Marzyłam o tym kraju od lat, wielu lat. Naprawdę.

W 2014 roku planowałam pierwszy wyjazd, miało być na dziko: na stopa, z namiotem. Mieliśmy pojechać na cały wrzesień, mimo chłodu i śniegu na północnych krańcach Skandynawii. Byłam bardzo podekscytowana, odległa Północ zawsze napawała mnie strachem, ale też ciekawością, podekscytowaniem. Rozległe przestrzenie, fiordy, góry, małe czerwone domki… Wyjazd zbliżał się wielkimi krokami i na miesiąc przed wylotem…scykałam, napisałam mojemu kompanowi, że nie mogę jechać, bo złamałam nogę. Paweł, jeśli to czytasz, przepraszam, zachowałam się jak tchórz.
Po roku planowałam wyprawę po raz drugi, znowu nie sama, a z chłopakiem z forum autostopowego. To miał być lipiec, wszystko zostało przygotowane. Miałam już spakowany plecak i na tydzień przed wyjazdem, chłopak dał mi znać, że…nie może. Nie pamiętam, z jakiej przyczyny, w każdym razie – stchórzył on. I drugi raz Norwegia nie doszła do skutku.

Mówią, że do trzech razy sztuka. Kto śledzi nas na FB wie, że w ostatnim czasie dwie z moich naprędce przygotowanych wypraw nie doszły do skutku. Najpierw Mołdawia nie wypaliła, bo życie mnie przygniotło, a później Ukrainę musiałam przełożyć, bo mój pęcherz odmówił posłuszeństwa.

Siedziałam w domu na tydzień przed moimi urodzinami i nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Bliscy namawiali „zrób coś, co kochasz, zrób coś dla siebie”. Niewiele myśląc, w ciągu kwadransa kupiłam lot do…Norwegii. Nie mówiąc nic nikomu – pojechałam, a raczej poleciałam.

Plan był taki, by pobyć ze sobą, wrócić do swojej pasji, posłuchać tego, co siedziało we mnie najgłębiej. Miało być autostopowanie i spanie w namiocie. Pogoda zapowiadała się arcycudna: 25st.C i słońce (Zosia logistyk nie ogarnęła, że to prognoza dla Oslo…na południu kraju).

Życie, jak to życie, zweryfikowało jednak moje plany. Gdy wylądowałam w Oslo, słońce nadal pięknie świeciło, ale wiał niemiły wiatr, a samo lotnisko okazało się być…100 km na południe od stolicy.

Na pierwszą osobę, która zatrzymała się, by mnie podwieźć, nie musiałam długo czekać, dziesięć minut może. To Seba, Polak, który wybył do Norwegii pięć lat temu i został. Głównie dla pieniędzy, bo, cytuję „tutaj nie da się żyć, policyjny kraj, drogo, a każdy sąsiad na sąsiada patrzy wilkiem; co drugi zaś to pijaczyna”. Nie wiem, nie wypowiem się, nie mieszkałam. Myślę jednak, że to zbyt surowa ocena.
Seba opowiedział co nieco o mieszkaniu tutaj, o zarobkach, ale – co najważniejsze – pokazał miejsca, w które warto mi będzie się wybrać (co było dość istotne, zważywszy na fakt, że niewiele czytałam przed wyjazdem i nawet mapy nie miałam – taki oto spontan).

Wiedziałam już, którędy będę śmigać: z Oslo do Gol i w piękne góry, a później już na północ – przez Laerdal i fiordy, omijając Park Narodowy Jostedalsbreen aż do Alesund, skąd po niecałym tygodniu miałam wylot. Nie chciałam jechać wybrzeżem – by uniknąć ludzi, a gdybym odbiła bardziej na północ, przez Park Narodowy Rondane, miała bym non-stop główną drogę…a ja chciałam opłotkami.

Kolejne kilometry pokonałam z Pawłem – polskim kierowcą ciężarówki, który w Norwegii był po raz drugi i nie do końca wiedział, gdzie jedzie. I znowu było rozmowy o podróżach (w swojej karierze drivera najczęściej śmigał po Rosji i Białorusi, unika zachodu, było więc o mentalności naszych sąsiadów i o Syberii zimą), o Norwegach zakochanych w kulturze amerykańskiej (czy wiedzieliście, że przed latami 70. Norwegia była naprawdę ubogim krajem i wielu mieszkańców wyjeżdżało do Ameryki za chlebem?; stąd u nich umiłowanie amerykańskiego stylu życia, perfekcyjny angielski i domki budowane na modłę amerykańskiej prowincji).

Byliśmy już 200 km za Oslo, na drogach coraz mniej aut, w okolicy – coraz mniej domów. A domy są tam piękne – wszystkie drewniane, niektóre z okiennicami, inne z ozdobnymi gankami. Duże, wielkie i malutkie – w różnych kolorach: od najsłynniejszej czerwieni po biel, granat i czerń. Przed prawie każdym stoi nowiutkie i czyściutkie auto, głównie BMV i volvo. Widać, że biedę Norwegia ma dawno za sobą.
Za oknem: ogromne przestrzenie, zieleń i woda. Zero ludzi. Główna droga, a jednak jednopasmówka, aut tyle co kot napłakał.
Rozstaliśmy się przy zjeździe na Bergen i po paru ładnych (naprawdę ładnych) minutach zabrał mnie Norweg, który miał swoją farmę i robił miód, hodował owce i żył w zgodzie z naturą. Po świetnym życiu w Oslo zdecydował się na wieś z dwóch powodów: dziecko w drodze i prawo norweskie, które mówi, że aby majątek przypadł komuś w spadku, ta osoba musi się tam wprowadzić i zostać pięć lat.

Podwiózł mnie do Gravset – kurortu narciarskiego zimą, a latem – miejsca spacerowo-kempingowego. Małą dróżkę przecinają jeziora, co paręset metrów widać domek letniskowy. Zostawił dziesięć kilometrów od głównej drogi i pojechał dalej.

A ja…było południe, nie miałam mapy, planu, ani jakichkolwiek chęci. Poszłam na spacer i słuchałam dzwonków na owczych szyjach. Wokół nikogo, gdzieś hen hen daleko wodospad i droga donikąd. Usiadałam na pomoście i starałam się po prostu być, choć już wiedziałam, że ten wyjazd okaże się o sto osiemdziesiąt stopni różny od tego, jaki sobie wyobrażałam. W kościach (przemarzniętych do szpiku, bo na dworze na dobre ruzhulał się wiatr, a powietrze miało jakieś 8 stopni) czułam, że spędzę ten tydzień z kimś i że tego właśnie potrzebuję – czasu z dala od swoich problemów, by móc sobie wiele pod czaszką poukładać, ale z drugą osobą: do pogadania, zainspirowania i pobycia.

z dziennika: „Ale jest stres: bo samotno i bo zimno, i obco. Samotne podróże, gdy masz czternaście godzin do spożytkowania saute (bez pracy, internetu, codziennych zajęć) potrafią być bardzo przygnębiające. Gdy nie masz z kim dzielić swojego zachwytu nad światem i z kim spędzić wolny czas, mimo że bardzo lubisz swoje własne towarzystwo. (czy ja się starzeję, czy jest się czego bać?). Godziny wloką się i wloką, a nie będę pokonywać przecież 1000 km dziennie. A co innego mogę robić (no…łazić, myśleć, fotografować, ale to…chyba inaczej działa)? Chyba jednak od stopa solo lepszy jest stop z kimś, albo własne auto. Ludzie mówią, że podróże są ucieczką. Czy jeśli źle/nie do końca dobrze znoszę podróż, to znak, że nie mam od czego uciekać?”

Noc była długa i biała. Lało jak z cebra i niestety namiot nie przetrwał próby: miałam mokry śpiwór, połowę ciuchów, karimatę, a na dnie – pięciocentymetrową kałużę. Cud, że nie zmokłam ja i sprzęt foto. W nocy przez CouchSurfing znalazłam dwie dziewczyny, u których spędziłam resztę pobytu. Jedną w Hemsedal, drugą w Alesund.

To była fantastyczna decyzja, by spędzić ten czas z kimś. Potrzebowałam odreagowania i nowości, oderwania się od szarej rzeczywistości i zanurzenia w coś nowego. Rozmów, spotkań, śmiechu, spacerów.
Dziwno mi było z tym, że poniekąd wymiękam: bo przecież jestem zaprawiona w samiości i po to tam pojechałam. Jednak ostatni rok nauczył mnie nie-iścia w zaparte i nie robienia czegoś na siłę. Zrozumiałam, że jeśli czegoś nie czuję, a wiem, że potrzebuję innej rzeczy, nie upieram się przy niezmienianiu tego „bo rok temu zadeklarowałam to i to” i po prostu robię to, co podpowie mi serce. A serce podpowiadało: idź do ludzi. I poszłam.

 

W Norwegii bardzo dużo się wydarzyło. To była jedna z najważniejszych podróży, które odbyłam do…wewnątrz. W tym tygodniu opiszę Wam wrażenia, widoki, ludzi…i to, co zmieniło się we mnie.

Dziękuję, że jesteście,

Z.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s