Miała lat w sam raz, nie za dużo i nie za mało. Nie miała zbyt wielu kolegów, bo za wysoko głowę nosiła, zbyt kolorowo się ubierała. Nie lubiła seriali i koloru czarnego. Miała swój świat i swoje kredki, którymi niechętnie dzieliła się z innymi. 

Marzyła o wielkim świecie, ale też wielce się go bała, nie umiała rozmawiać z ludźmi i nie leżało w jej naturze dzielenie się z innymi swoimi problemami. Bo przecież ona ze wszystkim poradzi sobie sama, wszystko ułoży sobie w głowie bez niczyjej pomocy. I całkiem nieźle jej to wychodziło, tylko że z biegiem czasu przestała wychodzić do ludzi. Widywać się z nimi, rozmawiać, dzielić swój czas. Zdziczała. Zapomniała nawet, jak się chodzi na wysokich obcasach. 

Poznała jego. O połowę od niej starszego faceta. Byłego męża dwóch żon, ojca trójki dzieci, w czym najstarsze było jej równolatkiem. Poznali się przez przypadek, choć przypadki nie istnieją. Na ulicy, na mrozie, w momencie, gdy wiatr zwiał jej szalik i rzucił go na przednią szybę ciemnego auta. Szalik odzyskała, a w ramach przeprosin zaprosiła faceta na kawę, mocną, tylko czarną. Innej oboje nie pili.

Po miesiącu wprowadziła się do niego. Mieszkali w starej kamienicy, w mieszkaniu z dwoma pokojami, i z piecem kaflowym. Każdą ścianę domu porastały książki, a notesy, dzienniki i zeszyty kurzyły się na parapetach i wilgotniały nawet nad wanną na półce.
To była relacja z tych, które mają trwać wiecznie, ale nigdy nie ma być spokojnie. On starszy, ona nad wiek dojrzała. Ona bez chrapki na majątek i drogi samochód, on bez kryzysu wieku średniego i wybujałych fantazji seksualnych. Miało być dobrze, przyjacielsko, wizjonersko, choć ze spokojem w sercu i na duszy. Pokochali się na zabój. 

Oboje wolne duchy, choć ona wolniejsza od niego. On chciał ją wsadzić w klatkę, ona się opierała, ale do czasu. Całymi dniami rozmawiali, co było dla niej wyzwaniem, bo nie przywykła do wypowiadania słów o sobie. Z biegiem czasu zaczęła mówić, zaczęła też inaczej myśleć. Choć myślała mniej niż dotychczas. Umknął jej moment, w którym straciła najlepszego przyjaciela sprzed lat i paczkę znajomych, z którymi umawiała się na nocne kąpiele w morzu. Umknęło jej, że i jemu urwał się kontakt z długoletnim znajomym, z którym co miesiąc jeździł pod namiot. Nie zauważyła momentu, w którym poza nim nie miała nikogo, a on poza nią – był sam. Zamknęli się w kamienicy ze sobą, piecami kaflowymi i książkami. Ona polubiła kolor czarny, on nie pisał juz tak często w swoich notesach. Wieczorami kochali się przy świecach, choć te zdawały się mocno chybotać w świetle gwiazd. Bali się tego, co jest między nimi, bali się cieni, bali się siebie, bali się tego, że bez drugiej osoby znikną, rozpłyną się we mgle.

Oboje ocknęli się w momencie, gdy mały krok dzielił ich od upadku. W czasie, gdy ona prowokowała ostre wymiany zdań i stwarzała sytuacje, w których mogła wywołać w nim poczucie winy, troskę i wzbudzić w sobie poczucie bezpieczeństwa w jego ramionach. W czasie, gdy on kierował do niej zdania pozornie pełne miłości, pod której płaszczem krył się jad i obrzydzenie. Kochali się na zabój, ale nie było ich w świecie. Nie było ich dla siebie, nie było ich w swoich własnych sercach, głowach i myślach. Ona pogubiła swoje kredki, on od trzech lat nie przeczytał nowej książki. 

Gdy tąpnęło, pojechała w długą podróż. Kupiła bilet w jedną stronę do sąsiedniego miasta, wynajęła pokój i wyłączyła telefon. Wiedziała, że kocha i że jest kochana, ale doszli do momentu, w którym coś musi się zmienić – albo ukochany albo zasady. 

I zmieniły się zasady. Ukochanych nie zmienia się w momencie, gdy robi się zbyt trudno. Ani w momencie, gdy wszyscy wokoło mówią: uciekaj. Ukochanych nie zmienia się także wówczas, gdy się kocha. Ale nawet ukochanym nie można pozwalać na wszystko. I siebie samego w ukochaństwie nie wolno zaniedbywać. 

Zaczęła mówić, mówić naprawdę – wreszcie wyspowiadała się ze swoich problemów, zaufała, choć to zaufanie było najtrudniejszym w jej życiu wyzwaniem, bo ona z gruntu nie ufała w pełni nikomu. Zaczęła na powrót malować świat swoimi kredkami, zadzwoniła do przyjaciela i pojechała wykąpać się nago nocą w morzu. On kupił wspaniałą książkę i wieczorami, zamiast się z nią kochać, czytał od deski do deski. W tydzień zapisał też trzy dzienniki. Przemeblowali swój dzień. Dużo czasu spędzali osobno, a więcej byli ze sobą, gdy przebywali razem. Ona zaczęła dostrzegać niuanse w swojej duszy i myśli, które dotychczas umykały. On nie pluł jadem, tylko tłumaczył. Ona nie wywoływała określonych reakcji, tylko komunikowała. 

Wieczorami mówili basta, zadbali o nowy rytuał. Nocami kochali się po ciemku, bez świec, a w ciągu dnia – kochali się przytomnie i w pełni świadomie tego, by o to kochanie dbać, nie wymagać i starać się o nie w każdej minucie. Dostrzegli, że lepiej jest być dla siebie i nie stracić tego, co w środku, i skupić się na sobie, i rozwijać pasje. Napisali na ścianie „szczęśliwy ukochany, to szczęśliwy związek”. A ścianę oprawili w ramkę. I byli dla siebie samych, ale i dla siebie wzajemnie, po latach nauczyli się żyć razem, ale jednocześnie – pielęgnować swoją pojedynkę. 

Trzydzieści lat później ona żyła z malarstwa, a jego dzienniki zdobiły listy bestsellerów. Wspierali się w dobrym i złym, w nienawiści i miłości. Ale co wieczór mówili basta: basta uniżoności, klatce, wymogom i strachowi. To było niełatwe uczucie, to nie była prosta ścieżka. Ich życie naprzemiennie wiodło przez ciemny las i jasną dolinę. Ale było warto, bo gdy się kocha, to wszystko można, ale nie wszystko wolno.

 

 

Co o tym myślicie? Podzielcie się w komentarzach Waszymi przemyśleniami. I śmiało – udostępniajcie, polubcie i bądźcie tutaj z nami ❤

6 Komentarzy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s