Zaczęło się niewinnie. Wiadomość od Grażyny. „Zosiu, mega z Ciebie dziewczyna. Szykuje się grill w sierpniu, czuj się zaproszona, z psicami, wiadomo”. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Grażyna mieszka w Malborku, co nam daje jakieś…250 km jazdy. Pomyślałam sobie, że od grilla wszystko się zacznie, on będzie początkiem, rozpędem i zachętą. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Napisałam do Kasi, czy nie pojechałaby ze mną. Pojechałaby. Spytałam psic, co one na podróż. A one jak zawsze – jak na lato (choć nie to upalne).

Co to był za tydzień, mówię Wam!

Kasia przed podróżą wpadła do mnie na dwa dni. Po drodze udało nam się dotrzeć na koncert Fisz Emade, wykąpać się w podpoznańskim jeziorze o północy, spędzić pięć godzin na komisariacie (długo, mało miła historia), być na paradzie równości i przemówieniu prezydenta Jaśkowiaka (chapeaux bas, mówił bardzo w punkt o równości, prawach i tolerancji).

A później? Ahoj przygodo! Plan był taki, że ma nie być specjalnego planu, ani spinki, ani wymogów. Wiadomo – konieczna jakaś tam „dyscyplina”, porządek, wzajemny szacunek i uśmiech na buzi. Najpierw grill w Malborku, później wizyta w Olsztynku, by spotkać się z hodowczynią Amelii i Wandy, Olsztyn i moje zdjęcia. A od wtorku – hulaj dusza, piekła nie ma. Bardzo chciałyśmy dotrzeć na wschód i na północ – gdzie dokładnie? To miał przynieść nam los. Przyniósł więcej, niż mogłyśmy się spodziewać.

Malbork dał pierwszą w życiu próbę gorsetową (i już wcale nie dziwię się, dlaczego Elisabeth zemdlała w pierwszej części „Piratów z Karaibów”), głębokie rozmowy o głowonogach, o prawach kobiet, równouprawnieniu i grillowanych bananach. Niewegetarianim w uroczy sposób próbował złamać dwie wegetarianki niedoborami, ale mu się nie udało. Strażak z krwi i kości i biolożka doktorantka opowiadali o dwutygodniowej włóczędze przy wschodniej granicy. Było pół poważnie i pół wesoło, dla równowagi. Było tak, jak być powinno – mój pierwszy grill (ach, ta młodość), jedzonko, cudni ludzie, historie i muzyka w tle. A do tego – fantastyczny dom z drewnianym balkonem i wykuszem, i huśtawką w ogrodzie. Mogło być lepiej?

Olsztynek to z kolei reprymenda dotycząca moich metod wychowawczych (słuszna zresztą, kłaniam się nisko), uspokojenie mnie w kwestii zachowań dwóch futrzastych nastolatek i prawie czterogodzinna rozmowa o psach, doświadczeniach, ludziach i pasji. Myślę, że gdybym mieszkała bliżej, to wypiłabym Pani Małgosi całą kawę, herbatę i oranżadę, a przy okazji – na stałe rozłożyłabym namiot w ogrodzie, by móc z nią rozmawiać codziennie. Mam szczęście do ludzi.

 

Po Olsztynku był Olsztyn, zachód słońca, spacer po jednej z najbardziej urokliwych starówek w Polsce. Byliście kiedyś? Jest piękna. Niezrobiona na wysoki połysk, niespecjalnie odrestaurowana. Kamienice mają beżowy kolor, mały plac otoczony jest krużgankami, a w co niektórym pali się światełko. Cały rynek żyje, słychać muzykę graną na żywo, rozmowy w towarzystwie księżyca unoszącego się ponad miastem. Jest inaczej niż w większości polskich starówek – bardziej kameralnie, choć nie mniej pięknie. Są małe zaułki i ryneczki poza głównym placem, bluszcz oplatający budynki i ławeczki nad rzeką. Jest pięknie.

Tego wieczoru wsiadłyśmy w samochód i rozpoczęła się nam prawdziwa część podróży. Droga, wolność, muzyka, rozmowy i piękne widoki.  Było już  sporo po g. 22, toteż podróż zaczęłyśmy od noclegu. Środek lasu, wąska ścieżka. Herbata zaparzona w emaliowanym kubku w gąski, kawałek chleba z nutellą zjedzony pod gwiazdami. Wiecie jak rozgwieżdżone potrafi być niebo, gdy w odległości kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnego miasta? A wiecie, jak piękne to jest, gdy na niebie pyszni się mleczna droga, a noc wcześniej miała miejsce noc perseidów? Jeśli nie wiecie, to zabiorę Was za rok w taką podróż i pokażę, co mam na myśli.
Spałyśmy w aucie, w czwórkę – dwie dziewczyny i dwie psice. Rozłożyłyśmy siedzenia, bagaże upchnęłyśmy na przód. Dobrze się spało, Kasia nieco pochrapywała, Wanda zajmowała nam poduszki, Amelia spała albo na moim brzuchu, albo też wbijała mi łokcie pod żebra. Dzień jak co dzień. Przez cały tydzień śniły mi się dziwne sny i koszmary, to wymarzone połączenie, gdy codziennie przejeżdżasz kilkaset kilometrów.

Wstałyśmy wcześnie rano, szyby auta były mokre od naszych oddechów, plecy bolały od kąta, pod którym spałyśmy. Na śniadanie – znowu herbata i kanapka z nutellą (tak, w ciągu tego tygodnia w dziwnych okolicznościach zniknęły trzy duże słoiki). Dalsza droga – dokąd? Dokądś. Zależało mi na tym, by dotrzeć nad ukochaną Biebrzę i później dalej na północ. Zaczęłyśmy jazdę opłotkami, bo na tym wypadzie nie było mi po drodze z mapą. Gdy był wybór – główna droga czy wertepy – wertepy zawsze wygrywały.

 

Był wtorkowy poranek. Pod Szczytnem czekała na nas niespodzianka. Chłopak z wielkim plecakiem ze stelażem, w porządnych butach i spodniach łapał stopa. Swój człowiek, no jak mogłam się nie zatrzymać? Gdy Jonasz wsiadł do auta, okazało się, że właśnie wyruszył w podróż do Estonii. Widać nie spieszyło mu się zbytnio, bo summa summarum wojażował z nami aż do piątkowego popołudnia. Od słowa do słowa okazało się, że jest muzykiem (auto pełne artystów: poetka, muzyk i fotografka), a od spojrzenia do spojrzenia wyszło na to, że dobrze mu z oczu patrzy i głośno się śmieje.

Wczesnym popołudniem powitała nas Biebrza – roje much nad bagnami, łosie, które sobie imaginowałam, bo skubane nie chciały się pokazać, mżawka i drewniane kładki zawieszone nad bujną roślinnością. W pewnym momencie podeszliśmy do tarasu widokowego i Wanda postanowiła…skoczyć z niecałych dwóch metrów w dół. Do bagna, niezachęcającego zapachem. Nie mogła wyjść, ani wypłynąć, no więc ja musiałam zejść do niej na dół (ach, to uczucie bagna, błota i bliżej niezidentyfikowanych składników wlewających się do butów i oplatających kostki). Podniosłam małe wystraszone ciałko, podałam Jonaszowi,  po zbutwiałych palach podtrzymujących taras wdrapałam się na górę. Kryzys zażegnany, skarpety i buty mokre i śmierdzące, ale psica cała. Przechodziliśmy całe popołudnie, a gdy już nie mieliśmy planu na siebie, znaleźliśmy jedyny otwarty sklep w okolicy, po czym poszukaliśmy noclegu. Spaliśmy na polu, hen hen od ostatnich zabudowań. Jonasz w namiocie, my w aucie, do późna jeszcze rozmawiając i śmiejąc się. Jakie było nasze zdziwienie, gdy co jakieś pół godziny przejeżdżał tuż obok nas traktor, auto, motor… Nie wiem, skąd i dokąd jechali, ale ruch był jak w Paryżu. A to przecież środek niczego, mokry w dodatku i pełen komarów.

 

Kolejny dzień to słodkie lenistwo nad rzeką w Dolistowie. Krystalicznie czysta woda, rzeczne harce moje i psic. Błękit nieba kontrastujący z zielenią nadrzecznych roślin, drewniany most, słońce w zenicie, cisza i spokój. W oddali jedynie kościele dzwony i śpiewy. Jonasz czytał, Kasia czytała, nutella topiła się nam na słońcu. Było sielankowo. Czułam, że nic nie muszę, nigdzie się nie spieszę (choć przecież jeszcze tyle do zobaczenia), że jestem we właściwym miejscu i czasie. Życie w drodze, gdy znikają wszelkie kłopoty, zawiłości i niejasności, strachy i zobowiązania jest piękne, jest budujące i proste. Tego dnia jeszcze zgubiliśmy się w ostępach nadbiebrzańskich, zostawiłyśmy Jonasza z psami w środku pola i po kawie w Augustowie dojechaliśmy do Aten. A co!

Ateny to mała wieś w północno-wschodzinej części Polski, położona nad pięknym jeziorem. Dotarliśmy tam około 20, gdy słońce wisiało już nisko nad ziemią. Niebo mieniło się wszystkimi kolorami tęczy. Turkusowo-różowo-pomarańczowe pasy malowały obrazy żywcem wyciągnięte z płócien najlepszych malarzy. Gdzieniegdzie wdał się fiolet, gdzie indziej czerwień i granat. Jezioro było czyste, a pomost uśmiechał się zachęcająco. Od lat nie skakałam tak chętnie, dużo i beztrosko do wody jak tego wieczoru! Przypomniałam sobie o mojej miłości do wody i o tym, dlaczego pół życia spędziłam na basenie i treningach pływackich.
Czekała nas noc nad brzegiem jeziora. Ja koło północy poszłam spać, towarzystwo zasnęło na skarpie i cudem nie wpadli do wody w śpiworze.

Śniadanie zjedliśmy nad Wigrami. Wyobraźcie sobie – wielki pomost, wzdłuż którego równo stoją stare kolorowe łódki. Jezioro ciągnące się po horyzont, niebo stykające się z wodą, którą delikatnie głaszczą pałki wodne i trzciny. I kolejna kanapka z nutellą i kawa dla dwóch osób w blaszanym kubku.
Nieśmiałe uśmiechy, nieco śmielsze pokrzykiwania. O czym marzysz? A ty, dlaczego wybrałaś tę ścieżkę? A gdybyś mógł inaczej? A czemu czekolada a nie chipsy? Pytania, opowieści, wspólne przeżywanie.

 

Popołudnie spędziliśmy na mostach w Stańczykach. Byłam tam jako mały szkrab i nie powiem, na małym szkrabie zrobiły one dużo większe wrażenie. Mosty są ogromne – to prawda. Ale…widziałam wspanialsze wspaniałości. To była jedna z tych wizyt, których nie powinno się odbywać jako dorosły, gdy w danym miejscu było się jako dziecko. Znika magia i ogrom, pozostaje duży niedosyt. Niedosyt zajadłam jednak sękaczem, o którym mówiłam Kasi od tygodnia. Najlepsze ciasto na świecie. Suche, niewymyślne, ale mogłabym je jeść na kilogramy.

To był nasz ostatni wspólny dzień. Jego zakończenie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wiedzieliście, że toyota avensis nie jest autem terenowym? Ja nie wiedziałam i wjeżdżałam wszędzie, gdzie tylko się dało – nad jeziora, na łąki i pola, do lasu. Aż w pewnym momencie, sporo po 21 jechałam przez las do jeziora – standardowo – i nagle bardzo niestandardowo musiałam skręcić. Samochód miał po dziurki w nosie kolejnych przygód, wziął się zawziął, stanął okoniem i ani rusz w żadną stronę. Zakopaliśmy się. I to srogo. Tak srogo, że przednie koło kręciło się w powietrzu (nie, to nie było zakopanie się, silnik się powiesił – ja też w pewnym momencie miałam na to ochotę). My – dwudziestolatkowie bez doświadczenia – walczyliśmy dzielnie. Ja podkładałam patyki, gdy auto było już podniesione na lewarku, Jonasz dzielnie walczył kubkiem i łyżeczką, odkopując silnik, Kasia pomagała to tu to tam. Zero, nic, nul. Dopiero rano, po moim dwukilometrowym spacerze po łopatę i jonaszowym spacerze do wsi (więcej-kilometrowym), i dzięki panu biegaczowi, który się o nas zatroszczył, wyciągnął nas na linie pan leśniczy. Dziękuję!!!
Piach i brud mieliśmy wszędzie – za paznokciami, w zębach, majtkach i kieszeniach. Byliśmy zmęczeni, poirytowani nieco (no, z tym my to może przesadziłam – ja poirytowana byłam na pewno) i głodni. Przy samej granicy z Litwą zjedliśmy śniadanie i powoli – po blisko tygodniu spędzonym razem – rozstaliśmy się. Jonasz pojechał do Wilna, Kasię odwiozłam pod Ostrołękę, a sama, półżywa lub żywa w jednej dziesiątej mojej istoty, wróciłam do Poznania.

 

Wrażenia? Było naprawdę dobrze. Moja ukochana część Polski zjechana wzdłuż i wszerz. Po raz pierwszy – swoim własnym osobistym autem, wg. swojego pomysłu i z nietuzinkowymi ludźmi.
Była przecież i Biebrza, i Wigry, i Suwalszczyzna, i litewska granica. W to mi graj.
Podróż niesamotna jednak wygrywa z tą solo. Mimo że było sporo irytacji z mojej strony (rodzinny, wrodzony despotyzm pozdrawia) i kilka rzeczy wyobrażałam sobie inaczej, to jednak droga, którą przebywasz z kimś, w wesołym i otwartym towarzystwie jest zupełnie innym doświadczeniem niż podróż samotnie. Jest do kogo buzię otworzyć, z kim spędzić wieczór, porozmawiać, zjeść, spacerować, na kogo się powkurzać. I dobrze, że się wkurzałam – wiem już, nad czym w sobie muszę jeszcze popracować i czego oczekuję od siebie i od kompana podróży. Wszystko jest po coś!

Road trip oceniłabym na mocne 8/10.

Dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że jeszcze długo będę myśleć o tych dniach. Kasiu, Jonaszu, Grażyno, Pawle, Iza, Martyno, Małgosiu, Oliwio. Dziękuję!

Z.

1 komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s