłam cztery koszulki (wróciłam tylko z dwiema), parę lnianych spodni i długą spódnicę. Koszulę z długim rękawem, wygodne buty, szczoteczkę do zębów – o paście zapomniałam – i dwa aparaty. Zapas filmów, dwa długopisy i dwa notesy: jeden dla świata, a drugi dla życia. Bowiem jechałam w podróż, wiedziałam, że będę o niej pisać. Wiedziałam też, że będę wnikać wgłąb głowy i serca. Bo podróże po to są, by uczyć o świecie, ale przede wszystkim – o sobie samym. Z każdą jedną coraz mocniej się o tym przekonuję. 

Jechałam z cud człowiekiem, wspaniałą przyjaciółką. Po raz pierwszy na dłużej – 11 dni – z kimś jeszcze, nie z samą sobą. Bałam się, wędrówka z drugim człowiekiem weryfikuje najbardziej idealne relacje. Okazało się, że moje obawy były nieuzasadnione. 

Maroko. Co wiedziałam o tym kraju? Przyznaję bez bicia – niewiele. Żyłam romantyczną wizją o żywych barwach, o sycącym jedzeniu i o śmiechu. Życie zweryfikowało moje wyobrażenia. Ta podróż zresztą była jedną wielką weryfikacją. 

Długo zastanawiałam się, co mam napisać, przecież poznałam zaledwie przecinek w wielotomowej księdze świata, ba! w księdze jedynie jednego kraju. Dostałam po uszach, gdy mimowolnie oceniłam. Słusznie dostałam. Bo i kim jestem, by oceniać? Kim jestem, by myśleć, że mogę wiedzieć, jak inni mają żyć? Kim jestem, by wystawiać opinię? Jaką wiedzę mam, by mówić, co jest dobre a co złe? Czy z jakąkolwiek wiedzą można to robić? 

W zdystansowaniu się od obrazów, które widziałam – a które niekiedy bywały mocno bolesne – pomagała mi moja wiara i przekonania. Wiara w to, że każdy z nas, zanim przychodzi na świat, wybiera miejsce, w które się uda. Wybiera je – to konkretne – bowiem ma do odrobienia kolejną lekcję, musi coś przepracować, odkryć coś o sobie. Jest tu po coś, i to życie jest mu potrzebne. A później rodzi się znowu, i przyjmuje kolejną lekcję, bogatszy w doświadczenia. 

To pomagało mi nie oceniać, przyjmować i obserwować. Starałam się wyłączyć myśli i nie oceniać, opiniować, odnosić się do tego, co widzę. Być oczami, uszami, nosem, ustami. Nie być głową. Sercem też nie. Obserwować i przyjmować – tylko, a zarazem aż. I tak chcę Wam opisać tę podróż – z pozycji obserwatora, bezstronnego narratora biegnących zdarzeń. Tak będę mówić o świecie. Chyba, że kiedyś poczuję się na tyle mądra, dojrzała i doświadczona, by inaczej mówić o świecie. Na razie jestem na początku drogi, a na doktorat o życiu i kulturach przyjdzie czas – wraz z doświadczeniem. 

Pierwszy – i ostatni w tej podróży – był Marrakesz. Miasto, które podobno można albo pokochać albo znienawidzić. Monika je pokochała. Przez brud, przez to, że ono odpycha – to ją przyciągnęło, ta brzydota, inność, hałas. Znam ją, w tym szaleństwie jest metoda. 

Ja? Ja nie jestem miastowa. Miasta mnie męczą, miastom nie ufam, w miastach zdarza mi się nie odnajdować radości życia. 

Marrakesz leży na pustyni, większość miasta to niskie budynki w kolorach piasku i ziemi. Po ulicach jeżdżą – mocno szalenie, mówiąc delikatnie –  setki taksówek, riksz, konnych zaprzęgów i skuterów. Instytucja świateł istnieje, choć przepisy ruchu drogowego są postrzegane z dość dużym dystansem. Przejście prze ulicę przysparza dużego przypływu adrenaliny. Chyba, że są pasy, bo te niekiedy się zdarzają. Na skuterach jeżdżą wszyscy – i wszędzie – w kaskach i nie, bez dzieci i z dziećmi. 

Najintensywniej życie toczy się w medynie – części miasta, w której króluje souk i restauracje. Jest tam też najwięcej turystów. W sklepach w medynie zdecydowaną większość pracowników stanowią mężczyźni – kobiet nie widywałam. Podobno one pracują, zakładam więc, że są innych częściach miasta. Poza medyną parokrotnie widziałyśmy kobiety działające w usługach. W dziewięćdziesięciu procentach przypadków kobiety są zakryte: najczęściej to hidżab, chusta owinięta wokół głowy, rzadziej burka. W restauracjach przesiadują tłumy mężczyzn – kobiet nie widziałam, mogłabym je zliczyć na palcach jednej dłoni. Gdy parokrotnie zawitałyśmy do knajpy – nieturystycznej – byłyśmy jedynymi białymi, i jedynymi dziewczynami. Mina mężczyzn była wówczas bezcenna. 

W souku można dostać wszystko: barwne dywany, chusty, szale, ubrania; skórzane buty, torby, plecaki; zioła, przyprawy, barwniki; haszysz, żółwie, kameleony, wypchane gady. Każdy sprzedawca do Ciebie krzyczy, choć mało który bywa nachalny. Podobno dziennie płacą 25 euro podatku – muszą więc zdobyć klientów, tym bardziej że na każdym ze straganów jest…to samo. Czy czułam się nagabywana? Nie. Czy ktoś nas oszukał? Nie. 

W poradzeniu sobie z życiem tego miasta z pomocą przyszła nam sztuka targowania się, zakryte ciało (ze względów bezpieczeństwa i szacunku do kultury, którą odwiedziłyśmy) i zdecydowane „no, thank you”. Nie zliczę, ile setek razy dziennie słyszałam „nice tattoo!” mówione dla przyciągnięcia uwagi.

Nie zliczę też setek wygłodzonych kotów, które są wszędzie. Na ulicach, chodnikach, w zaułkach, pod drzwiami. Małe, duże, młode i stare. Psów widziałam może pięć. Nie zliczę też małp, które wystawiane są na głównym placu Jamaa El f’na. Ubrane w tiulowe spódnice albo stroje Spidermana trzymają łapkami łańcuch, który pęta ich szyję i błagalnym wzrokiem patrzą na człowieka trzymającego drugi koniec łańcucha. Obok nich rozkładają się zaklinacze węży i grają na swoich instrumentach hipnotyzującą muzykę. Mijają ich osiołki obładowane tobołami i ludzie pędzący z zwiniętą w gazetę świeżą miętą. 

Spotykamy Berbera, który zaprasza nas na tyły swojego sklepiku na herbatę, a przy tym – robi zdjęcie mojemu tatuażowi na dłoni. Berberyjskie zdjęcie tj. maluje go długopsiem na kartce papieru. Opowiada o autentycznym Maroko, o pustyni, o górach. Pan w zielarni mówi o ziołach, eukaliptusowych kryształach, czarnym sezamie, kolorowych barwnikach, kadzidłach i zielonej herbacie z miętą – której tutaj wszędzie jest mnóstwo. 

Mijamy zrujnowane, zburzone domy. Gdy pod wpływem gorąca, starości, deszczu – z rozmaitych powodów – dom się rozpada, nikt go nie odbudowuje. Gdy umiera mężczyzna, ludzie się przenoszą. Zbyt wielu jest spadkobierców, zbytnio skomplikowane procedury. 

Marrakesz to kolory, tłumy, hałas. Inność, ciekawość, dobrze zamaskowana bieda. Wiecie, że minimalna krajowa tutaj – w fabrykach czy usługach – to 220 euro?

Czy wrócę? Na ten moment nie. Ale gdy jednak to nastąpi, będę chodzić od człowieka do człowieka i rozmawiać. Z obserwatora stanę się słuchaczem. I może wówczas zrozumiem więcej, może mój niepokój i początkowa niezgoda – zanim nie zniknęłam oceniania i patrzenia przez swój pryzmat – znikną. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s