Relacja z 3-majówki. Mianowano mnie Obywatelką Świata.

Nie wiem, jak minęła Wam majówka (o czym z chęcią poczytam w komentarzach), ale ja na moją nie mogę powiedzieć złego słowa. Bawiłam się na festiwalu we Wrocławiu. Przez trzy dni na dwóch scenach, w Hali Stulecia i Pergoli, występowali muzycy z Polski i zza granicy.

Pierwszy dzień to świetne show Enter Shikari, zespołu z Wielkiej Brytanii, grającego mocny rock zespolony z muzyką elektroniczną. Porwali cały tłum zgromadzony pod sceną, a to, co wyczyniał na niej wokalista, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Nie przypominam sobie, bym widziała kogoś o tak dzikich ruchach. Zwierzę sceniczne. Enter Shkari to zespół, którego nie będę słuchała w domu, ale z chęcią wybrałabym się ponownie na ich koncert. Tego ostatniego niestety nie mogę powiedzieć o The Cranberries. Nie chodzi o to, że nie przemawia do mnie ich muzyka, bowiem jest parę kawałków, które naprawdę lubię, jak chociażby niezapomniane „Zombie”, „Linger”, „Promises” czy „Just My Imagination”. Jednak zachowanie sceniczne Dolores i reszty zespołu wołało o pomstę do nieba. Ich energia i entuzjazm osiągnęły poziom Rowu Mariańskiego. Bałam się, że jeszcze moment i wszyscy pozasypiamy. I z przykrością stwierdzam, że nie byłam w mniejszości, myśląc w tenże sposób.

Na szczęście pozytywnie zakręcone towarzystwo rozwiewało wszelkie smutki. Meloman Wojtek w pomarańczowych lenonkach, Szymon z „13” wytatuowaną na przedramieniu, Ania z dredami i kotem na haju wydziaranym na ręce, Emilka nosząca fryzurę a’la Chopin. Nie mogłam się z nimi nudzić.

Drugiego dnia rzeczywiście nie było ani chwili na nudę. Wtorek zaczęliśmy od energetycznej dawki Strachów na Lachy. Na scenie śpiewał Grabarz, a ja, znając większość piosenek, darłam się razem z nim. Po koncercie ledwo mówiłam, a tutaj – trzeba było pędzić na Halę Stulecia na występ Czesława Śpiewa. Lubię go za to, że nikogo nie udaje i zawsze mówi, co myśli, nie przejmując się opiniami innych. No i oczywiście – facet robi świetną muzykę. Koncert przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. W miejsce lekkich, melodyjnych piosenek, znanych z płyt, pojawiły się ich ciężkie, klubowe wersje. Nie zawiodłam się.
Krótko po Czesławie grała Renata Przemyk. I był to – nie przesadzam – jeden z najlepszych koncertów w moim życiu! Dolores z The Cranberries mogłaby pójść do niej na lekcje kontaktu z publicznością. Było energetycznie, wesoło, żywo i bardzo melodyjnie. Do pośpiewania i potańczenia. Skakałam, bawiłam się i śmiałam jak głupia. Wyszłam stamtąd słodko zmęczona i pełna energii. W głowie pobrzmiewały słowa „Nie martw się, przecież wiesz, w życiu zdarza się czasem kiepski dzień”. I rzeczywiście – zły humor, który towarzyszył mi przez parę dni, zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Później potańcowaliśmy na Lady Pank. O 23.00 rozpoczął się genialny pokaz fontanny. Gra świateł i muzyki, a na hologramach wyświetlane podobizny gwiazd starego kina. W rytm melodii z lat 60. 70. i Kanye Westa ruszyliśmy (po raz n-ty tego wieczoru) w tany. Z Wojtkiem zatańczyliśmy swing, a ja śmiałam się do rozpuku.
Rozradowani i spoceni wstąpiliśmy na xxanaxx w drodze na występ Natalii Przybysz. Jeden i drugi występ – genialny. Majowy wtorek był najbardziej roztańczonym dniem w moim życiu.

Festiwal pożegnałam z Kasią Nosowską i moją ulubioną „Nomadą”.

To były naprawdę dobre trzy dni.

Podczas poznawania kolejnych nowych osób, zamiast standardowego „skąd jesteś”, w pewnej chwili padło:

– Gdzie mieszkasz? – drobna blondyna lekko przekrzywiła głowę.

-… –  na mojej twarzy odmalowało się lekkie zmieszanie – nigdzie konkretnie.

– Jak to?

– Podróżuję i  nie mam stałego miejsca.

– Ale pracujesz gdzieś?

– Nie.

– No ale studiujesz! – tutaj cierpliwość mojej rozmówczyni niebezpiecznie zbliżyła się do ostatecznej granicy.

– Właściwie to nie.

– Ale skończyłaś szkołę? – spytała trwożnie, spojrzeniem prosząc naszych znajomych o pomoc.

– Rzuciła liceum – z pomocą przybiegł Szymon. W tym momencie blondynka spojrzała na mnie jakbym była karaluchem na poduszce jej pięknego świata.

– To obywatelka świata – dorzucił z uśmiechem Wojtek.

Ale ja ledwo zdołałam zarejestrować reakcję dziewczyny, pochłonięta własnymi myślami. Zawsze, gdy mówię coś na głos po raz pierwszy, czuję, jakby spływało na mnie olśnienie. Zupełnie jakby podzielenie się tym ze światem dodawało mi siły i pewności siebie.
W czasie rozmowy z blondynka, poczułam, jakby moje stopy oderwały się od ziemi.
Po raz pierwszy w życiu nie znałam odpowiedzi na pytanie, gdzie mieszkam. Skąd pochodzę? – ok. Gdzie aktualnie przebywam? – żaden problem. Ale, gdzie mieszkam? Wszędzie. Wszędzie jest mi jak w domu. Nie potrzebuję otaczać się milionem rzeczy, by czuć się jak u siebie. Mieszkam tam, gdzie sypiam. Jestem jak satelita – krążę od miejsca do miejsca i rejestruję zdarzenia, uśmiechy, rozmowy, doświadczenia. Jestem wolna, prawdziwie wolna, bowiem żyję takim życiem, o którym zawsze marzyłam.

A na koniec zdradzę Wam, że pod koniec sierpnia wylatuję na Wyspę Reunion, 200 km od Mauritiusu i 700 od Madagaskaru. Będę opiekować się pięcioletnią dziewczynką. Jak podsumował to mój ojciec: będą ci płacić za mieszkanie w raju. Amen.

Z.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s