– A Ty, Krzysiu, czego się boisz? 
– Boję się tego, że jestem za mało męski. Boję się tego, że jestem za bardzo męski. Boję się tego, że jestem za mało człowiekiem. A Ty, Tomku, czego się boisz? 
– Boję się tego, że nigdy nie będę dość dobry, że nigdy nie będę zajebisty. Bo być dość dobrym to za mało, a być zajebistym jest trudno. Najgorsze jest to – i tego się boję najbardziej – że nie chodzi o to, by być dobrym dla kogoś, a być dobrym w czymś. 

Siedzę na widowni, wiercę się, bo serce za mocno bije mi w piersi. Jestem w teatrze, nie planowałam tego, to była decyzja pół chwili. „Zosik, ja idę spotkać się ze znajomą, a Ty? A ja idę do teatru”. O tak, zaskoczyłam sama siebie. A kolejnego dnia byłam na koncercie. Mam dość siedzenia w domu, postanowiłam, że wychodzę do ludzi, zapraszam sztukę do swojego życia, świata, dnia, codzienności. Tak, do codzienności. Ale ja nie o tym. 

Współczesna interpretacja „Wesela” Wyspiańskiego, Polski Teatr Tańca, w podtytule „Poprawiny”. Działo się. Parę scen tak mocno sugestywnych, że czułam oburzenie starszej części widowni przedzierające się wprost do aktorów. Świetnie grali. Mocno, bezpardonowo i szczerze, wkładając w sztukę całych siebie. Ale ja nie o tym. 

Scena – dla mnie – najistotniejsza. Na nagraniu w tle widać starszą kobietę, która opowiada o swoim weselu i o koronkowej sukni, którą miała na sobie tego dnia. „Koronki były jak pęta, ściskały mnie mocno, nie pozwalały się ruszyć. Czułam jak z każdym zapinanym guziczkiem tracę część siebie, jak gubię wolność, samodzielność, tracę wielki świat, który miał otworzyć się na oścież, a ktoś gwałtownie zamknął mi przed nosem drzwi. Bałam się. Dziś boję się, że tamte koronki spętały moje dzieci. Teraz już nie mam na to wpływu”. 

I aktorzy zaczynają mówić. Mówią, czego się boją… Zapachu starszych ludzi, pająków, pytań o ślub, panów spod monopolowego, pobicia, dotykania poręczy w tramwajach i autobusach. 

I mówią o człowieczeństwie i o tym, że trzeba być dobrym w czymś. I to mnie uderza jak policzek, jak cios w splot słoneczny. Bo ja to wiem i tego nie chcę, ale czasem ktoś coś komuś musi podać na tacy, by to złapać. I nagle to mam. I boli. 

Boli, bo to szczera prawda. Myślisz o tym, czy jesteś wystarczająco dumny, piękna, kobieca, męski, silna, wrażliwy, ale… Gubisz się, plączesz w zeznaniach, oddalasz od meritum. Pudrujesz nos zamiast ściągnąć maskę, chodzisz na siłownię, ale nie przegadujesz najważniejszych problemów. Kopiesz leżącego, bo leży Ci na drodze, którą pędzisz. Bywasz człowiekiem, ale bywasz też wilkiem. 

Boję się, że psy mnie pociągną i potknę się, złamię nogę i nie będę mogła pracować. Boję się jadu, nienawiści i pasywnej agresji. Boję się podniesionej ręki i krzyków. Boję się, że nie wszystkich traktuję równo i ranię. Boję się krytyki i tego, że ktoś zechce mi udowodnić, że wie o mnie więcej niż ja sama. Boję się swojego spokoju, który kocham. Boję się, że nie uda mi się dotrzeć do wszystkich kobiet i pokazać im, że są piękne i wartościowe. Boję się, że konfrontacji z człowiekiem z pustymi oczami. Boję się walczyć o swoje, bo wydaje mi się, że nie mam dość dużo doświadczenia i wiedzy. Boję się, że nie przekażę swoich dobrych wartości wszystkim tym, którzy byliby otwarci i słuchaliby. Boję się stagnacji, czekania, wyrzeczeń, niespodziewanych wydatków, zamienienia w kwokę i niechcianej ciąży, chcianej też się boję. Boję się o swoich najbliższych, że gdy za mocno się pogubią, nie będę mogła im pomóc. Boję się życia 8/8/8. Boję się śmierci moich psów, czysto egoistycznie – swojej nie. 

Dobre w tym wszystkim jest to, że strach strachem, ale na większość z tego mam wpływ i wpływam, zmieniam, przepracowuję i wiem, że to zależy ode mnie i boję się trochę mniej. A może i wcale. Bo nawet jak się boję, to później już jest dobrze, to przyszło, wydarzyło się, dało co miało dać i poszło. Więc ten lęk jest, ale nie jest silny. Bo wiem, że to i tak jest po coś. Ciąży i śmierci psów boję się najbardziej, bo na to nie mam wpływu, to będzie trudno unieść i wytłumaczyć, znaleźć siłę, pogłaskać się po głowie.

Nie chcę się bać, chcę to zmieniać. Chcę mieć wpływ na swoje życie i na to, co się w nim dzieje. Mam ten wpływ, a jak nie mam – to się nie boję, bo i tak tego nie zmienię. I jest spokój. Spokój, którego kiedyś nie było, a dziś jest. Nawet w strachu.

Są momenty, które wiele zmieniają, słowa, które wybrzmiewają i nic już nie jest takie, jak było przed chwilą. Siedzę na widowni, wiercę się, bo serce za mocno bije mi w piersi. I w tej sekundzie wiem, że chcę być człowiekiem. I chcę być dobra, nie dość dobra, nie zajebista. Chcę być dobra. Dla innych i dla siebie. I jestem. 

A Wy, czego się boicie? 


Z. 

1 komentarz

  1. Strach nie jest zły, dzięki niemu nasi praszczurowie przetrwali najgorsze i ich geny dotarły tu do tego miejsca gdzie jesteśmy 🙂 Jednak by móc w pełni żyć, żyć z podniesioną głową należy z tymi strachami walczyć. I po tym rozpozna się kogoś kto jest w pełni człowiekiem – że dalej czegoś się boi, ale tych strachów naj nie boi się, że go paraliżują, on je zaakceptował, że są ale nie daje się im przytłoczyć. Nie daje im już sobą rządzić. Zwalcza je na bieżąco 😉

    Ja bałem się od gówniaka głębokiej wody, bo będąc kilku latkiem troszkę mi się przytopiło w nieistniejących dziś jeziorkach, a raczej oczkach wodnych. Od tamtej pory bałem się wchodzić w wodę głębiej niż do klaty, ale to wcale nie sprawiło, bym kilka lat w podstawówce nie jeździł na basen 😛 Trzeba mieć w sobie tą dziwną upartość tak w sumie charakterystyczną dla Nas Polaków by podążać drogą tego czego się obawiamy 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s