Każdy ma swoją ścieżkę, swoje wybory, swoje nauki, pytania i odpowiedzi. Jak sobie wybrałeś kiedyś, tak masz, tego się uczysz tutaj teraz, na ziemi, w tym życiu. A czego się nie nauczysz teraz, to będzie się za Tobą ciągnęło w kolejnym życiu. I tak dalej i dalej i dalej. Wszystko się dzieje po coś, po to, by nam dać dobre rzeczy, byśmy mogli wzrastać, iść do przodu – silniejsi, mądrzejsi, pewniejsi siebie i świata. Nie ma przypadków – każde zdarzenie czy napotkany człowiek może nam coś pokazać, pojawia się nie bez powodu. Jak tak patrzę w przeszłość to widzę ciąg przyczyn i skutków. Widzę, jak jeden wybór prowadził do kolejnego, i budował mnie jako człowieka. I zbudował całkiem nieźle, musicie przyznać. Dlatego niczego nie żałuję, bo dzięki każdej sytuacji jestem tutaj, gdzie jestem i jestem, kim jestem. Każdy błąd, porażka, sukces, płacz, niechęć, łzy, śmiech, radość, złość, zdrada, pomoc były drogowskazami do dzisiaj. I jestem wdzięczna, i jest dobrze – zawsze jest. 

Ostatni weekend pełen był magii, dobroci i nowych myśli. Wyzbycia się blokad, pokonania nieładnych przekonań, otwarcia się. Pełen był ludzi, którzy wnieśli nową jakość – bowiem ludzie zawsze wnoszą jej najwięcej. Spotkań, rozmów i otwartości. Po raz kolejny przekonałam się, że gdy otworzę się na świat, to on do mnie przyjdzie. Przyjdzie w takiej postaci, o której nie marzyłabym w najśmielszych snach. Parę lat temu autostop pokazał, że gdy pozwolę ludziom być dobrymi, to oni będą dobrzy, a dziś wiem, że gdy otworzę się na świat i zaproszę do siebie swoje pragnienia i wyobrażenia, to one śmiało otworzą drzwi i rozgoszczą się jak u najlepszego przyjaciela – a wiadomo, że u najlepszego przyjaciela wyjada się ciastka, pluska w wannie godzinami i wypija mleko prosto z kartonu. Pragnienia wpadają i czują się w moim życiu jak u siebie w domu. 

Ostatni weekend to cud festiwal – Wibracje – ludzie, spotkania i autostop. I dużo, dużo ruchu, śpiewu, krzyku prosto z gardła. I dużo, dużo pisania. I dziś z tym pisaniem do Was przychodzę. Sześć tytułów. Sześć dobrych lekcji o wolnym życiu. 

Pisałam w notesie, małym, zgrabnym, z papieru czerpanego – na okładce ma napis: „It’s not about destination, it’s about journey”. No to – w drogę!

Intencje 

Na Wibracje pojechałam z dwiema intencjami: zrozumieć i ogarnąć sercem sprawę z ojcem i wrócić do swojego ciała – otworzyć je, wyrzucić blokadę, bawić się i cieszyć ruchem; rozwiązać spięte gardło i móc śpiewać i tańczyć w tłumie. Czuję, a teraz to już wiem, że obie te rzeczy przyszły do mnie w pełnym wymiarze – bym mogła wziąć je dla siebie w najlepszej możliwej formie. To, że one obie przyszły i każdy jeden wykład, na którym byłam, był bardziej lub mniej o relacjach z ludźmi, rodzicami i mężczyznami, a każdy jeden warsztat, w którym uczestniczyłam, był o ruchu, ciele, sensualności i krzyku, pokazały mi jeszcze jedną rzecz. Zrozumiałam moc intencji. 

Gdy nakieruję swoje myśli na jakąś rzecz, na dane zagadnienie, wszystko wokoło potoczy się tak, by dać mi odpowiedź. Wystarczy, że postawię światu pytanie, skonkretyzuję je. Reszta przyjdzie sama. Przecież już trzy lata tamu na ulicy w Londynie znalazłam pocztówkę: „Once you make a decision, the universe conspires to make it happen” – od niej zaczęło się to życie. To proste: pytanie – odpowiedź. 

Zakładam, że po części to kwestia autosugestii, a po części jest jak z pisaniem – gdy mam myśl przewodnią, powoli dokopuję się głębiej, szukam w sobie i w świecie tego, co chcę zobaczyć, zrozumieć i dostrzec, bo to tutaj kieruję uważność i energię. Życie daje znaki i wskazuje drogę, wystarczy tylko szeroko otworzyć oczy.  

Spotkania nieograniczonych możliwości

Po raz kolejny świat pokazał mi, że gdy się na niego otworzę, to da mi same cuda. To dlatego wciąż jestem otwarta – bo wiem, że na każdym rogu czai się dobro, jak się tylko umie patrzeć tak, by widzieć. Od dawna też wiem, że gdy zaproszę dobro do swojego serca, to ono do mnie przyjdzie. Poznałam na Festiwalu trzy dobre dusze. Jedną na samym początku, drugą w połowie, trzecią na końcu. Każdy z tych trzech facetów wniósł nową jakość do mojego życia. Michał przyniósł beztroską radość i ożywcze spojrzenie na świat, pełne ciekawości. Pozwolił oswoić się z nowym miejscem i głośno się śmiać. Jasiek fotograf-podróżnik ujął mnie swoją otwartością, szczerością i tym czymś – intrygującym. Dał taniec i sztukę, piękne zdjęcia i budujące rozmowy.  Waldek zielarz opowiedział historię nie z tej ziemi – bo czy można w jednym życiu być w marines, budować motory i łodzie, zbudować indiańską wioskę pod Płockiem i hotel na Filipinach, a później zabrać mnie na ranczo, ugościć w drewnianym pokoju gościnnym, o piątej rano nakarmić świeżymi bułkami i odwieźć na pociąg? Można. 

Kolejny raz ujrzałam, że w życiu naprawdę wszystko jest możliwe i można wszystko, a ludzie to szalenie ciekawe istoty, które inspirują, intrygują i pokazują świat. Niby nic takiego, a przecież wszystko. Niby wszystko, a wciąż więcej i więcej. I stopniowo poznaję pełnię, pełnię życia i jego możliwości. Bo nagle pada: 
– Słuchaj, znamy się niedługo, nie wiem, czy mogę ci ufać, w końcu jesteś obcym facetem. I możesz zrobić mi krzywdę.
– Rozumiem. Tyle że niekiedy warto kierować się sercem, nie rozumem. 
– Moje serce jest bardzo szalone, wiesz? Zróbmy to!

I ja sobie na to pozwalam, bo czuję się bezpiecznie, słucham intuicji, a ona nie sprowadza mnie na manowce. Idę za sercem, bo ono zna drogę do szczęścia. 

„Kim jesteś?”

Czytałam o tym niedawno. W „Niebiańskiej przepowiedni”. Każdy z nas ma w swoim życiu pytanie – główne, kluczowe, które go prowadzi. Może jakąś misję do spełnienia, może po prostu naukę do wyniesienia. Coś, co kieruje nas przez świat, pokazuje drogowskazy, nadaje sens i tempo marszu. Są też pytania poboczne – jako wskazówki, ścieżki dalszego rozwoju. Odpowiedzi na te pytania kryją w sobie zdarzenia, w których uczestniczymy i ludzie, których spotykamy. Ludzie – ludzie – są tutaj sprawą kluczową. Właśnie w czasie Wibracji, a może już po, wypowiedziałam coś, co siedziało mi w głowie od dawna. Że pojedyncze, nagłe spojrzenia w tramwaju, autobusie czy na ulicy, albo wymiana uśmiechów, bądź fakt, że spotykam daną osobę parokrotnie w ciągu festiwalu coś znaczy. Ta osoba ma coś dla mnie, ja mam coś dla niej. Nową wiadomość, doświadczenie, zmianę, grzmot w światopoglądzie. Parokrotnie już tego doświadczyłam – coś mnie przyciągało, coś grało i później okazywało się, że nie bez przyczyny. Widziałam osobę, obserwowałam ją i później naturalnie wywiązywała się bardzo rozwijająca rozmowa. Migał mi samochód, a parę godzin później okazywało się, że w środku siedzi człowiek, który ma pełne predyspozycje ku temu, by wywrócić mój świat do góry nogami. Istnieje tylko jeden problem – jak to zrobić: nie przegapić okazji do tego, by usłyszeć odpowiedź? Jak zatrzymać się przy człowieku, który coś dla nas ma? Jak się odważyć i zagadać kogoś obcego? 

To proste, choć niełatwe. Chciałabym, i mocno wierzę w to, że już niedługo zacznę działać w codzienności tak, jak działam w podróży. Gdy poczuję, że dana osoba jest nieprzypadkowa – podejdę i zapytam „kim jesteś?”. Zacznę rozmowę, złapię to, co ku mnie płynie od niej, od kosmosu. Odważę się, postąpię mało konwencjonalnie, ale na pewno z dobrym skutkiem. Warto. 

Odblokowanie ciała

Jedną z intencji było moje ciało. I ruch. I głos. Miałam nadzieję na to, że uda mi się je oswoić, że będę w stanie rozpuścić blokady, które w sobie noszę. Długo zastanawiałam się, jak to jest, że nie sprawia mi kłopotu skakanie przez kałuże, chodzenie boso po mieście, tańcowanie w czasie spaceru. Jak to się dzieje, że mogę kąpać się nago w morzu o północy, a w jeziorze w biały dzień nago chodzić wśród trzcin i być fotografowaną, gdy na łódce obok obserwują nas weseli panowie? Jak to się dzieje, że kocham muzykę, ale boję się do niej tańczyć wśród ludzi? Jak to jest, że boję się wśród ludzi krzyczeć, śpiewać?

Wciąż nie wiem. A może wiem…wiem, że to myśli – w mojej tak przecież otwartej głowie – „ludzie patrzą, oceniają, co powiedzą, nie wypada”. To tak, jakby to było ostatnie ogniowo, które generuje w sobie te wątpliwości, ten strach. Mogę wyglądać inaczej, mówić głośno swoje zdanie, żyć po swojemu, dość odważnie i zawzięcie i tylko w tej kwestii nie umiem pokonać muru. Stop – nie umiałam. W weekend mi się to udało. W końcu po to pojechałam do Białobrzegów.

Był dziki taniec wokół wielkiego ogniska, było mantrowanie – ja sama, do wtóru z bębnem – przy setkach osób. Był tantryczny taniec czterech żywiołów, szalenie sensualny, namiętny, porywczy, sama i z kimś. Był wesoły taniec na koncercie. Rytuał wypędzania poczucia winy poprzez ruch i krzyk. Medytacja w ruchu, odkrywanie kobiecości w tao. Śpiew i krzyk. Wolność. Padły słowa „nie musisz nikogo zadowolić”. Padły słowa „puść się”. A ja przecież zawsze słuchałam słów.

W pełni czułam swoje ciało. Każdą komórkę, czułam biodra, dłonie, przedramiona, gardło. Byłam nimi. To, czy ktoś na mnie patrzy, co sobie myśli, czy ocenia, czy to wypada było poza moim postrzeganiem i przejmowaniem. Nieskoordynowane, drewniane ruchy odeszły. Tylko ja i muzyka, ja i ciało. W życiu przecież chodzi o poczucie siebie, o żywioł, świat w sercu, przyspieszony oddech. Poczułam, że przeżywanie to nie tylko serce i umysł, ale też ciało, ono też chce być otwarte. Puścić, uwolnić, rozświetlić, poczuć wszystko. Nie bać się tego, w co wrzuciła mnie kultura, społeczeństwo – zniknąć to. Jako kolejny krok – wytańczyć się z systemu.

„Hmmm” zamiast „nie”

Jak to brzmi: „nie, nie chcę”, „nie, nie zrobię”, „nie, bo nie”? A to: „wolałabym”, „spróbuję inaczej”, „zrozum, bo to i to”? Co wolicie? Ja wolę drugą opcję. Opcję unikania słowa „nie”. Po pierwsze dlatego, że wszechświat – no dobra, nasz mózg – nie wyłapuje słowa „nie”. A że on zawsze daje nam to, czego chcemy, to gdy mówimy: nie będę się objadać – jemy dużo; nie będę wydawać pieniędzy – przepuszczamy całą wypłatę; nie będę się kłócić – latają gary. A ja wolę tak go sobie programować, i siebie też, by mieć to, czego chcę, i unikać kwiczenie w skutkach ubocznych wizualizacji. Jasno i klarownie składać myśli i mieć dokładnie to, co mówię. 

A po drugie – unikam „nie” – dlatego, że odpowiedź zaczynająca się od „nie” często zamyka nas na dalszą dyskusję, zamyka drogi możliwości innej propozycji. Gdyby zamiast „nie” używać „wolałabym”, „a może lepiej to i tamto” mamy otwarte drzwi do dalszego działania, wspólnego konstruktywnego wniosku. Co więcej – odmowa zaczynająca się inaczej niż od „nie” pozwala na nieranienie rozmówcy – bowiem nie każdy potrafi przejść do porządku dziennego nad „dziś się nie spotkamy, nie chcę” (mimo że to przecież jest ok i totalnie zrozumiałe!).

Miłością w nienawiść

To przemyślenie mocno około tematyczne, jednak szalenie ważne. Wiecie, ja żyję w swojej bańce. Bańce, w której każdy może być kim chce i spełniać marzenia. Bajce wiary w siebie i w nieograniczone możliwości. Bańce, w której człowiek człowiekowi motylem, a słowa to miód. Dobrze mi tutaj, rozgościłam się – a bańka rozgościła się we mnie. Jednak niekiedy oczy otwierają się szerzej i widzę jak mucha – wielowymiarowo. Widzę zawiść, zazdrość, strach, nienawiść, pogardę – widzę innych ludzi, z tego nie mojego świata, którzy żyją jak żyją i mają się dobrze-źle w swoim myśleniu. Niekiedy zderzam się z nimi, kiedyś boleśnie, dziś z żadnymi uczuciami.  Z kontrolelką biletów, która po obejrzeniu legitymacji obrzuca mnie pogardliwym spojrzeniem i czuję, jakby chciała splunąć mi w twarz. „Liceum dla dorosłych”. Ze starszym mężczyzną w sklepie, który gdy tylko mnie widzi – a mijamy się parokrotnie – rzuca obelgi, przeklina i patrzy jak na krnąbrne dziecko, które zamieniło się w demona. To boli. To smuci. To pomaga tracić wiarę w siebie. Mnie już nie dotyczą takie uczucia, jednak nie każdy jest tak odporny. 
Mam pomysł. 

Wiecie, jak działają neurony lustrzane? Gdy widzimy sytuację, w której już kiedyś byliśmy, nasz mózg generuje reakcję będącą idealnym odbiciem tego. Gdy obserwujemy chłopców na boisku, nasz mózg gra w piłkę. Gdy ktoś płacze – nam robi się smutno. Gdy ktoś się śmieje – my też zaczynamy się śmiać. Dlatego tak super jest mieć pozytywnych znajomych – bo w ich towarzystwie od razu poprawia się humor. 

To działa też w drugą stronę – czujemy się mocno zbici z tropu w momencie, gdy inna osoba nie „odbija” naszych emocji. Gdy uśmiechamy się, a ktoś nie odpowiada uśmiechem, uśmiech gaśnie. Idźmy więc o krok dalej – świata tym pewnie nie zmienię, ale przynajmniej zagram mu na nosie – gdy ktoś ruszy na mnie z agresją, odpowiem uśmiechem i spokojem, życzliwym słowem. To będzie niełatwe, bo jednak zaszczute zwierzę nie przymila się drapieżnikowi, ale ktoś mówił, że będzie łatwo? Na pogardliwe spojrzenie kontrolelki – „ale ma pani ładne kolczyki!”. Na obelgi pod moim adresem od pana w sklepie – „piękną ma pan koszulkę, ten kolor pasuje panu do oczu”. 

Nie chcę wywołać rewolucji, ani się podkładać. Ja po prostu zamierzam unikać wchodzenia w ich grę i odgrywania ichniego scenariusza. Ja od tego nie zbiednieję, a zbaranienie na ich twarzy będzie najlepszą nagrodą dziwnej próby. Miłością w nienawiść. Bo skoro i tak nie umiem nienawidzić, a z najgorszej i najbardziej bolesnej sytuacji zawsze wyciągam wdzięczność i śmieję się jak głupi do sera, to przynajmniej dobrze to w życiu wykorzystam.

Są momenty i przemyślenia, które zmieniają wiele. Ludzie, którzy burzą stary i budują nowy świat. Rozmowy, które nadają kolorowy sens. Zdarzenia, które na zawsze zostają w pamięci. I zmiany, od których życie staje się lepsze. A ja lubię dobrze żyć. 

Dlatego zapraszam ten świat do siebie: świat dobroci, uśmiechu, ruchu, kolorów, magii, wolności, świadomości, piękna. Chcę wybaczać, dziękować i puszczać, patrzeć szerzej i widzieć więcej. Tak chcę – tak mam. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s