Dziś jest siedemnasty stycznia. Minął rok i trzy dni, trzysta sześćdziesiąt osiem dób. Cztery pory roku, ponad pięćdziesiąt tygodni, setki tysięcy godzin. Wszystkie najważniejsze święta w kalendarzu, największe smutki i radości życia. Minął rok, odkąd są ze mną psice. Amelia i Wanda. 

To rok, odkąd mam rodzinę, swoją, prawdziwą, najpiękniejszą.

Pamiętam ten dzień, późny wieczór w Dzierżoniowie, gdy siedziałam na kanapie i po raz pierwszy przyszło mi do głowy „jestem dorośle gotowa wziąć psa, to dobry moment”. Dłuższą chwilę zajęło mi namówienie Mateusza, jednak i on wkrótce zapalił się do pomysłu „ale że bez psa?”. 

Mój dom rodzinny zawsze pękał w szwach od zwierząt. Często zdarzało się tak, że w święta więcej było czworonogów niż ludzi. Alfa, wyżlica, była moim spowiednikiem, przyjacielem, najlepszym kumplem i towarzyszem spacerów po mieście późno po północy. Gdy podróżowałam i mieszkałam w Anglii i na Gran Canarii, jedną z największych tęsknot była tęsknota do sierści, wilgoci języka, krótkiego szczeku radości, trudnej do opisania więzi pomiędzy człowiekiem a zwierzem. 

Ja jestem stworzona do tego, by kogoś przy sobie mieć – móc się opiekować, dawać dom, zrozumienie, zabawę, miłość. I by otrzymywać: spokój, łagodność, przyjaźń. 

Traf chciał, że znalazłam hodowlę pod Olsztynem. Pani Małgosia, która pod swoim dachem ma pięć owczarków, dwa corgi, koty i co tylko, okazała się być człowiekiem nad wyraz godnym zaufania. Jechaliśmy przez całą Polskę, by odebrać Amelię. Już na miejscu jednak przywitała nas Wanda, która wybrała sobie Mateusza. I on ją wybrał, wspólnie zadecydowaliśmy, że weźmiemy obie. I wzięliśmy. 

Już później, po wszystkim, spotkałam się z opiniami, że wzięcie dwóch psów na raz jest sprawą dość nierozsądną i problematyczną. Że treningi są wówczas uporczywe, trudnej jest ułożyć szczenięta i złapać z nimi kontakt. Mam być szczera? Wzięcie dwóch psów było najlepszą decyzją, jaka mogła zostać podjęta. 

Te dwa sierście okazały się być najlepszymi psami na ziemi (naprawdę, to nie jest subiektywna opinia – każda jedna osoba, która je poznaje, od razu się zakochuje). Zawsze chciałam mieć psa, który będzie ze mną i dla mnie. No i mam, dwa. Dwa cienie, dwa anioły stróże. Gdy ja idę z kuchni do łazienki, idą ze mną. Wspólnie z nimi jem śniadanie, śpię, pracuję, myję zęby. Kochają z całej epy. Amelia to córeczka mamusi, do świata zewnętrznego podchodzi z dużym dystansem, Wanda za to rwie do każdego napotkanego człowieka i od razu ma go za wujka czy ciocię. Jednak późną nocą na spacerze, to Wanda nie pozwoliła podejść facetowi, który szedł za mną po torach. Czuję się z nimi bardzo bezpiecznie. 

Dziewczyny są ze sobą bardzo zżyte, to niesamowite – móc oglądać tak silną więź, takie przywiązanie i współistnienie. To Wanda dominuje, jednak żadna drugiej nie opuszcza na krok, są niczym bliźnięta syjamskie. A i ja widzę, że pies w obecności drugiego psa zachowuje się zupełnie inaczej niż gdyby miał być sam, mam też mniejsze wyrzuty sumienia, gdy wyjeżdżam czy idę o pracy – bo wiem, że mają siebie. Więź człowieka z psem nie zrekompensuje mu obecności drugiego czworonoga.

Ten wspólnie spędzony rok był bardzo dynamicznym czasem. Zdążyłyśmy dwa razy się przeprowadzić, mieszkać w trzech miejscach. Mateusz zdążył zniknąć, ja zdążyłam zostać sama z dwójką dużych psów. Zdążyłam poznać nowych, pięknych ludzi, którzy mówią mi teraz: „nie no, nie wyobrażam sobie ciebie bez psów, tworzycie jeden organizm”. Kąpałyśmy się w jeziorach, wspinałyśmy po górach, szwendałyśmy po knajpkach i po schroniskach górskich, jadłyśmy lody i tony surowych marchewek. Amelia była nazwana „małą krówką”, a Wanda przeszła krótki trening hierarchii domowej. 

Czy bywa trudno? Tak, szczególnie, gdy w ciągu dwóch miesięcy wydaję na weterynarzy 1000 zł, których nie mam, za diagnozy, które są chybione. I gdy nie mogę legalnie (nielegalnie zresztą też) jeździć sama z dwoma psami pociągiem. I gdy na dworze leje jak z cebra i hula wiatr, a ja muszę wstać o 6 i zwlec się o 24, by pójść na długi spacer. I jeszcze, gdy budzę się z czyjąś łapą w oku i nosem na karku. I gdy muszę kongi wypychać surowym mięsem. Wówczas jest trudno. 

Czy zamieniłabym się na cokolwiek innego? Nigdy. No chyba że na kanarka Teodora. 

Ten rok był wspaniały – podołałam! – i cieszę się na myśl, że przed nami co najmniej dekada. 


1 komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s