Florian się mylił

on

Miała nie więcej niż siedemnaście lat, gdy dotarła do niej ta prosta, znana od lat kobietom na całym świecie, prawda. Pociągając za odpowiednią dźwignię, można owinąć sobie wokół palca każdego faceta. Nie ma znaczenia to, czy delikwent będzie miał osiemnaście czy osiemdziesiąt lat – tu nie ma wyjątków. Podobnie jak ze świeczkami – jakkolwiek różny miałyby kształt i odmienny kolor – knot pozostanie knotem i zacznie palić się żywym ogniem za każdym razem, gdy muśnie go zapałka.

Wanda spoglądała na swoje odbicie ze zdziwieniem – przecież całkiem niedawno wszystko wyglądało inaczej.

I nawet nie miała tutaj na myśli pory roku. Życie jak to życie – toczy się swoim torem, niezależnie od aury za oknem. Życia nie obchodzi to, czy Twoja wiśnia w ogrodzie ma już zielone listki czy może właśnie zakwitła, albo straciła całą swą królewską szatę na zimę. Życie ma z góry narzucone toczenie się. Toczy się po bruku zwilgoconym listopadowym deszczem i po leśnych ścieżkach skąpanych w majowym słońcu się toczy. I po szerokich ulicach bezosobowych miast i po małych wsiach pełnych wścibskich sąsiadów się toczy. Życie nie zadaje pytań, nie czeka na odpowiedzi. Życie ma za zadanie przeprowadzić nas przez życie. Co więc na myśli miała Wanda?

Uśmiechnęła się tajemniczo i mocno zacisnęła sznurowadła swoich wysokich butów. „Czas wyprowadzić się na spacer” pomyślała i chwyciła za klamkę.

Dom to jednak mało adekwatne słowo. W domu mieszkają grzeczne panienki i stare matrony, domy stoją na uboczu i przygód w nich tyle, ile deszczu na pustyni w czasie suszy.
Wanda mieszkała w jednopokojowym mieszkaniu na poddaszu. Przerobione z dawnego magazynu na książki, składało się z tylko jednego pomieszczenia i nie miało żadnej ściany działowej. Pod dziewięcioma małymi oknami, ułożonymi w kwadrat stał stary miedziany zlew, obok niego mała lodówka i gazowy piecyk. Blatu nie było, zamiast tego kawałek dalej podłogę we władanie przejął okrągły drewniany stolik i trzy krzesła nie od kompletu. Wszystko to wygrzebane na pchlim targu gdzieś pod Berlinem. Nad stolikiem zawieszone niedbale bujały się lampki. Takie duże, okrągłe – u hipsterów kiedyś królowały na chilloutowych wypadach vanem za miasto.

Ściany mieszkania były białe, a podłoga drewniana. Z desek jednak wyłaziły drzazgi, a farba w pewnych miejscach nieco zżółkła. Wanda miała na głowie rzeczy dużo ciekawsze niż remonty.

Przeciwległy koniec pomieszczenia zajmowało wielkie łóżko z rozbebeszoną pościelą, wielkimi poduchami, które tylko ładnie wyglądały, bo piekielnie niewygodnie się na nich spało. Obok łoża – wanna na lwich nogach w sąsiedztwie stolika do kawy. W wazonie zamiast kwiatów przycupnęły pozwijane w rulony zaszkicowane kartki papieru. Pod lampą na sznurkach wisiały suszone róże – ich kolorowe płatki pokrywały prawie cały sufit.

Co jeszcze było w mieszkaniu? Pewność siebie w nim mieszkała. A zamiast dywanu w wielu stertach piętrzyły się książki. I namiętność była tam stałym gościem. Szafa oklejona zasuszonymi liśćmi i niezapominajkami. Lęk przed samotnością umiał zmrozić nawet najgorętsze serce. A z okien roztaczał się widok na miasto.

Wanda spojrzała w lustro i po raz pierwszy od dawna podobało jej się to, co w nim ujrzała. Żadnych kolorowych pasemek, żadnego makijażu ani wysokich obcasów. Ot, blondynka z włosami splecionymi w dwa warkocze, ubrana w pomarańczową sukienkę z ciepłej wełny i ze sznurem turkusowych korali na szyi. Wiedziała, że gdy ładnie się uśmiechnie, nieoczekiwanie w restauracji znajdzie się dla niej miejsce bez konieczności uprzedniej rezerwacji.

To była jedna z tych rzeczy, które niedawno się zmieniły. Już nie musiała nakładać na siebie tony pudru, różu i cieni, by czuć się kobiecą i szczęśliwą. Co więcej – ani gram makijażu nie był jej do tego szczęścia potrzebny. Wystarczał uśmiech i hardość spojrzenia, by mężczyznom miękły kolana. A Wanda doskonale wiedziała, jak to wykorzystać.

Dość już miała wymuszonych rozmów o pogodzie, adoracji i przeciągłych spojrzeń. Nie zamierzała bawić się w zachcianki. Zachcianki to oznaka słabości. Gdy nie możesz sobie pozwolić na realizacje wszystkich celów, stajesz się niewolnikiem zachcianek. Jeśli nie jesteś ze sobą w pełni szczęśliwy, to masz zachciankę – starasz się w ten sposób oswoić samego siebie i frustracje. Niektórzy w ogóle nie umieją połączyć tych elementów układanki, ale Wanda wiedziała z autopsji, że za zachciankami kryje się drugie, a może nawet i trzecie dno. Na szczęście za żadnym jej podbródkiem nie krył się kolejny, co akurat mogło stanowić powód do dumy.

Nacisnęła klamkę i opatuliła się mocno, bowiem już na klatce schodowej czuć było chłód listopadowego wieczoru. W powietrzu unosił się zapach gnijących jabłek, dymu papierosów i smażonej ryby. W korytarzu nie było światła, gdyż dwa miesiące wcześniej żarówki odmówiły współpracy, a ich następczyniom nikt nie dał szansy. Mimo to dziewczyna wolała iść po ciemku, nie trzymając się poręczy, świadoma tego, ile obcych, brudnych rąk dotykało jej wcześniej. Ta myśl wywoływała u niej mdłości. Nie wiedziała, jak można w publicznych miejscach kłaść dłonie na czymkolwiek co nie jest własnym ciałem. Kontakt z depresyjnymi żyjątkami rozpłaszczonymi wygodnie na oparciach zagłówków, parkowych ławkach i barowych stołkach był dla niej nie do przyjęcia. Jednak dzięki temu nie natykała się  na dziwnych, mało ciekawych typków, bowiem nie chadzała w miejsca, które były ich ulubionymi.

Ona wolała bardziej intrygujące przestrzenie. Zalotnie uśmiechała się w pociągach i na statkach. Nie stroniła od starych kin, wyłożonych atłasem, ani od wielkich sal teatralnych, gdzie zawsze siadywała pod srebrzystym żyrandolem, fantazjując o momencie, w którym tenże z gracją spada na jej głowę.

Lubiła także przytulne, małe kawiarnie, gdzie za jedyne oświetlenie służyły przytłumione płomienie świec. Siadywała w kącie, zamawiała kawę – najchętniej parzoną, czarną jak mahoń i rozglądała po lokalu. Żaden wyłom w murze, odprysk na lustrze i przetarte obicie kanapy nie uszły jej uwadze. Gdy tak beznamiętnie wodziła oczami od baru do okien, a stamtąd do ogrodu, jej głowa pełna była myśli. Zastanawiała się, kim jest mężczyzna siedzący przy trzecim stoliku od drzwi, popijający gorącą czekoladę z pianką i na kogo czeka kobieta naprzeciwko niej, nerwowo przygryzająca wargę.

To właśnie podczas jednego z takich wieczorów wypatrzyła wśród gości wysokiego bruneta. Miał krótko ostrzyżone włosy i równo przyciętą brodę. Na plecy, wyprostowane jak struna, narzucił wełnianą marynarkę i patrzył w okno. Można by rzecz, że lustrował otoczenie wzrokiem zdobywcy. Od razu jej się spodobał. Pił sok żurawinowy przez słomkę, przez co wyglądał jak chłopiec, który nieudolnie naśladował zachowanie dorosłych. Wanda podeszła do niego bez wahania i usiadła na krześle obok. Zdziwiony, podniósł brew i rzucił krótko:

  • Zajęte.
  • Nie szkodzi.
  • Pani się pomyliła – zdziwienie zaczęło mieszać się ze zniecierpliwieniem.
  • Nie sądzę – Wanda zerknęła przymilnie i w uśmiechu uniosła kąciki ust.
  • Do widzenia – brunet wstał i poszedł w stronę baru, odnieść na wpół opróżnioną szklankę.
  • Jeszcze raz to samo i wodę mineralną, poproszę – dziewczyna zza baru obróciła się zdumiona, słysząc kobiecy głos należący do Wandy, która podeszła do baru za chłopakiem.

W tym samym momencie wyciągnęła ona rękę i położyła dłoń na ramieniu nieznajomego.

  • Choć pięć minut – tu mocniej ścisnęła palce.
  • Marek, po ojcu, a nie z ewangelii – wyjaśnił zrezygnowany.
  • Wanda, po babci, a nie z opowieści o tej, co nie chciała Niemca.

Tamtego wieczoru wyszli razem. Podobnie jak każdego kolejnego, przez parę tygodni. Marek zawsze zamawiał sok żurawinowy, a Wanda wodę mineralną. Godziny spędzali w ciszy, gapiąc się wspólnie w sceny za oknem. On lustrował mężczyzn, ona – kobiety. Spisywali na kartach cechy charakterystyczne danej osoby i później szkicowali. Tworzyli postaci, które składały się z najbardziej wymownych cech. On rysował kobiety; ona – mężczyzn. Jego linie były ostre, grube, bez żadnych zakrzywień. Jej – delikatne, jakby niedokończone, rozmywały się w szkicowniku. Powstawał mężczyzna z kotem na ramieniu i wąsem niczym u sarmaty. Była otyła kobieta w falbaniastej sukience primabaleriny. Pan w spodniach z lateksu i koszuli w papierowe samoloty. I pani z twarzą całą w tatuażach, ubrana w koronkową sukienkę ślubną, za rękę trzymająca małego chłopca w ramonesce.

Mieli szczęście, bowiem w lokalu obok kawiarni, gdzie się poznali, działała pracownia artystyczna i malarz – Florian – użyczał im miejsca, a także dawał wszelkie potrzebne materiały.

  • Takie z Was fajne dzieciaki – mawiał – dobrana z was para, dzielcie się ze światem swoim szczęściem.

Oboje lubili odwiedzać tego artystę, od którego biło niesamowite ciepło i pewność siebie. Nie należał do spokojnych osób, ciągle mu było za mało z życia i gdy akurat nie malował, to biegał na wystawy, albo skakał ze spadochronem. Tak spełniał się w kolejnej pasji. Uważał, że podczas lotu odczuwa swoje emocje i w pełni rozumie, co chodzi po jego siwej głowie, a gdy maluje – może skupić się na innych i poznać ich najskrytsze zadumania. Był to człowiek starej daty, lecz młody duchem. Świetnie dogadywał się z niecodziennymi osobami, a niejednokrotnie w swej pracowni bawił się w psychologa.

Florian miał oko do ludzi, w końcu był najbardziej znanym portrecistą w okolicy, którego ceniono za zdolność uchwycenia najmniejszego grymasu, każdej emocji i uczucia. Jednak w tym wypadku nie miał racji, zwyczajnie – mylił się. Wanda i Marek nie byli parą. Oni w ogóle nie byli. Ich nie było ani razem, ani w związku. Ona mieszkała w lofcie, a on w kamienicy po ojcu, w mieszkaniu nad kancelarią adwokacką.

Odkąd Marek senior przeszedł na emeryturę, junior przejął cały interes. Radził sobie naprawdę dobrze. Zarabiał pieniądze, jeździł szybkimi samochodami, ubierał się najbardziej eleganckich butikach i co jakiś czas leciał do Grecji, popływać luksusowym jachtem od wysepki do wysepki.

Wanda nie mogła rozgryźć tego niespełna trzydziestoletniego chłopaka. Nie działały żadne ze znanych jej sztuczek: gdy upuszczała widelec, on nie schylał się teatralnie, lecz podawał jej kolejny z koszyczka na restauracyjnym stole; gdy niechcąco podwijał się jej rąbek sukienki, podawał jej szal, by nie zmarzła. Całował w policzek przy powitaniu i w palce, gdy się żegnali. Na urodziny kupił dwumetrowe akwarium, bo kiedyś wspomniała, że marzy jej się złota rybka. Ale nigdy nie dotknął jej w sposób inny niż partnera biznesowego, a dystans między nimi wcale nie malał z każdą kolejną wspólnie spędzoną chwilą.

Wanda przestała podlewać uschnięte róże w kuchni. Jej paląca tęsknota bardziej potrzebowała wody. Godzinami leżała w łóżku i zastanawiała się, co jeszcze może zrobić. Potrzebowała ciepła drugiego ciała, adoracji, przeciągłych spojrzeń. Nie chciała szukać dalej, znalazła tego z marzeń sennych.

Marek wieczorami siedział przy kaflowym piecu, z głową pełną wyobrażeń i założeń. Owszem, wspólne szkicowanie niecodzienności napawało go radością, lecz nie wiązał z tą dziewczyną żadnych większych planów. Bawiło go to, jak się stara zwrócić jego uwagę, imponowała mu jej wiedza, ale bardziej od kobiet uwodziły go szybkie auta i długie rejsy. Matki nie znał, a w jego życiu nie było nigdy bliższych relacji z innymi kobietami.

Ona nie umiała być sama, a on nie wiedział jak być z kimś.  Więc ich nie było. A Florian się mylił.

Tak, zakończenie miało być złe.

Buzi!

Z.

Podzielcie się Życiową ze znajomymi, nie obrażę się!

7 Comments Add yours

  1. A. pisze:

    Właśnie dzisiaj, parę godzin temu się podzieliłam!
    …z bardzo ważną osobą 🙂

    Polubienie

    1. ZosiaLS pisze:

      Mam nadzieję, że się podobało. 🙂

      Polubienie

  2. Anna Stranc pisze:

    Może szkoda. Może nie. Ciekawa jestem ciągu dalszego, ale pewnie taki nie istnieje.

    Polubienie

    1. ZosiaLS pisze:

      Istnieje, ale niektóre rzeczy pozostają niedopowiedziane.

      Polubienie

  3. Dziwne ale dziwne nie znaczy zle. Oryginalne.

    Polubienie

  4. Forest Brownie pisze:

    To jest Twój najlepszy wpis pod względem językowym, humanistycznym i obrazowym. Kapitalna zabawa słowem, świetne porównania i niebanalne opisy… gdybym była Adamczykiem, tym od „Pożądania….” wykupiłabym od Ciebie to króciutkie opowiadanie i umieściłabym je w swojej książce, za Twą zgodą lub bez 😊 Rewelacyjny warsztat.

    Polubienie

    1. ZosiaLS pisze:

      Trzeba by mu podesłać ten tekst 😉
      A mówiąc już całkowicie poważnie – bardzo lubię to opowiadanie, a jego pisanie sprawiło mi pgromną frajdę – dlatego tym bardziej dziękuję za takie słowa.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s