Bieszczady off road

on

Są i Bieszczady. Wyczekane, wyśpiewane, wymarzone. Połoniny, góry, dzika przyroda, zwierzęta i kwiaty. Rwące strumienie, stare świerki, drewniane chałupki. Wszechobecna cisza i przenikający spokój.

Żałuję, że pierwszego dnia oglądamy to zza szyby samochodu. I zza kurtyny deszczu. Bieszczady witają nas srogą ulewą. Żółte kwiaty na łące kontrastują z granatowostalowym niebem. Woda leje się strumieniami, a wycieraczki nie umieją za nią nadążyć. Wyjeżdżamy z Sanoku i kilkanaście kilometrów dalej zatrzymujemy się na wzgórzu w szczerym polu, by wypić kawę. Kawa przemienia się w krótką drzemkę i wczesnym popołudniem ruszamy dalej. Droga wiedzie przez łąki i wioseczki. Jest niedziela. Ludzie, bogato ubrani, wychodzą z jeszcze bardziej zdobnych kościołów. Eleganckie buty, wyprasowane koszule i odświętne sukienki. Tutaj nikt nie chodzi na mszę w dżinsach.

Jedziemy dalej. Azymut-południe. Chcę nas dowieźć do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jednak zawodzę i nici z moich obliczeń. Szosa, która miała doprowadzić nas do celu nagle zamienia się w żwirową drogę, która zaczyna wić się w górę. Straciłam rachubę, nie wiem, gdzie jesteśmy. Co jakiś czas mijamy tabliczki z zakazem wjazdu, ale ja uparcie sunę dalej.

Raz wspinamy się pod górę, by po chwili sunąć z górki na pazurki. Czy wspomniałam już, że droga jest tutaj kamienisto-piaskowa? Biegi przełączam z jedynki na dwójkę. Myślę sobie, że konfiguracja auto-ta droga-ja nie jest najlepszym pomysłem, szczególnie, gdy przy ruszaniu spod kół tryska deszcz kamieni. Jednak żadne z naszej trójki nie zamierza się wyłamać.

Jesteśmy na drodze wewnętrznej nadleśnictwa Baligród, na nic nam jednak ta informacja, jako że tego maleńkiego odcinka nie ma na mapie. Nie wiemy, gdzie wyjedziemy, nie mamy zasięgu.

Wokoło jest zielono, rosną wielgachne świerki, które przywodzą mi na myśl stan Waszyngton w USA (ach, ta wyobraźnia filmowa). Kwitną rumianki i półtorametrowe osty. Z gór spływają rwące potoki, nad którymi zawieszone są drewniane mosty. Niektóre z nich zdają się pamiętać lepsze czasy i drżę za każdym razem, gdy koła naszego samochodu – nieterenowego rzecz jasna – ledwo co mieszczą się na szerokość. Wyjeżdżamy na moment na prosty odcinek drogi. I czuję się jak w filmie (czy chociażby na plakacie filmowym). Wąska droga ciągnie się w dal, po obu jej stronach piętrzą się pocięte bele. W miejscu, gdzie szlak się urywa, widać olbrzymią górę, gęsto porośniętą świerkami. Krótko po deszczu las paruje i nad lasem unoszą się białe obłoki. Wdzierają się w korony, lawirują między liśćmi, malując ulotne obrazki na zielonym tle. Patrzę jak urzeczona i szalenie żałuję, że nie mogę wyskoczyć z auta z super obiektywem, by móc pokazać Wam ten widok. Już niedługo, oby…

Po chwili pojawia się rozjazd, skręcam w prawo. Nie mija kilometr, a muszę ostro hamować. Część drogi szeroka na cztery metry jest pod wodą strumienia, który po deszczach przybrał formę niemałej rzeki. Muszę cofać i jechać dalej. Z trzech odgałęzień drogi zostaje mi tylko jedno: z jednej strony przyjechałyśmy, druga jest zalana, toteż wybieramy trzecią. I jedziemy kolejną godzinę donikąd. Na poboczu stoi drewniany szałas, nieco dalej stara stodoła. Jakby ktoś wstał z łózka, wyszedł i już nie wrócił. Mijamy opuszczony PGR. Zarastają go kolorowe kwiaty i wysoka trawa.

Nie wiem, ile trwa nasza wyprawa, ale na zegarze jest siedemnasta, gdy pojawia się schronisko, obok niego jacyś ludzie, a zaraz potem na horyzoncie wyłania się wioseczka. Sklep, w którym kupuję baniak wody i sok pomidorowy.

Jesteśmy pod Cisną, wjeżdżam w las, parkuję pod sosami. Tutaj zostajemy na noc.

Jest dobrze. Dzień dobry, Bieszczady.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s