Jak wiecie z poprzedniego posta, wyjazd do Norwegii okazał się być zupełnie inny niż planowałam.
Po dniu spędzonym w mokrym namiocie, w zimnie i smuteczku, znalazłam dwie dziewczyny, które zgodziły się ugościć mnie w ramach CouchSurfingu.

 

Pobyt u Moniki w Hemsedal

Pierwsza była Monika, Estonka, która po studiach wybyła w podróż. Mieszkała w Szwecji i Norwegii, wiele miesięcy podróżowała po Azji i ponad rok spędziła w Indiach. Wolna, niezależna, koło trzydziestki. Śmiała się, że w momencie, gdy jej rówieśnicy zakładają rodziny, ona zastanawiała się czy zostać w Norwegii na jeszcze jeden sezon, czy ruszyć dalej w świat. Dotarłam do niej do Hemsedal koło południa – z Gravset, nadkładając kilometrów zabrał mnie pięćdziesięcioletni Norweg. W domu Moniki (wielkim poddaszu z sufitem z surowych belek, trzema pokojami, sauną w łazience i ogromnym tarasem wychodzącym na góry) wywiesiłyśmy wszystkie moje mokre rzeczy. Po gorącej herbacie i prysznicu poszłyśmy w góry. Na szlaku spędziłyśmy jakieś trzy godziny, co dla mnie (o bogowie, gdzie podziała się moja kondycja?) była niemałym wyzwaniem. Widoki jednak wynagradzały wszystko. Zieleń drzew, kolorowe kwiaty, turkusowo-seledynowe wodospady, wąskie kamieniste ścieżki. Dotarłyśmy na szczyt, wdrapałyśmy się na skały i miałyśmy u stóp…całą dolinę. A obok nas, dosłownie dwa metry, z gór spływał wielki wodospad. Mój pierwszy w życiu wodospad widziany „z góry”, raj.

Wieczorem, już po kolacji, siedziałam z nią na przepastnej kanapie, otulona kocem. Nad głową – sufit z grubych surowych belek, za wielkim oknem – widok na góry, słońce przeplatane ulewą i tęczę. I czułam jak na nowo budzi się w mnie zew. Nie chcę pozwolić mu na nowo zgasną, myślałam. Muszę pozamykać sprawy w Polsce, podjąć decyzję i ruszyć.

z dziennika: „Chcę zarabiać dobre pieniądze, odkładać, podróżować, rozwijać fotografię, pisać i czuć, że żyję na 100 %. Z miłością do siebie i innych, nie-sama. Nie pod namiotem, ciułając i chuchając na każdy grosz. I myślę, że nie chodzi o wygodnictwo (ach, te diabełki), a o dojrzałość. Znam siebie już na tyle dobrze, by wiedzieć czego chcę, a czego nie. Nie chcę się do niczego zmuszać, a na pewno nie – wymagać od siebie, bym była zadowolona z czegoś, co tak naprawdę nie sprawia frajdy (czyt. jazda solo, z namiotem i bez planu).”

W nocy nie mogłam zasnąć. To naprawdę dziwne, gdy o północy niebo jest szaro-niebieskie i zostaje takie aż do rana. Pierwsza noc w domu Moniki sama w sobie była świetna – w puchowej pościeli, wygodnym łóżku to przecież istny luksus po poprzednim noclegu.
Rano nogi i pupa bolały po wędrówce w góry, więc gdy Monika oznajmiła, że idzie na całodzienny treking w dość mocno niedostępne rejony (jak się okazało, gdy wdrapali się na szczyt, powitało ich -5st.C i śnieg), ja postanowiłam pójść na spacer po okolicy.
Popołudniu na liczniku stuknęło mi 13 kilometrów wędrówki. Mijałam elfi las, chatkę dla znużonych wędrowców, strumienie, wodospady, ośnieżone grzbiety gór i wielobarwnie kwitnące łąki. Najcudniejszą część dnia stanowiły…krowy. Pasły się na szlaku, szalenie ciekawskie. Rude głowy wyglądały zza drzew i znad potoku – jak nimfy leśne zaintrygowane przybyszem. Jedno stadko z trzech napotkanych w drodze towarzyszyło mi przez dobry kilometr. Te najważniejsze z krów dały się pogłaskać, niektóre po parę minut miziałam po pysku.

Wieczorem miałyśmy z Moniką babski czas. Kumpelskie pogaduchy, życzliwość, dużo śmiechu i…sauna! Prawdziwa (prawie), porządna (naprawdę) sauna.

 

Autostop w Norwegii

Sauna była cudowna, tym bardziej, że kolejny dzień mnie nie oszczędził. Czekało mnie autostopowanie z Hemsedal do Alesund, ponad 360 km na północ. Dawałam sobie na to jakieś 6 godzin – biorąc pod uwagę czekanie na kierowców, stan norweskich dróg, ich nieuczęszczanie, pogodę i wiele innych. Jechałam 12 godzin…

Na pierwszego stopa czekałam 1,5 godziny. Nie dlatego, że nikt nie chciał się zatrzymać, a dlatego, że tamtędy nikt nie jeździł. I właśnie to ostatnie zdanie stało się hasłem przewodnim tejże wycieczki.
Ruch samochodowy w Norwegii, a szczególnie na północy jest taki, że go…nie ma. Tutaj na głównej drodze („almost highway”) auto przejeżdża co dziesięć minut. Nic dziwnego – w tym kraju żyją 4 miliony ludzi, z czego 3 mln – w miastach.

Zabrało mnie łącznie 8 kierowców. Młody Szwed-gaduła o niebieskich oczach, żywa siedemdziesięciolatka, która w dwadzieścia minut opowiedziała mi o całej swojej rodzinie. Norweg o wyglądzie Latynosa, który chciał pomóc, jednak wysadził w szczerym polu, gdzie czekałam ponad pół godziny na pierwsze auto – na szczęście starszy Niemiec-wędkarz życzliwie się zatrzymał.
Był też emerytowany wojskowy, z którym pokonałam ostatnie dwie godziny podróży. Był w każdym państwie na świecie, pracował dla NATO i opowiedział mi piękną historię. Pochodził z Alesund i mówił o wielorybach, które co roku przez pare tygodni są widoczne na wybrzeżu. Przytoczył historię Williego z „Uwolnić orkę”. Zwierzę, które występowało w filmie, później zostało przetransportowane w okolice Islandii. Orka uciekła i zniknęła. Jakiś czas później dwoje dzieci zobaczyło przy brzegu w Alesund wieloryba, który…robił sztuczki ukazane w filmie. Obserwowały go kilka dni z rzędu, aż końcu…dzieciaki wskoczyły do wody i pływały razem z orką. Historia nie skończyła się dobrze, bo Willie umarł krótko po tym z samotności, bez swojego stada. Ale cały czas mam przed oczami te dwa szkraby kąpiące się z olbrzymem.

Po drodze do Alesund za każdym zakrętem czekało na mnie coś wspaniałego. Nie wierzcie zdjęciom w przewodnikach – Norwegia na żywo jest sto razy piękniejsza. Wielkie, przepastne doliny otoczone półokrągłymi górami. Góry soczysto zielone, a ich zbocza przecinają białe wstęgi wodospadów. Co paręset metrów widać w oddali maleńki domek nad jeziorem czy na zboczu. Pełno rzek o krystalicznie czystej, błękitnej wodzie, lodowce (moje pierwsze w życiu na własne oczy widziane). Fjordy zapierające dech w piersiach, ciemne lasy iglaste a’la las tropikalny – tak gęste i żywo zielone. Te wielkie przestrzenie, ta dzikość przyrody. Widok trudny do opisania słowami.

Całą drogę lało i wiało, powietrze miało temperaturę 3-10st.C. Typowe lato w tej części świata.

 

Sofie – CouchSurfing w Alesund

 

Do miasta dotarłam sporo po 21. W drzwiach domu mojej kolejnej dachodawczyni – Sofie – powitał mnie rudy kot norweski, a na stole czekała odgrzewana pizza i zielona herbata w kubku z flamingami, zbawienie. Z Sofie było super – to Norweżka z krwi i kości, z dziada pradziada. Dziennikarka lokalnej gazety, która weekendy spędza w domku nad morzem, grając w planszówki i popijając piwo ze znajomymi. Zimą jeździ na nartach, wakacje planuje we Włoszech. Była krótko po rozstaniu z chłopakiem, toteż całe dwa dni zeszły nam na rozmowach o facetach, o życiu, zastoju i marzeniach.
Kolejnego dnia Sofie poszła do pracy, ja miałam więc pół dnia dla siebie. Dużo pisałam i ratowałam żołądek, który na coś się obraził. W południe wyszłam na spacer. Alesund to miasto portowe, położone na półwyspie, składające się z mnóstwa większych i mniejszych wysp. W 1907 roku nawiedził je pożar, który doszczętnie spalił wszystko. Po pożarze Alesund odbudowano w duchu ówczesnej epoki – powstało jedyne w Norwegii miasto na secesyjną modłę, pełne małych kamienic, wąskich uliczek i pięknych, kolorowych elewacji. Nam miastem wznosi się punkt widokowy Fjellstua, na który prowadzi 418 stopni. Rozciąga się z niego przepiękna panorama na miasto i okoliczny krajobraz. Budynki stykają się z morzem, które znika za horyzontem, z morza wyrastają zielone góry, szczyty gór pokrywa śnieg, a za plecami człowiek ma…więcej gór, więcej otwartej przestrzeni i dzikości. Zapiera dech w piersiach.

Wieczór to wspólna kolacja, a później – pieczenie cynamonowych bułeczek z przepisu mamy Sofie. Mąka była wszędzie, podobnie jak nutella, którą wyjadałyśmy wprost ze słoika.
To było jedno z tych spotkań, które nastrają bardzo pozytywnie, dają kopa i wtłaczają prąd w kości.
O to chodziło, było super.

Kolejnego ranka wsiadałam już do samolotu. To była dobra podróż – nieodstępnie piękna, lekko niezaplanowana, bardzo spontaniczna. Szalenie potrzebna.

z dziennika: „Nie, nie zobaczę wiele w czasie tej podróży. Ale moje wojaże zdecydowanie częściej mają na celu odkrycie czegoś w sobie, a nie czegoś w świecie. Tym razem – uśpiony zew i określenie tego, czego mi w podróżach nie potrzeba i czego w nich chcę. I większa samoświadomość i ogar moich – moich – potrzeb. Gdyby nie ta Norwegia, nie byłoby kliku do zmiany – do poważnego rozważenia wyprowadzki za granicę”. 

tadam! z tą petardą Was tu zostawię. więcej już niedługo.

 

Z.

 

Podobało Wam się w „mojej” Norwegii? A może zauroczyły Was zdjęcia? Śmiało udostępniajcie i dajcie znać, co myślicie, w komentarzach.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s