Nie pragnę rewolucji. Chcę serca i szczęścia. O tym, co mnie boli, gdy patrzę na ludzi u progu dorosłego życia.

Przyszedł październik, zjesienniał świat. Liście przybrały barwę pomarańczy, słońce wcześniej udaje się na spoczynek. W parku na głowy spadają kasztany.
A studenci spieszą na wykłady. Klną pod nosem, gdy zajęcia jednak są odwołane, a nikt nie wpadł na pomysł, by ich o tym poinformować. Pierwszoroczni nie wiedzą, czy dobrze wybrali, w zasadzie to sporo z nich nie wie, co naprawdę chciałoby w życiu robić.

Jeden dzień. Parę dni temu. W życiu wygrywam autentycznością. Stawiam na szczerość i serce i dzięki temu co jakiś czas przychodzą do mnie bliscy i dalecy znajomi, by pogadać szczerze o tym, co w duszy gra.

Przyjaciółka płacze w słuchawkę. Mówi, że nie chce studiować, pragnie rozwijać się w innym kierunku. Boi się opinii rodziny, nie chce zawieść rodziców. Mota się w drodze między sercem a rozumem. Rzucać nie rzucać? Chciałaby i się lęka. Decyduje, że pójdzie w stronę dorosłego życia, po chwili dzwoni znowu i mówi, że zostaje na uczelni. Pół godziny później kolejny telefon i bunt w głosie: „rzucam, jestem dorosła i wiem, czego chcę!”. Ostatecznie zostaje na „okres próbny”, by zobaczyć, jak będzie i podszkolić swoje umiejętności.
Boli mnie, gdy mówi, że powinna studiować, bo jest coś winna rodzicom. Boli mnie brak wsparcia ze strony jej rodziny, która nie rozumie potrzeby wrażliwego serca. Boli mnie wymaganie społeczeństwa, które ocenia na podstawie wykształcenia, a nie tego, co człowiek ma w głowie i w doświadczeniu.

Tego samego wieczoru pisze do mnie dawno niewidziany znajomy, z którym lata temu urwał się kontakt. Po krótkiej wymianie uprzejmości, taki oto dialog:
– Jestem szczęśliwa. A Ty?
– Jeśli jesteś szczęśliwa, to najważniejsze. Ja nie mogę tak o sobie powiedzieć, chciałbym wyjechać daleko stąd. Udaję kogoś, kim nie jestem. Śmiesznego studenta inżynierki. Na kierunku, który rzekomo ma być przyszłościowy, a który w ogóle mnie nie pasjonuje.
– A kim chciałbyś być, a nie udawać?
– Magikiem. Jestem w tym dobry.
– Fenomenalna sprawa!
Na tym nasza rozmowa się skończyła. Pewnie kiedyś jeszcze się spotkamy. On z tytułem inżyniera i smutkiem w oczach, ja bez wykształcenia średniego i z błyskiem w ślepiach.

Boli mnie to, że młodzi ludzie boją się swoich marzeń. Że nie umieją po nie sięgnąć, nie wiedzą, że to jest możliwe. Nie doceniają samych siebie. Nie wierzą, że można osiągnąć wiele, podążając za sercem. Wolą iść na politechnikę, a nie bawić się w magię – mimo że sztukę iluzji opanowali do perfekcji. Boli mnie brak umiejętności dostrzeżenia morza perspektyw. Sięgnięcia poza utarte schematy, wyjścia ze strefy komfortu. Boli mnie społeczeństwo, które wbija do głowy, że trzeba mieć papier, dom i rodzinę, a marzenia zostawić w przedszkolu, bo nie da się z ich wyżyć.

I boli mnie, gdy myślę o innej, bardzo mi bliskiej, duszyczce. Wrażliwcu cholernym, który poszedł na studia wybrane przez rodziców, „bo przecież to będzie przyszłościowe”. Przez rok się męczyła, uciekała w swoje pasje, by po tym czasie wziąć byka za rogi i ciągnąc dwa fakultety. Pamiętam jej załamanie, gdy szła na pierwszy wykład z niechcianego kierunku. I płacz, i zgrzytanie zębów…

I jeszcze jedną wiadomość dostaję, tego samego dnia (tak, to był dzień pochylonej nad życiem głowy ze łzami w oczach). „Co słychać, Zosieńko? (…) miałam ostatnio czas zwątpienia, zastanawiałam się, czy z tym liceum to była dobra decyzja i czy nie będę żałować (…)”. Podobnie jak ja, zrezygnowała ze szkoły, pragnąc podążać za marzeniami. Blisko rok po mnie.

Ja też pamiętam swoje momenty zwątpienia i niepewności. Czas, gdy czułam się niepełnowartościowa i miałam kłopoty z określeniem samej siebie. Bez wykształcenia, bez papieru, co ja osiągnę?

 

Podejmuję w życiu nieracjonalne decyzje. Wiecie, rzucam szkołę przed maturą, by wyjechać do Anglii, tam żyję, zwiedzam, kocham, pracuję. Jadę na rejs po Atlantyku i jednak nie wracam do UK, a zostaję na wiosnę na Gran Canarii. Wracam do Polski i rozwijam projekt KOCHAJ.SIĘ. Jesienią jadę na kontrakt do pracy jak au-pair na wyspę Reunion, ale nie mogę się odnaleźć  czuję, że opadają moje różowe skrzydła. Więc wracam, po miesiącu. Osiadam na jesień w Górach Sowich i zakochuję się w Polsce. I nadal nie mam wykształcenia średniego, i nie studiuję.
I nie podejmuję racjonalnych decyzji. I nie mam stałej pracy. Utrzymuję się z pasji, kocham to, co robię. Nie trzeba mi wiele, nie opływam w luksusach. Mam wszystko to, czego potrzebuję i nie otaczam się bezsensami. Wykluczam ze swojego życia to, co powinnam i robię tylko to, co czuję. I bywa trudno. Zdarzają się chwile, gdy sama nie wierzę w to, co piszę.

Ale później podchodzi do mnie taki Adam i mówi, że inspiruję. I dostaję maile od osób starszych ode mnie, dla których moje przygody i blog są barwym oderwaniem od szarej rzeczywistości. I słyszę od moich rodziców, i od przyjaciół, i nierodziny, że są ze mnie dumni i mówią to z uśmiechem na twarzy i miłością w oczach.

I wówczas wiem, że robię dobrze. Życie marzeniami i na nieco wariackich papierach jest możliwe. Gdy tylko się tego mocno pragnie i wierzy w siebie, można wyrwać się ze szponów schematów, głowy i wymagań wszystkich mądrych naokoło. Można nie iść na studia i być mądrym. Można mieć dwadzieścia lat i żyć z pasji. Można mieć wokół siebie prawdziwych ludzi, za których co wieczór dziękuje się losowi.

 

Boli mnie, że tak mało osób odważa się na ostateczny krok w drodze do spełniania swoich założeń i planów. Piszę to ze łzami w oczach. Boli mnie, że moi rówieśnicy nie mają na siebie pomysłu, że słuchają innych, a nie swojego wnętrza. Boli mnie frustracja w oczach i zawód, który noszą w sobie ludzie w wieku moich rodziców i dziadków. Mieli wielkie ambicje i poddali się życiu, poddali się presji, która krzyczała „zejdź na ziemię”.. Boli mnie brak determinacji i lęk przed oceną. Boli mnie zacofane społeczeństwo, które kieruje się bezrefleksyjnymi wierzeniami w to, co dobre, a co złe. Boli mnie widok ludzi, którzy marnują najlepsze lata swojego życia, robiąc nic. A przecież można robić tak wiele.

To jest jeden z postów, którymi chciałabym otworzyć oczy i dać kopa w pupę każdemu, kto się waha. Nie pragnę rewolucji. Chcę serca i szczęścia. Dla tych, którzy nie wierzą, że można inaczej.

Bo można. Jestem tego najlepszym przykładem.

Z

2 Comments Add yours

  1. Ja pisze:

    „Pewnie kiedyś jeszcze się spotkamy. On z tytułem inżyniera i smutkiem w oczach, ja bez wykształcenia średniego i z błyskiem w ślepiach.” a ta pewność to skąd?

    Polubienie

    1. ZosiaLS pisze:

      Nie widzę tu pewności „pewności”. Za to byłam naocznym świadkiem tej rozmowy i czułam chłopaka i jego emocje tak, jakby stał pięćdziesiąt centymetrów od mojego serca.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s