Solo

 

Głęboki oddech o poranku i spontaniczna decyzja: „ech, zawsze chciałam jechać do Izreala”. Kupuję bilety, lecę za tydzień, nie pytam o zdanie, nie waham się: no bo przecież lepiej byłoby zostać, jest tyle rzeczy do załatwienia, powinnam być odpowiedzialna i praktyczna, a nie bujać w obłokach.
Wiadomość o północy: „smuto mi, mogę do Ciebie wpaść?”. Wpadaj! Dom zawsze jest otwarty dla gości, podróżników, przyjaciół i znajomych.
Kuchenka od dwóch tygodni stoi i się kurzy, mieszkam sama, nie mam ochoty ani nastroju na gotowanie, więc jem kolejną kanapkę z pastą i nie czuję presji, bo przecież powinnam zrobić obiad.
Jest niedziela, budzę się w środku lasu po nocy spędzonej w aucie, bo miałam ochotę na wyjazd. Sama, z psami lub bez (jeśli na dwa dni komuś je sprzedałam). Puszczam głośno muzykę, siadam na materacu, czytam książkę lub kładę się na trawie i patrzę w niebo. Albo skaczę do jeziora o północy – co z tego, że mam koronkowe majtki, a wokół są ludzie, którzy też byli na koncercie na plaży; przecież nie robię nic złego.
Dużo jeżdżę, poznaję ludzi, odwiedzam nowe miejsca, odżywam.
Wieczorami oglądam komedie romantyczne, przypominam sobie, że lubię słodkie filmy z happy endem. Całymi dniami chodzę po domu w majtkach i wyciągniętej koszulce, a wieczorami – ubieram ładną sukienkę i idę na spacer z aparatem na szyi, by uwieczniać życie miasta.
Zacieśniam więzy, za cel stawiam sobie odkrywanie ludzi, którzy niby byli, ale tak naprawdę to ich nie było – bo przykrył ich kurz kilometrów, zobowiązań i tego, że weekend spędzę raczej w domu, tam będę sobie w comfort zone i pod kocem przeleżę wieczór. A no nie przeleżę go – wole ludzi, tańce i śmiechy!
Co dzień piszę, piszę dużo i mało, piszę na blogu, piszę listy do siebie, piszę wpisy na fb, spisuję cytaty na kartkach i w notesach. Piszę myśli w głowie i słowa na kartach. Myślę, rozmyślam i rozważam. Mam czas dla siebie i dla pasji – niby mam go zawsze, ale jakoś teraz jest go więcej. Jest i więcej motywacji i działania, i chęci, i jest więcej pasji w tej pasji. Tworzę, rozwijam się, rozpuszczam swoją głowę tym, co kocham.
Mam siebie, mam ludzi, jest mi ze sobą dobrze, w punkt i bez wątpliwości.

 

 

W duecie

 

Późny wieczór, siedzę przed namiotem. Nade mną niebo kusi uśmiechem pełnym gwiazd, ja wtulam się w ramiona, w których jest mi ciepło, bezpiecznie i na miejscu. Dzielę się tym, co mi w duszy gra, opowiadam o sercu, o kosmosie, o marzeniach i planach. Głaskam po policzku i czochram włosy, czuję pocałunek na skroni.
Niedzielny ranek, koło południa. Gramolę się spod kołdry, on bierze psy na spacer, ja w tym czasie szykuję jajecznicę, parzę kawę, wyciągam chleb i smaruję go masłem. Siadamy do stołu, mówimy dzień dobry, buzi w policzek i w czoło. Jemy, śmiejemy się, zaczynamy dzień.
Wieczór, ja – rozproszona życiem – wychodzę z domu, oczywiście zapominam, że drzwi należy zamknąć na klucz. Ale tuż za mną rozlega się dźwięk przekręcanego klucza w zamku – to takie na miejscu: ja wychodzę, a ktoś za mną, ten ktoś, zamyka drzwi. Niby nic, a jednak wiele, bo przecież obcy nie zamykają drzwi od mojego domu, robi to tylko ktoś, kto też tam mieszka, kto równie mocno troszczy się o to miejsce.
Tworzę rodzinę. Mam chęć gotować, mam dla kogo, lubię to, że krzątam się po domu, urządzam każdy kącik, dopieszczam. W międzyczasie wymienię buziaka, napiję się herbaty, która, zrobiona z miłością, czeka na mnie na stole.
Wyjeżdżamy gdzieś daleko, po plaży chodzimy, trzymając się za rękę; po górach – z plecakiem od schroniska do schroniska. Wieczorami nie ma samotności, bo zawsze jest ktoś, kto przytuli, otuli słowem, opowie dowcip – i nawet jeśli ten dowcip nie będzie powszechnie zabawny, to my zaczniemy pękać ze śmiechu. Bo…dla nas to będzie najzabawniejsze na ziemi.
Tworzę dom, tworze rodzinę, tulę, kocham, jestem kochana. Są wspólne zainteresowania, jest pasja i miłość. Jest ciepło i otucha.

 

 

Mam w sobie dwie skrajności, dwie miłości, dwa światy, w których się spełniam. Solo i w duecie – każdy z tych stanów kocham tak samo, każdy wiele uczy, każdy coś daje, a coś zabiera. Myślałam ostatnio, który z nich jest tym lepszym, który pozwala „pożyć”, „poczuć”, który jest dla mnie. Nie ma jednej odpowiedzi. Nie chcę na to odpowiadać.

Dziś cieszę się, że nic na świecie nie trwa wiecznie, bo dzięki temu niekiedy mogę doświadczać bycia solo, czerpać z tego czasu całymi garściami, spełniać się na różnych polach, a kiedy indziej – doświadczam bycia w duecie i z tego stanu wyciągam to, co najlepsze, bawię się nim i w nim odnajduję siebie.

Myślę, że najlepiej byłoby wziąć z jednego i drugiego to, co najlepsze i połączyć je w jedną całość. Być w duecie, ale dawać sobie wzajemnie wiele przestrzeni: na szaleństwo, na twórczość, na podróże i na wolność. Nie ograniczać się i żyć na maksa. Zakładam (tak wynikałoby z obserwacji czynionych w świecie zewnętrznym), że jest to możliwe z odpowiednią osobą. Kto wie…zobaczymy. W duecie, ale tak, by spełniać też solowe miłości.

 

A Wy? Solo czy w duecie?

1 komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s