Mieszkanko. Dzierżoniów. Góry Sowie. I zdjęcia.

Parę lat temu namiętnie karmiłam się obrazkami wszelkiej maści i rodzaju. Tworzyłam katalogi. Ślub. Dom. Facet. Dziewczyna. Podróże. Tatuaże. Moda.

Pamiętam pierwszy raz, gdy Mama powiedziała mi wyglądasz jak te laski ze zdjęć. Ależ się wówczas ucieszyłam, byłam z siebie poniekąd dumna – w końcu udało mi się doścignąć „ideał”. W kolorowych sukienkach, z tatuażami, kiedyś z uśmiechem na siłę, dziś – na poważnie. Sama bym się za sobą obejrzała na ulicy.

Później przyszedł czas na podróże. Gdy siedziałam w moim malutkim namiociku, z nogami wyciągniętymi przed siebie i oglądałam setny wschód słońca widziany w czasie wojaży, pijąc herbatę z blaszanego kubka z pluszową oślicą Penelopą pod pachą, słyszałam głosik w głowie to dzieje się naprawdę, nieśmiałymi krokami coraz prężniej sięgasz marzeń. 

Minęło trochę czasu i w najmniej spodziewanym momencie pojawił się Mąż. Jak z obrazka (i to dosłownie). Z nieba sobie spadliśmy. Patrzę na niego i niekiedy nie dowierzam.

Stosunkowo niedawno zrozumiałam, że zupełnie nieświadomie wizualizowałam sobie swoje życie. Tymi obrazkami tworzyłam mapę marzeń i dążeń. Zasiewałam w głowie obrazy i wyobrażenia, a one stopniowo do mnie przychodziły. Dopiero ubiegłej zimy przeczytałam o wizualizacji, a wyszło na to, że posługiwałam się nią dużo wcześniej!

 

Dwa tygodnie temu w ciągu dwóch godzin podjęliśmy decyzję o przeprowadzce w miejsce, o którym nie wiedzieliśmy nawet, gdzie leży na mapie. Region, w którym oboje nigdy nie byliśmy. Mieszkanko z oferty było ładne, okolica (na zdjęciach u wujka Google) – także.

Padło na Dzierżoniów. Rzut żabą do Wrocławia, Wałbrzycha i Kłodzka. Dziesięć minut w Góry Sowie.

W miasteczku, zamieszkałym przez trzydzieści tysięcy osób, co rusz widać plakat Dzierżoniów nastraja pozytywnie. Co idę na spacer po okolicy, napotykam uśmiechy i sympatię. W sklepie z narzędziami, wywiązuje się sympatyczna dyskusja na temat młotka, który mam w koszyku. W drogerii pani zagaduje o moje tatuaże. Na ulicy puszcza do mnie oczko elegancki starszy pan.

Błąkam się po wąskich uliczkach wśród secesyjnych kamienic. Sporo z nich nie było remontowanych, z elewacji płatami schodzi farba, w oknach kołyszą się przykurzone firanki. Podłogę korytarzy pokrywają barwne kafle, na ścianach widać mozaiki. Do mieszkań prowadzą rzeźbione drzwi, a gdy wspinam się po schodach na poddasze, widzę płaskorzeźby, wygięte poręcze… Scena jak z najlepszego filmu. W każdej z klatek schodowych czuć ducha przeszłości, widzę dzieci wybiegające z radosnym okrzykiem na ulicę. W szczycie dachu na świat wychodzi okno, widać w nim niebieskie niebo, kontrastujące z mlecznym światłem kołyszącej się pod sufitem żarówki.

Jedna kamienica ma gliniane schody, od spodu wydaje się, jakby były z lepianki. Jej ściany są żółte. Do innej prowadzą białe wąskie drzwi z drewniany progiem, który z biegiem czasu wygiął się pod ciężarem setek stóp.
Obok stoi rozwalający się budynek, nie ma juz dachu i części drugiego piętra. Na pierwszym piętrze widać drzwi prowadzące do innego świata, niegdyś były niebieskie. Zza tychże drzwi wykukuje zielona korona drzewa. Pewne lata temu wiatr przyniósł małe ziarenko, zasadził je w szparze między deskami, a ono – pełne woli przetrwania – stworzyło się na wzór wielkich przodków.

Biegam po miasteczku w koszulce z krótkim rękawkiem, na dworze jest ponad dwadzieścia stopni. Liście przybrały kolor złotej polskiej jesieni. Są jasnożółte, pomarańczowe, brązowo-zielone, czerwone…

Wracam do mieszkanka. Mamy do dyspozycji zaaranżowany strych z antresolą. Wyglądam przez okno. Widzę stare dachy, parę ceglanych wieżyczek, kolorowe korony drzew. Ponad nimi, w oddali, pysznią się sylwetki gór. W ogrodzie obok, ogrodzonym małym drewnianym płotem, widać jeszcze warzywa i ostatnie jesienne kwiaty.

Rozglądam się po domu. Białe ściany. Skosy. Drewniane bele podtrzymujące strop. Kolorowe chusty, poduchy, obrazy. Na brzozowym regale książki i biżuteria. Antresola, wykuszowe okno, jasna podłoga. Dużo światła, mnóstwo mojego świata. Kwiaty w wazonie, dywan przywieziony z Fuerteventura, lampa i talerze na ścianie z targu staroci.  Wiklinowy fotel bujany. Miłość w powietrzu.

Patrzę i uśmiecham się do siebie. To jest mieszkanie, o którym tyle myślałam i które widziałam oczami wyobraźni (i na obrazkach) To wszystko – każdy jeden element – tworzy całość, która rozkwitała w mojej głowie od lat.

Zostajemy tu do lata.

Jestem absolutnie zakochana w tym mieszkanku, w tym mieście i w okolicy.

Bo i okolica jest cudna. Wzgórza porośnięte drzewami, leniwe słońce sunie po horyzoncie. Usychają pola niezebranej kukurydzy, szosa wije się wśród bukowych lasów. Daleko – góry, blisko – polska dobra wieś.

 

Dobrze mi.

Z.

 

Migawki z miasteczka

 

 

Pierwsze wędrowanie w Górach Sowich

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s