Żar leje się z nieba, a ze mnie leje się pot. Siedzę półnaga na biurowym krześle obitym skajem. Dzwoneczki u sąsiada podrygują cichutko w rytm wiatru, psy bawią się resztkami sił zamordowanymi przez gorąc, a mój umysł wciąż wraca do prawej skroni. Ważna to skroń, bardzo znacząca. Skroń ze słowami, które poruszają niebo i ziemię i dodają skrzydeł za każdym razem, gdy wątpię.

Bo mogę.

Wytatuowane ponad dwa lata temu, w dniu osiemnastych urodzin. Wtedy dość spontanicznie, choć przemyślanie i ze świadomością, ale też nieco na przekór, trochę, by zagrać na nosie. Komu? Sama dziś nie wiem. Miały być odpowiedzią na często zadawane pytania „dlaczego?”. Dlaczego roślinożerność, tatuaże, skończony romantyzm, samotne podróże na stopa, brak studiów… Miałam w głowie dialog: dlaczego? bo mogę (i nic Ci do tego).

Dziś słowa są te same, skroń ta sama. Ale przez dwa lata słowa dojrzały, dorosły, zmieniło się ich znaczenie i sens. To tak jakby wziąć małego przedszkolaka i poprosić, by narysował lwa. Pięciolatek namaluje trzy kreski i siedem kółeczek na krzyż i będzie lew jak się patrzy. Ale już piętnastolatek zaznaczy mądre oczy, bujną grzywę i władczą postawę. Widzicie różnicę?

Żyjemy w świecie, w którym wiele rzeczy nie można, innych nie wypada, a jeszcze inne się powinno. Dziewczynki powinny ładnie się uśmiechać, a chłopcom nie wypada płakać, biznesmen nie może pojechać na stopa, a kobieta wstydzi się swojego ciała pełnego kompleksów. W tym świecie pełnym powinności, niewypadalności i konwenansów, dobrze jest sobie uświadomić, że wszystko można (no, w granicach rozsądku i bez krzywdzenia innych). Można robić, czuć, mówić i myśleć – wszystko. Naprawdę. Ta świadomość, że można, wypływa z głębi, czuję ją w trzewiach, w sercu i gdzieś na tylnej ścianie gardła. Mogę chodzić bez stanika, mimo że noszę koszulki z dużym dekoltem i luźne swetry – to moje ciało, a każdy już ciało jakieś widział. I mogę przeklinać (o ile lubię), i płakać (bo każdy może), i kochać całą sobą (miłość to towar deficytowy, a romantyzm jest na wymarciu, ale ja jestem romantyczką, i tego się trzymam). Mogę pojechać sama na drugi kontynent, spać u obcej osoby na kanapie i jeść z nią śniadania, rozważając o życiu. Bo dlaczego mogłabym nie móc? Bo pieniądze? Odłożę. Zobowiązania? Wywiążę się. Bo rodzina? To moje życie. Bo czas? Czas zawsze upłynie.

Mogę, bo nie mam ograniczeń. Rozumiem i wiem, że moje życie jest moim życiem, a nie życiem moich rodziców, dziadków czy cioć. Nie podejmuję konwencjonalnych decyzji. Nie poszłam na studia, nie zrobiłam matury, wytatuowałam sobie sporą część ciała. Jestem szczęśliwa. Tak naprawdę, z głębi duszy. I nie żałuję.
Nie mam w sobie poczucia wielu studentów, że jestem coś komuś (rodzicom) winna, toteż muszę podążyć ścieżką którą ten ktoś mi wytyczył. Nie robię czegoś, by zadowolić swoją rodzinę czy znajomych. To moje życie – to ja za dwadzieścia lat będę żałować (lub nie) swoich wyborów. A może właśnie – żyjąc niesztampowo i dając radę – będę z tych wyborów dumna?
To moje decyzje, żałowanie i szczęście. To ja mam być usatysfakcjonowana, nie inni. Kto wie, może gdybym podążyła ich ścieżką, za dwadzieścia lat obudziłabym się z ręką w nocniku, w znienawidzonej pracy, z głupim mężem i trójką dzieci, których w zasadzie nie chciałam, ale wypadało… Chcecie tak? Ja nie.

Największe ograniczenia to te, które mamy w głowie. Te wyniesione z dzieciństwa, ze społeczeństwa, od znajomych. Ale i alowie, pełno al i alów. Bariery większe od Muru Chińskiego. Te wpojone i te wyuczone. Ale przecież mi się nie uda. Oni umieją, ale ja nie. Ja nie zasługuję. Przecież to nie jest możliwe. Pewnych rzeczy nie osiągnę na pewno. Buuum! Bullshit! Nie ma rzeczy nieosiągalnych. Wszystko jest możliwe – o ile tylko bardzo chcesz.  I masz pomysł, jak to osiągnąć. Masz pomysł – miej pieniądze (niestety, szara rzeczywistość), włóż całą swoją energię i siłę w pracę nad celem i go osiągnij. Skoro innym się udało, to dlaczego Tobie miałoby się nie powieść? Masz to w głowie.

 

To, że mogę, wyzwala. Że nie mam ograniczeń, że mogę wszystko (z wyjątkiem – patrz wyżej). Mogę tańczyć nago o północy na plaży. Mogę odkładać pieniądze na campera, podróże i tatuaże, a nie na mieszkanie i dzieci – bo to są moje priorytety. Mogę podejmować ryzykowne decyzje, pracowo-życiowe, które dadzą mi szczęście. Mogę być sobą, zawsze i wszędzie i nikogo nie grać. Żyć po swojemu i nie bać się oceny, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będzie podobało się to, co robię. Zawsze będzie rozczarowanie, krytyka, zazdrość albo kopanie dołków – to rzecz ludzka. A ja dalej będę robiła swoje. Bylebym była szczęśliwa i nie rozczarowała samej siebie. Bo jeśli za pół wieku spojrzę na swoje życie z goryczą i poczuciem porażki, to będzie oznaczało, że coś poszło nie tak. A tego nie zniosę.

 

Ja naprawdę mogę. Tak z głębi wolnego serca, które rwie do przodu, mimo małych ranek, które wciąż powinny zrastać się w spokoju, ale ono już się niecierpliwi. Mogę, bo nie ograniczam siebie samej. Bo jestem świadoma możliwości i tego, że świat może (ha!) dać to, co najlepsze.

A Ty, możesz?

 

Z.

3 Komentarze

  1. Bardzo Ci dziękuję za ten wpis! Takich słów potrzebowałam w tym momencie. Ja dopiero się uczę wierzyć, że mogę wszystko, że moje życie nie jest bez wartości i między innymi dzięki takim wpisom idzie mi to coraz lepiej 😊 Tak trzymaj i nie zmieniaj się ❤️

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s