Głaskać, tulić, całować, skakać w ogień, szeptać do ucha czułe słowa, pisać niegrzeczne smsy, rozumieć się bez słów, tworzyć jedną całość, kochać bezwarunkowo i po grobową deskę, prawdziwie, mocno i bezapelacyjnie. Bez wątpliwości, na zawsze, w różu i brokacie. 
Tak kiedyś myślałam o miłości. Tak ją widziałam – taką ją kupiłam, bo taka akurat była dostępna, była w umyśle młodej dziewczyny żyjącej w popkulturze XXI wieku.

Nie mówię, że tak mnie wychowano. O nie. Bo wychowana zostałam raczej na odpowiedzialnego człowieka, niezależną kobietę, zaradne młode dziewczę, które wierzy w siebie i zna swoją wartość. Zostałam wychowana na osobę, która wie, że gdy liczyć, to na siebie, a gdy spełniać marzenia, to samemu sobie, bo nic nie jest za darmo i nie przychodzi ot tak. 
Jednak…mimo że wychowana zostałam w taki a nie inny cud sposób, to jednak wizję miłości wtłoczono mi inną. Żyjąc w świecie mediów, komedii romantycznych i powieści miłosnych, nie da się nie postrzegać miłości bardziej słodko niż pączka w lukrze. I później – nie da się rozczarować bardziej gorzko. Bo miłość to nie tylko słodkości, wcale nie ma ich tam tak dużo. 

Ale to dobrze – bo gdy człowiek srogo się rozczaruje, zaczyna być bardziej krytyczny i więcej myśleć, rozumieć, dostrzegać, analizować. I dochodzi do wniosków, które otwierają oczy. Do dobrych wniosków, mimo że dojście ku nim nie było usłane różami. 

Dobrze wiecie, jakie mam podejście. Większość ludzi pojawia się w naszym życiu po to, by coś dać i byśmy im coś dali. Gdy pula zostaje wyczerpana, rozchodzimy się – każdy w swoją stronę, a w idealnej sytuacji: każdy z nas odchodzi mądrzejszy, dojrzalszy, wdzięczny. Wszystko płynie, taka jest kolej rzeczy. (Dopiero parę ostatnich miesięcy i garstka cud ludzi zasiało we mnie myśl, że „zawsze” zależy tylko od nas i jest możliwe, jeśli obie strony tego chcą i umieją być i rozmawiać).

A wracając do miłości. Długo żyłam w przeświadczeniu, że gdy jest miłość – uczucie – to wszystko się ułoży. To nie potrzeba już nic innego. Zatraciłam się w podejściu „jest, to i będzie”.  Dość późno dotarło do mnie, że nic się samo nie zrobi. Zamiast „jest” powinno być „jestem”, zamiast „będzie” – „będę”. Już kiedyś to pisałam, ale powtórzę: aby kwiaty rosły, trzeba je podlewać. Ale podlewa się je nie wówczas, gdy więdną – podlewa się je wtedy, gdy są zielone, gdy kwitną, rosną, pną się ku słońcu. Podlewa się je w chwili, gdy wydaje się, że będą wiecznie zielone. A przecież wiemy, że ta zieleń może minąć – więc lejemy wodę. 

Z miłością jest tak samo. O uczucie trzeba dbać. Każdego dnia. Uczucie może wyblaknąć, ludzie mogą się zmienić i z podejściem „jest, to i będzie” można nie złapać momentu, w którym już jest za późno. Zmiany zaszły za daleko i już nie rozumiemy się wzajemnie, już nie umiemy ze sobą rozmawiać.
Nic nie jest dane na wieczność. Jeśli teraz jest dobrze, to nie znaczy, że tak będzie już zawsze. O miłość trzeba dbać. O związek, o drugiego człowieka, o wspólną codzienność. Nie wystarczy mówić, trzeba pokazać – że mi zależy, że jesteś ważny, że to z Tobą chcę, że bez Ciebie sobie nie wyobrażam. Że szanuję Ciebie, Twoje decyzje i wybory. 

Jednocześnie jednak – miłość to nie tylko dawanie zupełnej wolności drugiej osobie. Miłość bezwarunkowa to wielka krzywda. Zapytałam i usłyszałam: „bezwarunkowo kogoś kochać? Ok, nie stawiaj warunków „będę ciebie kochać, jeśli to i to”, ale nie pozwól, by ktoś mógł z tobą i tobie robić to, co złe. Nie kochaj pomimo wszystko, bo to wszystko może kurewsko boleć. Kochaj tak, by wzrastać i wybaczać błędy, ale nie pozwól komuś się ranić. Kochaj, ale nie bądź ślepa. Kochaj, ale niech warunkiem koniecznym będzie „kochaj czysto, mądrze, prawdziwie i niemanipulacyjnie”. Sprawdziłam. Miłość bezwarunkowa to nie jest zdrowa miłość. A warunki, które pozwalają bronić swoich granic i ochraniają przed wykorzystaniem siebie i wypraniem z emocji i uczuć, nie są niczym złym. 

Miłość to wybór. Wybieram Ciebie, mimo że wiem, jakim jesteś człowiekiem. Znam Twoje wady i zalety, znam Twoje słabe i mocne strony. Wybieram Ciebie jako człowieka, przed którym się otworzę, który zobaczy, jak płaczę, gdy nie będę radziła sobie z życiem. Jako człowieka, który będzie musiał mnie łapać, gdy spadnę za mocno, gdy potłukę sobie skrzydła. Wybieram Ciebie na człowieka, który pozna mnie z najgorszej i najlepszej strony. Ciebie, któremu chcę zaufać i przed którym chcę się otworzyć i na nowo uwierzyć w miłość. Miłość to wybór, bowiem muszę świadomie uwierzyć w to, że nie zostawisz mnie na lodzie, nie wbijesz noża w plecy i nie spluniesz jadem w twarz. Oddaję Tobie serce, delikatność, ciało i wszystko to, co najbardziej we mnie podatne na zranienie i muszę zaufać Twoim słowom, że tego nie wykorzystasz. Miłość to nagość. A nagość to bezbronność. Oddaję Tobie moją bezbronną nagość – niech nie będzie to aktem durnej naiwności, niech będzie ufnością i porannym pocałunkiem w czoło. 

Miłość to stawianie dobrych warunków przy równoczesnym braku oczekiwań. Nie oczekuję, że się zmienisz (chyba że naprawdę bardzo tego chcesz i czujesz, że to będzie dla Ciebie dobre). Akceptuję Cię takiego, jakim jesteś – o ile mnie to nie rani i nie godzi w moją godność. O widzicie – umiem już stawiać granice, nie to co kiedyś. Jednak nie oczekuję, że rzucisz wszystko i będziesz tylko dla mnie, gdy zaszlocham w słuchawkę – wiem, że masz swoje życie, zobowiązania i pasje. Nie oczekuję, że nagle staniesz się księciem z bajki, o którym marzyłam. Bo przecież wybrałam Ciebie, nie księcia – a Ty, tak jak i ja, masz wady – i nie mam prawa oczekiwać, byś dopasował się do mnie, byś zrezygnował z siebie na rzecz mnie. Ja nie zrobię tego dla Ciebie. 

Przy braku chorych oczekiwań, miłość to jednak sztuka kompromisu. A kompromis to rozmowa. Rozmowa o wszystkim. O tym, co boli i co cieszy (bo to wcale nie jest oczywiste), o tym, co łatwe i co piekielnie trudne. Rozmowa o nadziejach, o lękach i o przyszłości. Ale co najważniejsze – to rozmowa o teraźniejszości. O tym, jak to wszystko widzę, jak się mam, na czym mi zależy. A gdy pojawiają się różnice zdań – rozmowa o tym, jak rozwiązać problem, by nikt nie czuł się zraniony i wykorzystany lub pominięty. 

Miłość to ciężka praca, bardzo trudna. Rzekłabym nawet – miłość to orka na ugorze. O miłości trzeba pamiętać jak o mleku na gazie – by nie wykipiało, nie zalało kuchenki i by nie spalić garnka. Miłości trzeba być świadomym. Z miłością trzeba być ostrożnym, bo jak się raz człowiek sparzy, to niełatwo później jest wyjść z żółwiej skorupy. Ale warto, chyba warto, może warto, chciałabym, by było warto. 

Z.


Obrazek znaleziony w internecie, słowa brzmią: „wydry morskie, gdy śpią, trzymają się za łapki, by jedna od drugiej nie odpłynęła”. No przeca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s