Jesienny galop w mojej głowie

Z głośników leci Otis Redding, dom jest opustoszały, wszyscy domownicy wybyli do życia. Życia, którego – jako ja – nie do końca rozumiem. Życia, o którym będę pisać i które skonfrontuję z zosiową filozofią. Życia, którego tak do końca to nie ma, bo jest niczym Little Boxes ustawione na wzgórzu przez Malvinę Reynolds. Życia, do którego bardzo mi daleko i którego zawsze bardzo chciałam uniknąć, teraz jednak wskoczyłam na głęboką wodę i trafiłam w samo centrum nie-bycia-sobą, ucieczki w powierzchowne przyjemności i w…tak zwane życie na poziomie. Wyzwaniem będzie pozostanie sobą przy jednoczesnej konieczności zaakceptowaniu pewnych warunków, lecz wiem, że jest to bardzo potrzebna mi lekcja.

Dzisiaj chcę jedynie polizać pewne tematy, otwierając tym samym rozdział pt. „zapiski wyspiarskie”. A może „wyspowe”… w każdym razie przemyśleniowo-francusko-zdjęciowo-szczere.

 

Jesień, jesienno, jesieniście

Kocham jesień. Pomarańczowe, czerwone, brązowe liście. Chodniki zasłane barwnymi dywanami letnich snów, parasole porywane przez wiatr w stronę gorącej Afryki. Rozmowy przez telefon przy akompaniamencie kropel szarego deszczu uderzającego o szybę. Ciepła herbata w dużym glinianym kubku z trąbą słonia, która sama w sobie zasługuje na oddzielny poemat. Grube swetry, najlepiej różowe, z dużym golfem i długimi rękawami. Zakolanówki z prawdziwej wełny noszone do letnich sukienek, w kołnierzykach których słyszeć szum morskich fal. Niepościelone łóżko, na którym piętrzą się poduszki, koce i puchowa pościel, jeden wielki barłóg. Jesień to szare, pochmurne i dorosłe dni, które we wczesnej nocy szukają ucieczki od rzeczywistości. Jesień to czas na długą miłość i krótki smutek. Melancholię, łzy na rzęsach i czekoladę na brodzie. Jesień to esencja długotrwałości, samoskupienia i fali spokoju zagarniającej każdy skrawek ciała. Kocham jesień.

 

Spokój, spokojnie, uspokojenie

Uczę się spokoju. Jest to dla mnie słowo skrajne abstrakcyjnie, mniej więcej tak jak określenia: pociągający Azjata czy smaczne awokado. Spokój to dla mnie obelga, kłamstwo, marnotrawstwo, nuda, strata, tchórzostwo. Odwracam wektor i powtarzam sobie, jak Maciejewski swojej krowie na rowie – swoją drogą bardzo cierpliwy mężczyzna – że spokój to ukojenie, miłość, potrzeba życia, bezpieczeństwo. Staram się zrozumieć, że zwolnienie nie jest synonimem porażki. Dzień bez osiągania szczytów jest sukcesem, jeśli tylko przeżyję go dobrze. Nie muszę w każdej minucie żyć intensywnie, wystarczy, że w każdej minucie będę po prostu pogodzona ze sobą. Rok w jednym miejscu to nie więzienie, a tylko przystanek i jeden krok w tył, by po roku móc zrobić siedem kroków wprzód. Przyjemnością może być życie wśród ludzi, którzy obdarzyli zaufaniem i nie muszę pędzić, by zintensyfikować doznania. Seks przecież też lubię namiętny, a nie chamski. W mojej głowie coraz wygodniej mości się myśl, by życie także pokochać namiętnie i spokojnie, a nie umawiać się z nim na szybki numerek.

Żyłam z przekonaniem, że prawdziwie żyje tylko ten, kto jest w ruchu i że rok na wyspie, w spokojnej, „normalnej” rodzinie będzie dla mnie zabójstwem. I przekonanie, by z życia i świata czerpać całymi garściami i robić absolutnie wszystko, co jest nam oferowane, nadal pozostaje moim motto i zamierzam w życiu żyć, a nie wegetować. Jednak – co jest dla mnie ogromnym, przełomowym wręcz odkryciem, nie muszę za każdym rogiem odkrywać „wow”. Mogę wypracować sobie przez ten rok pewne nawyki, wpaść w rytm, zasmakować codzienności w jednym miejscu i czasie. Żyć z dnia na dzień, nie odkrywając co miesiąc nowej Ameryki. Wstać rano, iść pobiegać, spędzić przedpołudnie na ogarnianiu swoich spraw, a później być z dzieckiem. I robić to na sto procent. Codziennie. Wiem, że wielu z Was może tego nie zrozumieć, ale dla mnie…codzienne życie jest totalnym abstraktem. Takie wiecie – sen, praca, rodzina… Nie. To znaczy tak – na ten rok, by nauczyć się siebie, ludzi i świata. Ale przecież po spokojnym roku kupujemy campera i…będzie po systemie 8/8/8. A widzicie? Nadal nie przerobiłam polubienia się z tym spokojem. Bo wiem, że dla osoby z takimi ambicjami, perspektywami i planami na przyszłość codzienne życie będzie…zgoła mało satysfakcjonujące.

Czy to jest jeden z najbardziej zagmatwanych akapitów, które kiedykolwiek wyszły spod mojej ręki czy tylko mi się wydaje? Jeśli tak, to macie czarno na białym, jaki galop panuje w mojej głowie.

 

Ekstra, intro…no zmień to!

Nie lubię imprez. Nie lubię spędów. W zasadzie mogłabym postawić tu kropkę, ale tego nie zrobię.
Cenię w sobie swoją samotniczą duszę, która najlepiej czuje się solo lub z ludźmi, którzy są najbliżej i nikogo nie udają. Cenię sobie ludzi, którzy mają w sobie odwagę i siłę, by nie musieć grać i kreować się na kogoś, kim nie są. Cenię sobie naturalność, luz i autentyczność. I wiem, że cenię to, co ma w sobie bardzo niewielu ludzi. Bo większość goni, gna i gra.
Liczą się opinie, wygląd jest ważny i to, by się pokazać. By inni zobaczyli, co mam, ile mam i dlaczego. Nie ma głębokich rozmów, zrozumienia i przyjaźni.

To znaczy – one są, ale nie w ichnim świecie. W moim świecie jest miejsce na miłość, taką prawdziwą i na przyjaźń miejsce jest, oddaną bardzo. I co z tego, że mój najbliższy świat składa się z…siedmiu osób? Czy to źle? Nie. Nie mam parcia na ilość, bo ja wolę jakość. Jakość na milion procent, jakość na zabój i nad życie.

Rozmowa sprzed wczoraj:

– Bo ja źle czuję się w tłumie, nie lubię za bardzo dużych przyjęć (i weź to człowieku powiedz po francusku, by jasno zakomunikować swój paniczny strach przed tłumem. Czas na dygresję. Panikuję w towarzystwie, które dobrze się zna. Gdy to ja jestem osobą, która dochodzi z zewnątrz, czuję się bardzo nieswojo. Nie chodzi o opinie, spojrzenia czy wymagania, bowiem ich opinie to ich problem. Chodzi o…nieradzenie sobie wśród obcych. Co jest dość dużym paradoksem, jako że lubię imprezy (sic!). Lecz to muszą być imprezy w kameralnym „swoim” gronie. I ludzi też lubię – ale pojedynczo, gdy jest czas, by skupić się na sobie, poznać i otworzyć. Bardzo lubię ludzi, to dla mnie największa inspiracja. Ale nie w tłumie. Koniec dygresji).
– Nie przejmuj się, dzięki takim wieczorom będziesz mogła przemienić swój introwertyzm w ekstrawertyzm.

Miałam ochotę krzyczeć. Bo ja nie czuję się ani intro- ani ekstrawertykiem. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że miałabym coś w sobie zmienić „dzięki temu wieczorowi”. Haczyk tkwi w tym, że ja nie chcę niczego zmieniać. Dobrze mi z moim podejściem do życia i ludzi – nie zamierzam go modyfikować na potrzeby większości.

 

Pokaz, pokazówki, brak mi słów

Mam uczulenie na ściemę. I na sztuczność mam uczulenie. Na pokazówki i na wystawność. Na hipokryzję i się-pokazanie. Na image i na pod-publikę.

Lubię robić to, na co mam ochotę i co czuję. Czuję, że nie chcę makijażu i że chcę tatuaże. Czuję, że nie czuję wstydu za lekki nieporządek. Mam ochotę nie nosić stanika i kląć, to klnę. Mam ochotę malnąć oko i włosy spiąć w kok, to maluję i spinam. Ale wówczas nie robię tego, bo tak wypada i co ludzie pomyślą, ale dla siebie. Co po niektóre panie twierdzą, że kobiety dbają o siebie dla mężczyzn. Bzdura – ja o siebie dbam dla siebie. A jak mi się nie chce, to o siebie nie dbam (ale przeważnie to o siebie dbam, bo mi źle z niedbaniem). Dla czystej głowy dbam o czyste biurko i łóżko nie w nieładzie. A jak urządzam imprezę, to albo sprzątam albo nie i nie mam w głowie tego, że przecież liczy się to, by dobrze wypaść i wywołać wrażenie.

I jak słyszę, że dom trzeba posprzątać i nogi ogolić, bo „goście”, to mi włosy (nieogolone) dęba na rękach stają. Pewnie dlatego mam alergię na święta, gdy musiało być na błysk i na półsztuczno. I pewnie też dlatego, jak słyszę, że image jest ważny, to mam ochotę płakać, wyć i śmiać się głośno. Z żałości, bezsilności i współczucia. Mogę być ładna i mogę być niezrobiona. I mogę mieć dom na błysk i w syf i to nadal jest spoko, i fajne, i cool. Ja nie muszę robić niczego pod publiczkę i na pokaz, tylko po to, by inni zobaczyli, jak mi dobrze i jaka jestem zajebista. Bo ja jestem zajebista, gdy jestem sobą i gdy działam z serduchem.

I tak powitajmy jesień. I Reunion.

Kto jest ze mną?

I wiecie co, pogadałabym sobie z Wami – toteż grzecznie proszę o komentarze, wywołajmy dyskusję c’mon.

 

Ach, i zdjęcie nie jest moje. Bo u mnie +30 i słońce (przy równiku) od 6 do 18 na niebie.

 

Z.

 

One Comment Add yours

  1. mgrabas pisze:

    w Polsce jest dzisiaj deszczowo 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s