Podróż do Irlandii była jedną z najważniejszych w moim życiu. Tym przełomem, który wiele zmienia i później mało co zostaje takie samo. Niby nic, niby nie widać na pierwszy rzut oka, ale tak naprawdę: to wielki rozdział został zamknięty i można zaczynać nowości. A nowości jest przecież cała masa. 

W tej podróży jeden pierwszy raz gonił kolejny, i kolejny, i kolejny. Pierwszy raz wojażowałam z tak małym plecakiem (16 litrów na tydzień po deszczowej mało miłej pogodowo wyspie). Pierwszy raz nie miałam dokładnego planu (tzn. wiem dokąd dolatuję i skąd wracam, wiem gdzie śpię, ale to co pomiędzy – pozostaje wielką niewiadomą). Pierwszy raz spędziłam noc na lotnisku. Pierwszy raz od długiego czasu jechałam gdzieś sama i to „sama” nie napawało mnie niechęcią albo strachem przed wlokącym się godzina za godziną czasem. Pierwszy raz nie zależało mi na odwiedzanych miejscach i na pięknych zdjęciach – ten wyjazd miał być przede wszystkim dla ludzi, z ludźmi i ku ludziom, z rozmowami, przeżyciami i przemyśleniami. I taki rzeczywiście był – piękny w swej prostocie, w byciu tu i teraz, w słowach i myślach. 

W liczbach: Irlandia to trzy miasta, trzy domy z cud hostami z CS, sześć nocy, ponad 1000 przebytych kilometrów, dwa parki narodowe, kilkanaście jezior, parę rzek, dziesiątki wypitych chai latte zagryzionych scones i setki godzin spędzonych na rozmowach – z moimi gospodarzami, z osobami, które wzięły mnie na stopa, z osóbkami w kawiarniach i bezdomnym na placu w Cork. 

Podróż zaczęła się zabawnym akcentem. W samolocie do Dublina…zjawił się pasażer lecący do Bristolu. Nie wiem, jak to zrobił, że przeszedł trzy kontrole biletów i nikt nie powiedział mu, że to nie ten samolot. Dość, że był tak pijany, że żadna osoba kontrolująca paszporty nie zwróciła uwagi na to, że coś jest nie tak. Lot miał dwie godziny opóźnienia. 

Doleciałam do Dublina wczesnym wieczorem. Miasto skąd nikąd urocze, choć niemiłosiernie zatłoczone. Było już późno, nie miałam czasu zwiedzać. W głowie czułam miłą pustkę i spokój. 

z dziennika: „Nie dość, że ta podróż sama w sobie, w formie i treści jest dość przełomowa, to wydarza się w momencie zmian i ostatecznie zamyka jeden rozdział, otwierając kolejny. Przyleciałam do ludzi i kultury i mimo że na krótko, to jednak bez konieczności wypełniania czasu na maksa. Jestem sobie i obserwuję. Wracam do siebie prawdziwej, najdzikszej, upojonej drogą”. 

Z Dublina, wczesnym rankiem, zmierzam do Wicklow National Park, podobno bardzo urokliwe i dzikie miejsce. Podobno, bo nie było mi dane tam dotrzeć. Gdy tylko zjechałam z głównej drogi prowadzącej na południe i skierowałam się w stronę serca parku, ruch samochodowy ustał zupełnie. We znaki dały się słowa, że Irlandia to spore państwo zamieszkane tylko przez 5 milionów ludzi. Zero ruchu. Podobnie jak w Norwegii i jak kiedyś w Anglii, gdy w lutym wybierałam się na noc do starej stodoły. Po paru kilometrach marszu i liczenia na to, że jakieś auto się pojawi, wróciłam do głównej drogi. Lepiej w mokrym i zimnym listopadzie nie utknąć pośrodku niczego, bez namiotu czy choćby śpiwora. 

Irlandia tego dnia przypomniała mi o Anglii, czułam się jak w domu. Podobnie żywo zielona natura, podobne miasteczka i wsie. Nawet owce mrugały porozumiewawczo, a kwitnące na żółto krzewy uśmiechały się w moją stronę. 

z dziennika: „Chcę poznawać kraj i ludzi, dać się ponieść. Z dnia na dzień coraz bardziej wierzę w siłę życzeń i moc podświadomości. Idę pustkowiem, co kwadrans mija mnie auto, żadne się nie zatrzymuje. Postanawiam policzyć do dziesięciu samochodów. Przejeżdża pierwszy, drugi, siódmy, dziesiąty. Dziesiąty zawraca i zabiera mnie kilkanaście kilometrów dalej. Kolejne pustkowie, ale gęściej zajeżdżone, liczę do dwudziestu aut. Zatrzymuje się szesnaste – Mołdawian proponuje kawę, ciastka, pomarańczę. Zostało mi ponad dwieście kilometrów do Cork, jest czternasta. O szesnastej robi się ciemno. Pełna wiary i dobrych myśli rzucam: „niech ktoś zabierze mnie do samego miasta”. Zatrzymuje się ceglasty Hyundai Tuscon – taki, za którym jechałam ostatnio pół drogi do Mamy. Po krótkiej wymianie zdań kierowca oznajmia, że zawiezie mnie do samego Cork. I rzeczywiście zabiera, z przerwą w luksusowym hotelu jak z ukochanego filmu dzieciństwa, gdzie John załatwiał sprawy służbowe. Przecież życie zawsze daje nam wskazówki co do tego, co za moment się wydarzy”. 

W Cork czeka mnie spacer po rozświetlonym bożonarodzeniowo mieście i – co ważniejsze – rozmowa z przemądrym bezdomnym. Zatrzymałam się, by popatrzeć na panów zawieszających świecące choinki na elewacjach budynków. Byłam w tej chwili, świat zewnętrzny nie istniał. Po chwili podszedł do mnie starzy pan, który, choć ciepło ubrany, nie wyglądał na osobę, której w życiu niczego nie brakuje. Rozmawialiśmy dobre pół godziny: o spokoju ducha, o bogu, o niepędzeniu, o tym, co robią z ludźmi media i konsumpcjonizm. Rozmawialiśmy o najważniejszych: wierze i ludziach. I o tym, by każde zmiany zaczynać od siebie. 

Małe cuda zdarzają się co dnia. 

Cudem było też odwiedzenie Piotra – Polaka, który od paru lat, zakochany na zabój, mieszka w Irlandii. Ale nie mieszka: ot tak sobie, a w camperze, w chevy vanie o urokliwe nazwie Cozy Monster. Pięknym, odnowionym, przestronnym, całym w drewnie i materiale w morskim kolorze. Z łapaczem snów na ścianie i nepalsko-hippisowskimi kocami. Piotr przywitał mnie w wełnianej czapce, grubej wełnianej bluzie, w martensach, no i z brodą. Okazało się, że to rękodzielnik, że mały podróżnik, że fan survivalu, praktykuje jogę. Swój człowiek. Pierwszy wieczór spędziliśmy w cud pubie, z mnóstwem świec, listów i książek. Przy rozmowie o życiu, autach, camperach i planach.

Pierwsza w życiu noc w camperze – jedno z wielkich marzeń – odhaczone. 

z dziennika: „Cieszę się jak małe dziecko. Mała przestrzeń – a wiem, że moja będzie jeszcze mniejsza – przytulnie, ciepło, z duszą. Skoro moją miłością jest droga, a najlepiej czuję się w małych przestrzeniach, to jak mogłabym tego nie połączyć? Podróży, a jednocześnie – domu; masy ludzi i spokoju w we własnych pieleszach. Przytulności z minimum rzeczy, wolności i najmojszości. To wydarzy się – pięknie – szybciej niż przypuszczam”. 

Kolejny dzień spędzam w okolicach Cork – w Kinsale wśród małych kolorowych domków, w kawiarnii wychodzącej na zatokę. Obserwuję sąsiadów pozdrawiających się z daleka. Później są klify na Old Head i latarnia morska, soczysta zieleń traw i błękit oceanu. Myśl, że tym razem chyba nie dotrę w mistyczne krainy – będę raczej w sielance, spokojnym życiu na wyspie, na której nikt nigdzie się nie spieszy. W tej podróży i mnie się nie spieszy. 

U Piotra miałam być jedną noc, jednak zakochana, wyprosiłam kolejną. I znowu był zachwyt vanem, rozmowa, a przede wszystkim – świetna muzyka na żywo! Chłopaki grali bluesa tak, że Francuzka, ubrana jak cyganka, tańczyła jak zaczarowana na parkiecie. 

Kolejnego ranka jechałam do Killarney National Park. Po drodze mijałam małe rybackie wioski położone nad oceanem, gdzie woda wdzierała się w ląd jak w norweskich fiordach. Omszałe drzewa, małe strumienie, skarlałe drzewa pnące się po ziemi. To przypominało tajemniczą Irlandię, o której słyszałam. Kraj w większości rolniczy i płaski, ale na południowo-zachodnim wybrzeżu królują góry, skały, jeziora i magia. 

Do przeszłości odchodzi myślenie, że skoro byłam gdzieś raz, to nie chcę więcej wracać. Do Irlandii chcę wrócić, bardzo. 

Dwie ostatnie noce spędzam u Colina, Anglika od dekady mieszkającego w Irlandii, pięć kilometrów od granicy parku narodowego. Wieczory mijają nam leniwie, spokojnie. Siedzimy przy kominku, wokoło palą się świeczki i słychać bluesa. Jesteśmy w małej wsi pośrodku niczego, w kominku bucha ogień, podpalam palo santo, z parapetu zerka na mnie bonsai i figurka od afrykańskiego rękodzielnika. Jest gorące mince pie, kupione specjalnie dla mnie i „What’s up” 4 Non Blondes śpiewane przy gitarze. 

z dziennika: „Po raz kolejny w życiu mam silne wrażenie szczęścia, spełnienia i pełni. Jestem w miejscu, o którego istnieniu wie bardzo niewielu, ze świetnym człowiekiem. To takie niezwykle, niecodzienne i wyjątkowe. Urzeka mnie niepowtarzalność, magia chwil ostatnich dni, moje szczęście do wspaniałych ludzi i momentów. Mam farta, życie daje mi tak wiele. Wdzięczność aż się przelewa”. 

Ostatni dzień to przepiękny park narodowy, jeziora i góry za mgłą, stare opactwo, rude krowy pasące się obok wiekowej alei wielkich drzew. Ptasia wyspa obok brzegu, łódka rybaka w oddali i karta położona na skale, upamiętniająca Thomasa Freya, a przecież wiecznie żyją ci, o których pamiętamy. 

Później już tylko droga do Dublina. Z weganinem nauczającym medytacji, z malarzem utrwalającym na płótnie jeziora i rzeki, uczynnym bogaczem: „życie byłoby łatwiejsze, gdyby ludzie  budowali przyjaźnie, a nie szukali wrogów” i facetem z bardzo trudną historią życia, który zamiast popełnić samobójstwo, postanowił pomagać innym.

W Dublinie wieczór spędzam wśród kolorowych uliczek, w tłumie ludzi, wśród muzyki na żywo. A później jest mała włoska kawiarnia, gdzie rozbrzmiewa muzyka elektroniczna, a ja siedzę cztery godziny w oknie i uśmiecham się do ludzi. Ale to temat na inną opowieść…

Irlandia była piękna. To cudowny kraj, wspaniali ludzie, piękne widoki. Ten tydzień wiele we mnie zmienił, wiele przeszłości zniknęło, a pojawiło się miejsce na realne plany i marzenia. Piękne było też to, że tydzień spędziłam z telefonem w trybie samolotowym. Ale o tym też niedługo napiszę. 

Zostawiam Was ze zdjęciami – jest ich niewiele, tym razem fotografowałam głównie oczami i pamięcią. Lecz za rok tam wrócę i wówczas stworzę piękny album. 

Z.

1 komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s