Już nie sięgam po cukierki

Zaczyna się niewinnie, wieczorami do filmu.
Popołudniami po ciężkim dniu pracy.
Na luzie.
Ze znajomymi, z ciekawości i dla dodania sobie animuszu.
Dla relaksu. Na odpoczynek. Na uśmiech. Na rozluźnienie. Dla lepszego odbioru muzyki.
Ze strachu. Przez wątpliwości. Dla uczczenia. Ze śmiechu.
By zabić samotność. By odciąć się od innych. By zagłuszyć myśli.
W krew wchodzi nawyk.
Samokontrola robi sobie wolne. Samomiłość idzie na urlop. Radość dnia codziennego umiera.
Pojawia się niepokój. Zaczyna się strach.
Tonę. Tonę. Nie mogę zaczerpnąć powietrza, nie dotykam dna.
Rozpadam się na milion kawałeczków.
Nie umiem się już poskładać. Nie mogę przestać. Jestem w sieci, w kokonie (samo)kłamstw.
Chcę krzyczeć o pomoc, ale to mnie nie dotyczy jest silniejsze.
Walczę.
Znam je – jeden kusi i mówi chodź, drugi krzyczy z rozpaczą uciekaj!. Ten pierwszy wygrywa o wiele częściej.
Bo przecież mnie to nie dotyczy, kontroluję.

Narkotyki. Nikotyna. Alkohol. Jedzenie. Komputer. Sprzątanie. Pornografia. Internet. Sport. Cukier. Kawa. Drugi człowiek.

Uzależnienie.

Kto jest czysty, niech pierwszy rzuci kamień.

Ten pierwszy skrzat – diabelski – na lewym ramieniu wygrywa o wiele częściej, bo nie musi konkurować z prawdą. Jej już nie ma. Nie ma możliwości ściągnięcia klapek i przyznania się do problemu. Granica została przekroczona. Kto jest uzależniony, wmawia sobie (skutecznie zresztą), że nic mu nie jest. I innym także to wmawia. Ja wmawiałam sobie, że jest ok przez rok, reszcie świata przez kolejne dwa lata.

Jest niepewność, obawa, brak zaufania do siebie samego. A później pojawia się świadomość, która krzyczy: mam problem. Ale jestem zbyt słaba, by z nim walczyć. Podnoszę się po każdym upadku i spadam. Wstaję i lecę. W przepaść. I tak non-stop.

Za rogiem przyznaję otwarcie przed sobą: nie jest dobrze, jest źle. Muszę zacząć działać, by zwyciężyć. Życie zwyciężyć. Zwyciężyć marzenia, plany i miłość, ludzi i przyjaciół, ambicje i wolność. Wolność przede wszystkim.

Po chwili pokonuję kolejny krok. Mówię światu. Jestem uzależniona. Nie radzę sobie sama. Proszę o pomoc. I, jeśli mam szczęście, trafiam na ludzi, którzy rozumieją i pomogą. Tak naprawdę pomogą, a nie będą mówić i kluczyć jak dzieci we mgle. Jak ja sama.

Zaczyna się rollercoaster.

Są dni, gdy czuję się wspaniale, mogę góry przenosić, kocham siebie i świat. Wówczas czuję się niezwyciężona.

To usypia moją czujność. Sięgam po jeden kieliszek, jeden cukierek, jednego macha. Przecież jest dobrze – nic się nie stanie.

I dzieje się. I wpadam i lecę, lecę, lecę.

Jeśli jestem na tyle ogarnięta, krzyczę łap mnie! Jeśli nie – roztrzaskuję się o bruk. I dopiero wówczas wyciągam rękę po pomocną dłoń.

Najpierw się ganię, mówię o sobie brzydko. Jesteś słaba. Jesteś brzydka. Nie udało ci się. Przegrałaś. Jesteś nic nie warta.

A później uczę się dobra. Upadam i wstaję, powolutku otrzepując z kolan piach. Rosnę w sobie Przyjaciela, który jest ze mną w najgorszych chwilach. Wyciera łzy, przybiega z ramieniem, na którym można się wesprzeć.

To Przyjaciel, który mówi: Nie bój się, jestem obok. Nie rób tego, bo to nie jest dla Ciebie dobre. Pamiętaj o przeszłości, nie zapominaj o swojej przyszłości. Nie uczy walki, uczy zrozumienia. Siebie zrozumienia.

Wspólnie uczymy się pokory. I już nie sięgam po jednego cukierka z myślą: przecież jest dobrze, poradzę sobie. Wiem już, że gdy po niego sięgnę, przez moment będzie mi wspaniale, ale po chwili nadejdą złe myśli, wyrzuty, smutek i więcej cukierków. Gdy po niego nie sięgnę, to pozbawię się chwilowej rozkoszy podniebienia, ale ponad wszystko – pozbawię się też dni w nawrocie, nienawiści do siebie, złości i przeraźliwego smutku rozdzierającego serce.

Nie, już nie sięgam po cukierki.

A jeśli jeszcze kiedyś zdarzy mi się po niego sięgnąć – tego jednego cukierka – a następnie po jeszcze dwadzieścia, aż do otumanionej nieprzytomności, to mam Przyjaciela. I on mówi mi: chodź, wstań, będzie dobrze. Jestem tylko człowiekiem, mogę upaść, by wstać. Nie idę w nawrót. Głaszczę się po głowie, przytulam do piersi i wyciągam wnioski.

Dotknęłam dna. To dobrze. Mogłam się od niego odbić. Nad przepaścią zawiesiłam most. Najpierw był to most–nić. Później most–lina. Dziś stoję na moście-drewnie. Czekam na most–beton. Ale już wiem, że to nie nastąpi jutro, pewnie jeszcze nie raz będę musiała kurczowo trzymać się barierek. Nie ufam sobie, to dobrze. Nie mam w sobie pychy. Boję się. Lecz to strach-obrońca.

Uzależniony nigdy nie będzie zdrowy. Zawsze będzie musiał się bać. Ale w tym strachu będzie siła.

A on stanie się wolny.

Z.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s