Dziwny to czas, gdy łzy same pchają się do oczu. Siedzę na łóżku, czujnym okiem obserwuję dracenę, bo mam wrażenie, że chce ode mnie uciec. Plecami opieram się o moje siedemnastokilowe włochate szczęście. Drugie szczęście – lżejsze, choć nie mniej kochane – leży na moich stopach. A ja płaczę. I płaczę i płaczę. Jedna piosenka – łzy; fragment książki – łzy; myśli w głowie – łzy, krokodyle. Połykam je, zagryzam smutkiem i żalem. Doprawione nie-mogę-znaleźć-sobie-miejsca-myślą smakują jeszcze gorzej. Ale są, a ja na razie nie wiem, jak się ich pozbyć. Więc pozwalam sobie na nie, bo tego już zdążyłam się nauczyć – że niekiedy w życiu bywają gorsze dni, takie złe, naprawdę do dupy i nie ma sensu z nimi walczyć. Pobędą, miną, przejdą. Każdy – nawet czas – musi nieraz podupaść na zdrowiu i samopoczuciu, by móc później otrzepać się jak feniks. No więc siedzę i czekam, aż ten czas minie. 

A on nie mija i trwa, i trwa. Wiem już, że coś tu nie gra, bo gdyby miał minąć – ot tak, by się z nim pożegnać, bo miał mnie na chwilę doprawić solą życia – to już by minął. A skoro wciąż trwa, to znak, że mam do czegoś dojść. Pytanie zasadnicze – do czego? 

Kolejnych parę dni chodzę do tyłu, nie do końca ogarniając rzeczywistość, wdeptuję w co drugą kałużę i moczę skarpetki. Przezbiębiam gardło, zapalam krtań, karmię się łyżkami miodu, który nic nie daje. 

Aż któregoś dnia – mam to! – łapię myśl. Myśl niełatwą, choć prostą. Myśl niewspółpracującą z romantycznym postrzeganiem świata, choć i jego jest we mnie ostatnio mniej. Myśl, która brzmi: tak, tęsknię, bardzo. Za wspólnymi wieczorami, za śniadaniem, za podróżą, za otulającymi ramionami. Za śmiechem, za ciepłem. Ale to nie koniec myśli, myśli płynie dalej i mówi – szczerą prawdę – że nie tęsknię za człowiekiem, za imienną osobą, za namacalną jednostką. Tęsknię za obecnością „tej” osoby w codziennym życiu. Nie tęsknię za człowiekiem, a za bliskością. Za wspólnymi gestami, myślami i planami. Za obecnością kogoś drugiego, ale nie tą konkretną. Tym nienamacalnym poczuciem wspólnoty, rodziny z wyboru.
To myśl bardzo wyzwalająca, myśl rozpinająca okowy serca. Skoro nie tęsknię za człowiekiem, a poczuciem bliskości, to sama mogę otulić się dobrocią myśli i gestów. Mogę wyleczyć się po raz kolejny.  Daję sobie bliskość i czas, i szacunek. To chwila w życiu, w której sama dla siebie jestem przyjacielem, kochankiem, partnerem i kumplem, uczę się siebie na nowo. Tworzę jednoosobową ekipę kipiącą optymizmem, dobrem i nadzieją. Ciągnę się ku górze, nigdy w dół. 

Za myślą „nie tęsknię za człowiekiem” idzie kolejna. Gdzieś po drodze wypadła mi z kieszeni i zniknęła w gąszczu wysokich traw ufność w miłość, nieprzyjacielską, a damsko-męską. I kolejna myśl w głowie: już wiem, dlaczego tak bardzo stronię od używek i dlaczego nie podobała mi się konwencja „Poniedziałkowych dzieci” Patty Smith. Zarówno używki jak i Patty z Robertem to zatracenie siebie – w mniejszym czy większym stopniu. Miłość do drugiego człowieka powinna być czysta i jest piękna, ale mam parę ali i alów. W miłości do drugiego człowieka nie mogę stracić siebie, nie mogę zapomnieć o sobie i o swoim życiu. Nie może być tak, że jest ktoś i cała reszta znika. Że tracę zmysły do utraty tchu i wpadam jak śliwka w kompot. To jest niebezpieczne – tracę częściowo kontrolę nad swoimi decyzjami i działaniami. A z traceniem tchu nie jestem za pan brat. Miłość – śliwka w kompot i zapomnienie o sobie – nie jest dobra, bo poza nią niczego nie ma. A poza miłością powinien się jednak otwierać cały piękny świat. Miłość powinnam pchać ku górze, a nie ciągnąć w dół. A różnie to bywa. No i to zaufanie, też poszło gdzieś na spacer, a pojawiło się dużo lęku. Swoją drogą, dlaczego tak ufnie wpadamy w przyjaźń, a do miłości podchodzimy jak pies do jeża i włączają nam się strachy? Lęk blokuje, a ja bardzo nie przepadam za blokadami.

I gdy te myśli przyszły i ukoiły zszargane serce, pojawił się spokój. Zawsze, gdy łapię myśl po długim błądzeniu po zakamarkach swojego umysłu, to daje mi spokój, mogę głęboko odetchnąć. I nawet gdy boli – ta myśl – to gdy już ją mam, więcej rozumiem, a skoro rozumiem, to mogę zmieniać lub działać, albo – zaakceptować i puścić. 

I ostatnia myśl – jestem w dołku. I on jest po coś, i wiele, wiele wniesie. Jednak dołek sam się nie zniknie, nie mam na kogo zwalić za niego odpowiedzialności, nie mam kogo poprosić, by go zniknął – ja ten dołek muszę zniknąć sama. Złe dni, owszem, są po coś, ale trzeba je zniknąć samemu, wyprosić z życia. No więc układam sobie te różne myśli, rozumiem, co się we mnie kotłuję i dopiero teraz mogę wstać i iść dalej. I idę, już bez płaczu, a z uśmiechem, bo mam to, do czego miałam dojść. I już mi dobrze, i już na miejscu.

I po paru dniach dochodzę do Kasi i masażu Lomi Lomi, ale o tym napiszę niedługo…

Z.

2 Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s