Paryż…i już

Paryż…nie powalił na kolana. Wcale tego nie oczekiwałam. To miasto, które zawsze chciałam zobaczyć, jednak nie wiązałam z nim żadnych pozytywnych czy negatywnych nadziei. Rankiem, kiedy przyjechałam, miałam w sobie ogromny niepokój, który jednak szybko minął, gdy tylko dojechałam do Place du Concorde. Piękna architektura, zabudowa i przestrzeń.

Dojechałam do Theo, hosta z CS, który dał mi nocleg i po krótkim odpoczynku poszliśmy obejrzeć Paryż mieszkańca, a nie turysty. Dziesiąta, jedenasta, dziewiętnasta dzielnica. Podobno te najgroźniejsze, czego zupełnie nie poczułam. Udało mi się utrafić w czas, w którym miasto pustoszeje – koniec sierpnia to czas urlopów i wakacji, a przy tym powoli znikają turyści. Chodziliśmy więc po spokojnych ulicach, wśród kolorowych witryn i platanów – Paryż uwiódł mnie tymi drzewami, które rosną tutaj na każdej ulicy! Uwiódł mnie także spokojem, który czuć w powietrzu – ludzie zdają się być wyciszeni i zrelaksowani. Bałam się tego, co przedstawiano mi w historiach o mieście: uchodźców, niebezpieczeństw, brudu i niepokoju. Nie byłam jeszcze w centrum, które jest teoretycznie najbezpieczniejsze, a nadal tego nie czuję. Nie czuję się zagrożona. To wielkie miasto, a w wielkich miastach zawsze panuje hałas, brud i nieciekawa atmosfera.
I chyba także przez to, że Paryż jest wielkim miastem, nie pokochałam go na zabój – molochy nie robią już na mnie wrażenia.

Tutaj widzę schludnie ubranych mieszkańców, imigrantów, którzy nie zaczepiają. Widzę porządek i wyluzowanie. Boję się mniej niż w Londynie. Nie ma tu takiego pędu, jaki tam wciąż mi towarzyszył, ludzie są milsi i zdają się być bardziej stonowani.

Jest Bastylia i targ, który odbywa się w parku niedaleko, a na który zjeżdżają rolnicy z pobliskich miejscowości, rękodzielnicy i handlarze. Jest skwer przy libańskiej knajpce, pośrodku którego stoi fontanna, gdzie studenci wygrzewają się na słońcu. Ogród Botaniczny, chińska dzielnica, La Villette nad kanałem, gdzie stworzono miejsca do gier, pływalnię i plac zabaw. W 2024 roku Paryż będzie gospodarzem Igrzysk Olimpijskich – do tego czasu władze chcą oczyścić Sekwanę na tyle, by można było w niej uprawiać wodne dyscypliny sportowe (wyobrażacie sobie – pływanie w Sekwanie w ramach Igrzysk?!).

Pytam Theo, dlaczego Francuzi nie mówią po angielsku. Podaje powody, które przemawiają do mnie bardziej niż standardowa „arogancja”. Mówi o wstydzie przed złą wymową i o braku praktykowania języka w czasie szkolnym. Pewnie – w niektórych nadal pozostała duma po dawnym imperium, lecz to są wyjątki. Młodzi ludzie chcą się asymilować, poznawać i wstyd im za swoich przodków, którzy kolonizowali świat – „to przecież nie najlepszy sposób na nawiązywanie kontaktów”. Mówi o zamknięciu mieszkańców wsi na obcych, co także nie wynika z nienawiści, a raczej ze strachu przed nieznanym. Theo jest grzeczny i ułożony. Spotykamy ludzi, którzy także nie wydają się być niemili czy zadufani w sobie. Paryżanie mają na buzi szeroki uśmiech. Może to chwilowa iluzja, jednak nie czuję się z nią źle.

Kocham ten kraj niewytłumaczalną miłością, podobnie jak i język, nie mam w planach negowania tego uczucia.

To będzie wpis, który opublikuję po wyjeździe z miasta. Dziś jest niedziela, ja patrzę na maliny na parapecie w mieszkaniu Theo i czuję jesień w powietrzu. Jesieni (i lasów) będzie mi najbardziej brakowało na wyspie.

Mieszkanie Theo jest bardzo małe, ale przytulne. Wszędzie wiszą plakaty filmowe i zdjęcia z jego podróży po Ameryce Południowej. Na parapecie rosną maliny, a na regale piętrzą się płyty CD. W kącie stoi na wpół rozebrany rower, a obok, w pudełku po ciastkach, znaleźć można każdą możliwą część zamienną. Koło biurka stoi gitara i perkusja w kawałkach. Theo to ciekawy człowiek, który pije naprzemiennie mleko sojowe z migdałowym i krowim, by urozmaicić sobie życie. I kupuje tylko bio warzywa, wspierając organiczne uprawy.

Niedzielny wieczór spędzam na Montmarte. Pierwsze turystyczne miejsce, które odwiedzam w mieście. Wąskie uliczki uginają się pod ciężarem małych, bogato oświetlonych kawiarenek i knajpek. Przy krawężnikach siedzą artyści, uwieczniający przechodniów i widoczki. Siadam na schodach przed bazyliką Sacre Coeur wraz z dziesiątkami  ludzi. Słońce chowa się za miastem za naszymi plecami, a ja oglądam panoramę Paryża. Czuję spokój, wreszcie czuję się radosna, mogę czerpać z podróży. Kocham odwiedzać nowe miejsca solo, jedynie z aparatem i słuchawkami. Tak, mimo lekkich wątpliwości, z czystym sumieniem stwierdzam, że droga to moje życie. A we Francji, gdy już po Reunion biegle opanuję język, zamieszkam na jakiś czas, by się w niej zatopić. Darzę ten kraj podskórnym uczuciem, miłością trudną do opisania słowami. Czuję, że w poprzednim wcieleniu byłam z nim, z tym krajem, mocno związana.

Poniedziałek to spacer po centrum: Sorbona (przez moment poczułam się mądra), Katedra Notre Dame (pierwszy i ostatni prawdziwy zawód…), Luwr (wspaniała architektura i…ogrom), Champs-Elysees (jaka przestrzeń!) i Wieża Eiffela (ależ ona naprawdę jest wielka!). Szczerze? Nie poczułam żadnego z tych miejsc. Paryż jest piękny ze względu na swą architekturę, złote jesienne liście, ładnych ludzi i czyste ulice. Jednak centrum nie jest dla mnie – zakochałam się w Montmarte, gdyż swoimi wąskimi ulicami przypominało mi śródziemnomorskie Włochy czy Chorwację. Jednak miasto samo w sobie…podobnie jak z Krakowem – nie rozumiem jego legendy. Nie zakochaliśmy się w sobie, to pewnie przez brak czasu – ja w przerwie podróży na Reunion, Paryż z tysiącami turystów na głowie… Musiałabym zagłębić się w jego zakamarki po swojemu: błądzić małymi uliczkami, znajdować piękne sklepiki i skwery. Jednak na dziś – nie kupił mnie.
Kolejny przystanek we Francji to małe miasteczka, wioseczki i natura.

 

I po Paryżu, jutro lecę na Maskareny. Południowa półkula, inne gwiazdy. Dobrze, że księżyc będzie ten sam. I słońce.

Z.

A tutaj jest mnie więcej i na bieżąco. A tu nieco prywaty (szczególnie story… kocham).

 

 

 

 

 

 

3 Comments Add yours

  1. Agnieszka pisze:

    Marzyłam zupełnie jak pewnie każdy po tych romantycznych filmach nagrywanych z Paryża aby kiedyś go odwiedzić.. teraz mieszkam w tym mieście i tak jak Ty zamiast pałać zachwytem tesknię do ojczystych widoków.
    Pozdrawiam;)

    Polubienie

  2. Piękne zdjęcia. Mam ochotę wybrać się do Paryża, mimo wszystko:)

    Polubienie

    1. ZosiaLS pisze:

      To pakuj się i leć, choćby na weekend!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s