Wojtuś nie był chłopcem w sile wieku. Miał może pięć, może siedem i pół lat. Blond kręcone włosy i zielone oczy, w których zawsze paliły się świetliki. Lubił skakać po kałużach i największym jego przekleństwem było „cholera panie”, które zasłyszał od pradziadka. Nosił ogrodniczki i żółto-czarny polar, który od lat rósł razem z nim. Do szkoły letniej jeździł na kucyku, który miał na imię Lusia.

Wojtuś wraz z Lusią przemierzał łąki, pola i mokradła. Kradli jabłka z drzewka przy drodze i pili wodę ze strumienia. Chłopiec często i dużo myślał, o dobrych niebieskich migdałach. Myślał o wielkiej łupince kokosa na oceanie z lemoniady, którą kiedyś opłynie cały świat. I o wilku, który przy domu babci pożera niedobre dzieci – myślał o tym jak to on – Wojtuś we własnej osobie – rozprawi się z tym wilkiem i da mu popalić, bo dzieci też mają prawo do błędów.

Wojtuś zwierzał się ze swoim myśli napotkanym ludziom, najczęściej innym dzieciom, bo te rozumiały go najlepiej. Dzieci wiedziały, o jakie motyle chodzi, gdy mówił, że będzie na nich latał i rozumiały potrzebę wypatrywania zamku na niebie, by któregoś dnia w nim zamieszkać. Dorośli nie byli zdolni pojąć piękna jego świata. Nie rozumieli jego marzeń, założeń, pragnień. A to dziwne, bo przecież kierowali się rozumiem, a nie uczuciami – a zarówno nie rozumieli, jak i nie czuli. Mówili mu, że musi być dużym chłopcem i myśleć racjonalnie, a nie bujać w obłokach. Że powinien zejść na ziemię i jeszcze nie raz zobaczy co to jest szara rzeczywistość, że życie jeszcze da mu w kość. Bo każdy marzył, a później każdy głęboko się rozczarował.

Któregoś dnia, gdy Lusia skubała chabry nad potokiem, ścieżką obok przechodził stary pan. Obdarty, skwaszony, z pożółkłymi zębami. Wojtuś marzył akurat o tym, jak zostanie bogaty i będzie pomagał bezdomnym. Zobaczył z daleka starego pana i podbiegł do niego z życzeniami dobrego dnia na ustach. Ten odburknął coś na odczepne, a gdy chłopiec zapytał się go, czy może jakość pomóc, pan kazał mu zamilknąć i fuknął dość niemiło.

Wojtuś rozpłakał się rzewnymi łzami, bo nie wolno tak mówić do drugiej osoby i bardzo nieładnie jest tak traktować kogokolwiek. A później chłopiec wziął się w garść. Wyprostował plecy, wytarł nos, osuszył oczy i z czerwonym od płaczu nosem spojrzał na starego pana.
– Nikt nie zabronił panu marzyć, to pan sam przestał to robić. Proszę mnie nie obwiniać za swoje niepowodzenia i mówić mi, że się nie uda. I niech pan pamięta, że marzenia spełniają się tylko tym, którzy marzą i tylko wtedy, gdy marzyciele po nie sięgają. Pan nie sięgnął, a ja zrobię wszystko, by moje marzenia stały się moją rzeczywistością. Pięknego dnia. Do widzenia panu.

I Wojtuś wziął Lusię i poszli dalej. A niedługo potem w miasteczku rozniosła się wieść o chłopcu, który spełni swoje marzenia. I nikt już nigdy nie mówił mu, że powinien zejść na ziemię i że każdy kiedyś marzył.

 

Wojtusiowi się udało, siedzi tutaj obok mnie, ma już całkiem długą brodę i dużo kurzych łapek koło oczu. Marzył i spełniał marzenia. To takie łatwe.

Z.

 

 

 

Jeśli spodobała Ci się opowieść i zdjęcia, pokaż je dalej, zaproś do naszego świata swoich bliskich, tu jest bardzo wygodnie. Napisz parę słów, będzie mi bardzo miło.

 

3 Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s