Jest wieczór, późny wieczór. Siedzę sama w domu, u moich stóp leżą dwa największe szczęścia świata, które niekiedy dobitnie pokazują mi, że życie to ciągłe kompromisy, a najpiękniejszy widok świata musi być opłacony swojego rodzaju poświęceniem. Nie ma nic za darmo, zawsze jest coś za coś. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko. Nie ma tak, że jesteś spełnionym, szczęśliwym człowiekiem i nic Cię nie kłuje. Zawsze w bucie znajdzie się kamyk, mikroskopijny choćby, który uwiera – niechby to nawet był but trekkingowy, wchodzący właśnie na wymarzoną górę. Zawsze wybierasz coś kosztem czegoś. Cudownie, gdy możesz pójść na kompromis – w większym lub mniejszym stopniu – który zadowoli jedną i drugą Twoją naturę, jedną i drugą osobę w związku. Takim kompromisom kłaniam się nisko. Jednak nawet one nie dają stu procent satysfakcji. 

Gdy budujesz z kimś relację: pełną, zdrową i szczęśliwą, musisz liczyć się z tym, że wniesie ona do Twojego życia szczęście, poczucie bliskości, ciepło, wiele miłości, ale też pewne ograniczenia, trudne wybory, konieczność większego zaanagażowania się, zmianę swoich planów. Biorąc sobie drugą osobę, oddajesz światu w ofierze drobną część siebie, tracisz część siebie bezpowrotnie – by bestia miłości mogła spokojnie pozwolić Wam wspólnie płynąć przez życie. Coś tracisz, by coś zyskać. Najbardziej pierwotny handel wymienny, bez obrotu pieniędzmi. 

Podobnie jest w każdym innym aspekcie życia. Przeczytałam ostatnio mądre słowa. Mówiły, że naszej wolności nie tracimy w momencie, w którym zostajemy zamknięte w złotej klatce. Tracimy ją w chwili, gdy same składamy swoje skrzydła, gdy zaczynamy wierzyć w to, że nie umiemy już latać. Tak długo będziemy wolne, jak długo będzie żyła w nas wiara w umiejętność latania. Nawet w zamknięciu, w odcięciu, w chwilowym umniejszeniu dzikości nie stanę się zniewolona, dopóty dopóki co rano stawać będę w oknie, przeciągnę się, rozprostuję skrzydła – nieco przypruszone pajęczyną nocy – powitam dzień, wdzieję uśmiech z serca na usta, zakocham się w życiu. Nie stanę się zniewolona tak długo jak nie zszarzeję. A nie-szarzeć można na wiele sposobów, niekiedy nierewolucyjnych. Tak sobie to tłumaczę. Sama chciałabym co rano rozprostowywać te skrzydła, nie zawsze jednak udaje mi się robić to wszystko, o czym piszę. Ale staram się, staram się, bo wiem, że jest o co walczyć. I za każdym razem, gdy czuję „ale to już było, to już ściągało w dół, to już zmazywało z ust uśmiech, znowu jest szarzej” mówię sobie: nie popełnij tego samego błędu dwa razy, nie idź w to, zmień. Małymi krokami – najpierw łapię schemat, później staram się go zrozumieć, a na końcu zmieniam. Przyznaję bez bicia – bliższe prawdy będzie to, że staram się zmieniać, niekiedy wieczór po wieczorze kładę się spać pokonana. Przed zaśnięciem tłumaczę sobie, że to pewnie dlatego, że mam do odrobienia jeszcze jakąś lekcję. Nikt nie lubi przyznawać się do nieudolności. 

Cały ten proces – nazwijmy go tak – przypomina mi ulubioną zabawę z przedszkola, gdy łączyłam milion mikroskopijnych kropek i „tworzyłam” zwierzątko – jest dużo, będzie trudno, ale ostatecznie, gdzieś tam na końcu kartki jest cel, kropka po kropce. 

Piszę te słowa od dwóch dni. Wyrywam skrawki codzienności, przekładam kupno monstery, spóźniam się na sen, piszę je przy przypalonym toście i w rytm folkowej muzyki. Zapisałam już stronę, a wciąż nie podjęłam głównego wątku. Chyba się boję. To tak, jakbym zagniotła już ciasto na drożdżówkę, ale wciąż odkładała w czasie wylanie jej do formy – bowiem istnieje duża szansa, że ciasto się spali lub nie urośnie. Więc upiekłam już kruche ciasteczka, umyłam okna, a drożdżowe wciąż czeka, wyciekając z miski. Czuję w kościach, że to, co się ostatnio dzieje w moim życiu, to swojego rodzaju przełom. Bolesny, płaczliwy, z pustką w środku. Czuję też, że ten tekst jest ważny, tan naprawdę. Może nie dla Was, dla mnie na pewno. Przecież właśnie spisuję tutaj i szereguję (a może raczej – migam się od tego) smutne i wesołe wnioski o moim życiu, podejmuję w trakcie pisania wiele decyzji, jeżdżę tramwajami i co rusz dostaję w łeb jakąś myślą, o którą bym się nie podejrzewała. Tak, czas się rozebrać, z myśli, ze słów, z niewiary, lęku, niepewności i niewiedzy. Tylko nagim można zmyć z siebie największy brud. Tylko nagim można się umyć i na nowo wejść w życie. 

W niedzielną noc wzięłam do ręki surowy notes i ukochany długopis. Podzieliłam kartkę na pół: rubryka z tym, czego chcę i z tym, czego nie chcę. Miałam problem z wypisaniem wszystkiego, długo już nie myślałam o swoich prawdziwych pragnieniach i potrzebach. Zresztą – ostatnio napisałam przecież „jak to się stało, że nie wiem, czego chcę?”. 

czego chcę czego nie chcę
rozwoju pasji i ostatecznie – życia z pasji niepewności
„zawsze” z ludźmi, którzy od lata zapukali do moich drzwi niewiary w swoje założenia i siły
otwartego domu niepisania i braku czasu na zdjęcia, zastoju kochaj
czasu dla siebie, dla pisania, dla fotografii zastania w miejscu
kolorowej, dzikiej codzienności zapomnienia o sobie i o pasji, o tym, co ważne
podróży, małych i dużych; otwartej przestrzeni w naturze by czas przelatywał mi przez palce
rozmów ważnych, szczerych, od serca bym dusiła się codziennością
wolności i zgody serca na zmianę planów bym nie bała się codzienności
rozwoju duchowego, widzenia – nie patrzenia, słyszenia – nie słuchania zgody na to, że „każdy kiedyś marzył”

I już wiem. Teoretycznie. Bowiem wiem, czego chcę, ale nie wiem, o co mi chodzi w codzienności. Jak ona ma wyglądać? Co mam robić, gdy ostatnio czytam „Dom dzienny, dom nocny” Tokarczuk, moje serce bije mocniej, gdy tylko widzę zdania wspominające Dolny Śląsk, Kłodzko, Góry Stołowe, Wałbrzych. Do życia z tamtego rejonu nie chciałabym wrócić, ale do życia w tamtym rejonie – owszem. Moje serce woła: przestrzeni, gór, wolności, spokoju. Szczególnie, gdy idę wiaduktem, albo stoję na wielkim skrzyżowaniu, gdy wsiadam do tramwaju. To nie tak jak myślicie. Bardzo lubię Poznań, dał mi dorosłe życie, pięknych ludzi, cudowne mieszkanie, miłą pracę. Ale w głowie zamiast szumu ulicy brzmi szum traw. Dobrze mi tu, ale jednak zieleniej jest za murami miasta. Może dlatego mam w domu mnóstwo kwiatów – moje serce woła do przestrzeni i natury, a ja kupuję kolejne wiechcie i wstawiam je do wazonu, pakuję w gliniane doniczki. Czuję jednak z drugiej strony – a może i z siódmej – że jeszcze za smarkata jestem, by podjąć wielkie decyzje i radykalnie zawojować życie. Mam wrażenie, że jeszcze nie odrobiłam lekcji, że jeszcze muszę nauczyć się skomplikowanego równania – że to jeszcze nie jest chwila, w której idę do banku, biorę kredyt, kupuję ziemię, stary domu, konia i krowę Lusię. Albo kampera – kampera wcześniej, ale także jeszcze nie teraz. Owszem, blokują mnie finanse. Ale gdybym chciała podjąć decyzję, to bym to zrobiła, a nie odwlekała w czasie.
Z kolejnej strony – anioł na lewym ramieniu – mam dopiero dwadzieścia lat. Całe życie przede mną. Ale – diabeł na prawym ramieniu – gdybym dotychczas nie była tak niecierpliwa, to nie zaszłabym tak daleko i nie zrobiła tak wiele.


Decyduję się na kompromis, który jednak związuje, nie pozwala skrzydłom w pełni się otworzyć. Mogłabym zaryzykować, to byłoby piękne, ale zdaje mi się, że to jeszcze nie teraz. A może „jeszcze nie teraz” to tylko wytłumaczenie? Nie umiem na to odpowiedzieć. Modlę się tylko, bym tym kompromisem nie przyznała racji ludziom, którzy wiecznie mi powtarzali „każdy kiedyś marzył” i patrzyli z pobłażaniem na moje plany i założenia. Po prostu nie chcę zdziadzieć, poddać się, wpaść w szarą monotonię. Muszę się mieć na baczności. A przy tym – hej! dramatyzuję, mówimy przecież o najbliższym roku – to wszystko, to odwlekanie, ten kompromis – to nie jest myślenie długofalowe, w moim przypadku to nie ma sensu.. A rok to bardzo mało, choć – bardzo wiele może się wydarzyć. Ta myśl mnie uspokaja. 

Nie siedzą we mnie dwa głosy. Siedzi ich we mnie dużo więcej. Jest głos dzikości, wołający o przestrzeń, wolność, drogę bez zobowiązań. Jest głos ciepła, domowego ogniska, domu otwartego na przyjaciół. Jest ten mały gówniarz, który pcha do przodu – ten niepatrzący na boki i zamykający oczy, gdy idzie przez ulice, auta go wtedy nie potrącą. Jest ten stary mędrzec, który stąpa powoli, w swoim tempie, nie narzucając sobie niczego. Ten tłumaczący, starający się zrozumieć. Widzę teraz, że w kompromisie i ostatniej decyzji zwyciężyli ci spokojni, stabilni, poniekąd – rozsądni. Droga rozsądku bywa łatwiejsza niż droga serca, bowiem serce idzie największymi wybojami i potrzeba do jego ścieżki wiele odwagi, wyrzeczeń i samozaparcia. Czy poszłam zatem na łatwiznę? Kolejne pytanie bez odpowiedzi. Mama mówi, że jestem dla siebie zbyt surowa. A ja nie umiem ani się zgodzić ani zaprzeczyć. 

Na kartce surowego notesu napisałam: „Czy mój strach – skąd się on bierze? – bierze się z lęku przed poddaniem się szarej codzienności? Ale przecież ta codzienność nie musi być strasząca i nudna. I przecież nie rezygnuję z marzeń, tylko muszę ciut przewartościować założenia – kampera kupię w swoim czasie. A teraz zostanę na miejscu jeszcze przez chwilę, skoro mam do odrobienia ważną lekcję”. Później piszę „To nie jest pochylenie głowy i przyznanie, że „każdy kiedyś marzył”, to lekcja tego, by nie pędzić, by wiecznie nie czekać „na to, na tamto, na dzień, na noc”. 
To wreszcie – po tylu miesiącach od uświadomienia sobie – osadzenie siebie w dniu dzisiejszym, w rozwoju tu i teraz, a nie ze miesiąc, w Portugalii, z długimi włosami, z pracą na swoim. Życie teraz, a nie kiedyś później, realnie ciesząc się każdym momentem. Nie robiłam tego – tu i teraz – zbyt często, zawsze miałam w głowie „w przyszłości”. 

Od paru dni (bo piszę te słowa od poniedziałku) zastanawiam się, czy to, co napisałam, to moje prawdziwe odczucia i uczucia, myśli i pogodzenie się ze sprawą czy jednak to tylko marne tłumaczenie sobie całości i uspokajanie samej siebie. Czy w tych słowach jestem szczera? 

Martwię się tym, że zszarzeję. Ale nadszedł czas – tak mi się zdaje, tak to sobie nieudolnie tłumaczę – na skupienie się na pięknie życia, na przyjaciołach i znajomych (przecież w końcu ich mam), na bliskich. To nie oznacza, że zszarzeję – może właśnie w ten sposób mam pokolorować świat swoją obecności, z innymi, dla innych? Czy nie mogę połączyć wszystkich pragnień i założeń w jedno, w jedno życie? Może to jest czas, w którym pora odrzucić myślenie wciąż o tym, co super będzie działo się za rogiem, od lata, od kupna campera, od Nepalu, że gdy to się wydarzy, to będę kimś wielkim (takie mam ambicje, takie słowa noszę w sercu, nie umiem i chyba nie chcę inaczej)? A może mogę być taka już, tu i teraz, w swojej codzienności, żyjąc na maksa (i kolejne pytanie, zasadnicze powiedziałabym nawet – jak? jaka codzienność byłaby tą na maksa?). 

Niby mam plan, spisałam go w niedzielę. Dziś jest sobota i sama nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale pojawiło mi się jeszcze więcej pytań – wciąż bez odpowiedzi. I plan, tydzień temu wydający się być szalenie dobry i w punkt, dziś zdaje się mieć luki, nieszczerości i niewiarygodności. 

Jak on brzmi? 

Połączyć ciepło rodzinne z dzikością serca. Co dzień rano rozprostowywać skrzydła, by się nie zastały i czerpać z życia jak najwięcej. Tylko czy umiem? I czy chcę? 
A realnie, jaki to plan? By więcej pisać, fotografować – i mocno dążyć do tego, by z moich pasji żyć. Codziennie dbać o życiową i o kochaj, rozkoszować się mieszkaniem, ludźmi, dawać innym siebie i od nich brać. Odkładać pieniądze i wyjechać na całe lato hen daleko, zniknąć, oddać się światu. Połączyć to wszystko, nie umniejszając sobie i swojej wartości. Przecież się nie cofam i z niczego nie rezygnuję. Jednak…jak to zrobić, jak zacząć, gdy czuję, że w pasji i swoich zacięciach gdzieś stanęłam, nie ruszam się z miejsca, nie rozwijam? Jak pchnąć do przodu to, co jest tak piekielnie ważne i z czym wiążę przyszłość. Jak zadziałać, by za jakiś czas osiągnąć piękne życie z pracą na swoim – żyjąc z pasji?

Niech celem na ten czas, na ten zawirowany okres w życiu będzie rozwój siebie i pasji, niech skupię się na tym, a nie dalekosiężnych planach podróżniczo-kamperowo-ucieczkowych. Nie da się przecież całe życie uciekać. I skoro mam teraz takie bagno w głowie, w którym brodzę i nie mogę się z niego wydostać, to muszę w końcu się z nim zmierzyć i rozwiązać problem w tym dniu, w tej chwili i miejscu, a nie uciekać i jechać w podróż, która „pozwoli pozbierać myśli i naładować akumulatory”. Bo ja z niej wrócę, a później wrócą do mnie problemy i znowu odbiję się od ściany – i znowu będę musiała wyciągać dywan-podróż i przykrywać nim całą sprawę. Błędne koło. Gdy schudnę, nie będę wcale szczęśliwsza, bo nie przepracuję tego w głowie. Tutaj też – podróż nic nie zmieni, poza lekkim na moment oderwaniem, dopóki dopóty nie poukładam sobie spraw w głowie i nie rozwiążę problemu (czymkolwiek on nie jest) realnie. 

Minęło kolejnych parę godzin. Siedzę na kanapie, tej samej, od której wszystko się zaczęło. Obok mnie siedzi facet, wysoki i chudy. Trzyma moją głowę obiema dłońmi i każe „mów”. Nie mówię, nie umiem. Tak mam, że nie gadam z facetami. Nie gadam o rzeczach istotnych, często też nie gadam wcale. Ale ten tu trzyma tę głowę tak długo, aż zaczynam mówić. I mówię, mówię, płaczę, mówię, płaczę, mówię bardziej, mniej płaczę. Kończę, i czuję, że zeszła ze mnie odrobina – zawsze coś – tego napięcia, które od wielu dni gromadzi się w moim ciele. Myślę sobie, że jednak głupia jestem, że nie gadam, a bym mogła, a powinnam i chcę. I może wreszcie po latach warto byłoby to zmienić. Wciąż nie wiem, o co chodzi, co mam w głowie, gdzie podziały się odpowiedzi na moje pytania. Jedno wiem – jestem ciut spokojniejsza. A spokojniejsza to prawie tak jak spokojna. A spokojna to prawie tak jak szczęśliwa. A szczęśliwa to prawie tak jak spełniona. Prawie robi wielką różnicę, ale a nuż ta rozmowa była jednym z przełomów? Jedną z lekcji, którą miałam wyciągnąć z tego bagna. 

Kończę już, czuję, że więcej nie muszę pisać. Że wciąż niewiele wiem, ale niewiele to dużo więcej niż nic, osiągnęłam więc niezły wynik. 

Podsumowuję…
Niech moim celem będzie skupienie się na rozwoju pasji i nauka życia z ludźmi i wśród ludzi. Mam mądrą przyjaciółkę, która powiedziała mi wczoraj dość dobitnie: „Ej, Zocha, w podróże, ucieczkę, drogę, samotność – umiesz. Nie umiesz w ludzi, w spotkania, w „na zawsze” i w przyjaźń. Może byś się tego nauczyła, teraz masz idealną okazję, i króliki doświadczalne wokoło”. Ma rację, czas najwyższy nie być co roku wśród zupełnie innych ludzi, bez żadnej stałości, bo „tak miało być”.
Niech celem będzie nieustanny rozwój w dziś. A kampera jeszcze dorwę. Przecież kto wie, gdzie będę i co będzie za rok? Muszę – chcę – przede wszystkim być dla siebie dobra. I dla innych. Nade wszystko. 

Ejże, dwa lata temu byłam na Gran Canarii, była bulimia, burzliwość po rozstaniu z Buddystą, po omacku początki fotografii. Rok temu żyłam z Mateuszem w Górach Sowich, w innym życiu, z desperackim buntem wyrażonym w ogoleniu głowy na łyso. Po drodze – od czasu na GC – mieszkałam na Reunion, na Dolnym Śląsku, na poznańskiej Wildzie z pierwszymi i ostatnimi w życiu współlokatorami. Odwiedziłam Berlin, Norwegię, Irlandię. Zostałam mamą dwóch owczarzyc i ponad dwudziestu kwiatów, których nie zabijam. Sfotografowałam blisko 250 kobiet, pomogłam wielu dziewczynom w zmianie podejścia do swojego ciała i osoby. Miałam pierwszą wystawę, kupiłam wymarzony aparat i cztery analogowe cuda. I ja się przejmuję? Wszystko się układa, zawsze. A po kurewsko czarnej dziurze i upadku na dno, za każdym razem się od niego odbijam i lecę wysoko wysoko, z takimi dobrami w głowie, że hej. I życie zawsze zaskakuje, dobrze zaskakuje. Kosmos rzuca kłody pod nogi po to, bym nauczyła się rzeźbić cuda w drewnie. Zrobiłam w życiu wiele rzeczy. I znowu – teraz – chcę więcej, bardziej, mocniej. 

Wzrastać, pielęgnować dzikość i dbać o bliskość. Nie gonić, nie żyć w przyszłości. Tu i teraz. Być.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s