Pamiętasz tego chłopaka, który odszedł, mówiąc, że on nie chce ograniczać się do „my”, że on to „ja” i on ma misję do spełnienia – że on musi iść, by pomagać ludziom? Bolało Cię wtedy serce, pamiętam, jak płakałaś nocami, nie mogąc zrozumieć, co poszło nie tak. Przecież na lotnisku z uszami przy asfalcie słuchaliście oddechu ziemi, w jeziorze kąpaliście się nago, między wodorostami nurkując do dna. Gdy leciała piosenka Biebera, zapytał, czego szukasz – odpowiedziałaś „szczęścia” – powiedział „stoi obok”. Był maj, upalny i parny. I już nie wiedziałaś, czy to pot czy krokodyle łzy spływają po Twojej twarzy. Tamten chłopak pojawił się, obrócił Twoje życie o sto osiemdziesiąt stopni i zniknął, tak samo szybko, jak Cię znalazł, tam wtedy na przejściu dla pieszych, gdy w wełnianym swetrze z gitarą w dłoni czekał na zielone światło. 

A pamiętasz, jak każdy powtarzał Ci „przepracuj relację z ojcem, rzutuje na Twoje życie”, a Ty się tego wypierałaś i zapierałaś rękami i nogami? Mocno wierzyłaś w to, że wszystko w życiu można oddzielić, że każda osoba to inna historia, inne remedium, inne kroki. Może tak jest, ale jednak…przyznaj bez bicia…czym skorupka za młodu… 

Szukasz ojca. Szukasz go, szukasz emocji związanych z nim. A że go nie było i nie ma, to szukasz go w innych mężczyznach. Tylko jak tu szukać kogoś, kogo się nie zna? Dlatego szukasz emocji. Tego, jak się z nim czułaś. Szukasz poczucia małości, krytyki, wielkich słów i małych czynów, małej dziewczynki sprowadzonej do poziomu ziemi, szukasz ciszy, tęsknoty w codzienności, pustki. I znajdujesz, to jest w tym wszystkim najzabawniejsze, że znajdujesz. Znajdujesz wybujałą pewność siebie, wielkie ego, patrzenie na innych z góry – jako mechanizm obronny przed światem. Znajdujesz „kocham Cię, ale…”, „ja wiem najlepiej, mylisz się”. 

Znajdujesz i od razu wchodzisz w swoją rolę, w rolę małej dziewczynki, która błaga o obecność, o zwrócenie uwagi. Masz swój schemat działania. W pewnym momencie milkniesz, by wymusić czyjeś zainteresowanie. By dopytywał, troszczył się, opiekował. Byś poczuła się ważna, kochana, zauważona. Nie wiesz (bo i skąd?), że ktoś może troszczyć się o Ciebie w inny – zdrowy – sposób. No i dostajesz to, czego łakniesz. Ale Ty cały czas potrzebujesz zapewnień, a sama zamykasz się coraz bardziej, gubiąc się w swojej grze.
Zamiast po prostu być, lubić siebie wzajemnie – a nie tylko kochać, bo sama miłość to za mało – oddalacie się. 

Oddalacie się, bo wiesz… nie tylko Ty szukasz ojca. Sama trafiasz na tych, którzy szukają matki – metaforycznej. Szukają kobiety, która się nimi zaopiekuje. W przeszłości mieli wiele problemów. Świat ich zrugał, zniszczył, zmiażdżył. Oni nie potrafili wybaczyć, nie widzieli światła. Zamknęli się więc, przybrali maskę. Maskę nienawiści wobec świata, pogardy, maskę złości i nieufności wobec ludzi. Nie uleczyli siebie, zdusili w zarodku chęć miłości i dobro. 

I nagle pojawiasz się Ty. Ty, która kiedyś ujrzała światło i wchłonęła je w siebie, zaczęła nim żyć. Pojawiasz się kolorowa, optymistyczna, czuła, szalona. Pojawiasz się z rozmowami o ślimakach i o tym, że warto mówić „cudnie”. Łapią się Ciebie, łapczywie wystawiają twarz do słońca, dotykają go swoimi ciemnymi miejscami. Spragnieni, piją słodki nektar wiary i nadziei, wlewają go w puste od lat usta serca. 
Widzą w Tobie to, czego sami się wyzbyli, co stracili. Myślą, że im pomożesz, uratujesz. Ty też tak myślisz, robisz wszystko, by tak było. Oddajesz wszystko, co masz. Jednak… po czasie światło w Tobie przygasa, a ciemnych miejsc jest coraz więcej – teraz już także i w Tobie. I wszystko się sypie. Płaczesz, oni płaczą, pojawiają się pretensje, bo frustracja musi mieć gdzieś ujście. Pojawiają się niedopowiedzenia, ucieczka, rozmowy o końcu. I koniec.
Bo tak nie można, nie da się już. Koniec. A później nowy początek – z kimś innym, i znowu to samo. Niby nowość, a coś jakby już było, jak deja vu, jak kolorowy sen zmieniający się w koszmar senny. 

Muszę Ci coś powiedzieć. Jestem z Ciebie dumna, wiesz? Dziś jest ten dzień, gdy po latach kluczenia i nieuczenia się na własnych błędach, zrozumiałaś mechanizm, zobaczyłaś go w pełni. O 8 rano, o 17 i o 4 w nocy. Złapałaś go. W pewnym momencie był on nawet tak realny, że mogłaś go dotknąć. I nie tylko go dostrzegłaś, ale także byłaś na tyle silna i dzielna, by go zmienić, by zawalczyć o siebie i o czyste zdrowe szczęście.

I dziś… Cóż, w przeszłości dwa raz to Ciebie porzucono, teraz to Ty odeszłaś. Odeszłaś, by ratować Was oboje. Odeszłaś, bo zrozumiałaś wreszcie, że ojciec spierdolił. Że to, jak było między Wami – ta nierelacja – zniszczyło wiele dobra, które mogłoby być, ale niejednokrotnie uciekła na nie okazja. Że to jednak rzutowało. Spisałaś wszystko w liście do szuflady i wyciągnęłaś wnioski. Chyba też wybaczyłaś ojcu i puściłaś go wolno.

Dostrzegłaś, że to, czego szukasz i co dostajesz, nie jest dla Ciebie dobre, że szukasz swojej krzywdy. I postanowiłaś to zmienić. 

Postanowiłaś zadbać o siebie, ale też – zupełnie inaczej, dobrze – zadbać o innych. Zrozumiałaś, że nie da się pomóc komuś, kto sam nie chce sobie tej pomocy dać. Nie możesz być czyimś lekiem na całe zło, jeśli ten ktoś sam nie szuka dobra. Pojęłaś wreszcie, że sama miłość nie wystarczy. Aby można było z kimś być, trzeba współgrać, w rozmowie rozbierać się przed sobą do naga. By być razem, trzeba się szanować i szanować swoją przestrzeń, trzeba się wzajemnie lubić, być najlepszymi przyjaciółmi. 

Ale co najważniejsze – nie da się być z kimś, kto nie kocha siebie samego. Nie można wypełnić czyjejś pustki, jeśli on sam jej nie zasklepi. Można być i pomagać, wspierać, dawać ciepło, dobro, szczęście, pokazywać piękną ścieżkę swoim przykładem – tak! – ale nie można spalać siebie. Oba naczynia muszą być pełne – bo gdy jedno jest puste, to nawet gdy z drugiego się przelewa, to w końcu to drugie mocno straci. I zniknie. Można wzajemnie się uzupełniać, fascynować, uczyć się od siebie, pokazywać, że można inaczej. 

Ale nie da się nikogo zbawić na siłę. Każdy z nas jest odpowiedzialny za swoje szczęście, każdy sam do niego musi dojść, sam je sobie dać. Nie można od nikogo wymagać, by nas naprawił, napełnił, uleczył – to jest tylko nasze zadanie, a nie kogokolwiek innego. 
To boli, gdy trzeba odejść od kogoś, kogo się kocha. Ale niekiedy sama miłość nie wystarczy. Miłość powinna być piękna, wspierająca, ciepła i nie powinna ranić co dnia. Po taką idź, idź po zdrowe uczucie. 

Niekiedy trzeba odejść, by móc odnaleźć siebie. I wiem, że zaczęłaś wierzyć w „na zawsze”, ale nie z każdym to się uda, z niektórymi będzie po prostu nauka i dużo wdzięczności za wspólny czas, który jednak się skończy. 

Teraz przed Tobą najważniejsze zadanie – skoro przestałaś zbawiać innych, zbaw siebie, przestań szukać wyniszczających emocji – w spadku po ojcu. Pracuj nad mechanizmem, nie graj w swoje podświadome gry. Bądź, czuj, żyj, lub i kochaj. Zdrowo, czysto, szczerze, pięknie. 

1 komentarz

  1. gdy ktoś odchodzi to Jego wybór
    gdy ktoś trwa razem z Tobą to Jego wybór
    Możesz „tylko” Kochać!
    bez względu na to czy odszedł czy jest przy Tobie
    i to jest naszym pięknem
    naszą prawdziwą Wolnością
    Życiem, które nie obawia się śmierci, bo śmierć nad nim nie ma władzy
    🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s