Hostelowe życie vol. VI. Pozytywnie zakręceni wariaci

Czas tutaj nie istnieje, nie mam pojęcia, jaki jest dzień tygodnia i jaką mamy datę. Jedynie kolejni goście są oznaką upływających dni.

Pewnego wieczoru na początku kwietnia nauczyłam się niezmiernie ważnej rzeczy. Nauczyłam się nic nie robić. Podczas gdy każdy wokół mnie zajmował czymś ręce i głowę: laptopem, książką, telefonem, ja siedziałam na krześle i bujałam się w rytm muzyki. Ścieżka dźwiękowa z filmu „Amelia”, najpiękniejsze melodie, jakie kiedykolwiek usłyszał świat.

O niczym nie myślałam, nie planowałam, nie czytałam i nie pisałam. Moja głowa była pusta. Po raz pierwszy w życiu nie słyszałam tego cienkiego głosiku zrób coś! marnujesz czas! weź się za coś konstruktywnego! jak możesz tak bezczynnie siedzieć, wstyd! Głosiku mieszkającego w mojej głowie całe życie, wywołującego presję, którą sama pogłębiałam. Tego wieczoru przy Amelii on po prostu zniknął. Było mi dobrze tu i teraz, bez muszę, powinnam, źle. Czułam wszechogarniający, wewnętrzny spokój. 

Niczego nieświadomym świadkiem mojego wyciszenia był Michael, Anglik z Peak District, który od dwóch miesięcy przebywał na Kanarach. Miesiąc na Teneryfie, teraz na Gran Canaria, realizował swoją pasję: długodystansowe wyprawy rowerowe. Sześćdziesiąt kilometrów dziennie to dla niego „krótki dystans”. Przeważnie wracał do hostelu po stu dwudziestu. Wyglądał jak surfer: opalone na brąz ciało, blond włosy do ramion. Miał kolczyk w brwi i nosił różowe okulary przeciwsłoneczne. A na Kindle czytał „Waldena”. Interesująca postać, nie przeczę.

Gdy on zwiedzał wyspę na rowerze, ja wybrałam się na pieszą wycieczkę w góry. Wyruszyłam z Artenara, pierwszym punktem była Montana de Artenara, skąd rozciągał się widok na północną część doliny, Teneryfę i miasteczko. Kolejne sześć kilometrów trasy biegnie szczytami. Przepiękna trasa, wiodąca przez las piniowy, polany porośnięte żółtymi i fioletowymi kwiatami, klify i wąwozy. W wyższych partiach gór można było ujrzeć Las Palmas, stolicę położoną nad samym oceanem. Nad miastem unosiły się chmury, ciężko zawieszone w powietrzu. Jednak ponad chmurami rozciągało się niebieskie niebo. Ścieżka, którą szłam, położona była jeszcze wyżej. Widziałam więc i ocean, i miasto, i chmury, i niebieskie niebo, i drzewa iglaste porastające wzgórza. Na szlaku spotkałam tylko jedną parę. W Cruz de Tejeda odpoczęłam parę minut, ściągnęłam buty, napiłam się wody i ruszyłam z powrotem. Wśród szczytów hulał wiatr, a drzewa chroniły przed słońcem. Spoglądałam na drogi wijące się jak węże, gliniane domy, plantacje bananów i małe winnice. Te parę godzin zleciało błyskawicznie.

Tego dnia odwiedzili nas wolontariusze z Atlasu, drugiego hostelu Manolo, w Las Palmas. Barbara i Nelle. Gdy wróciłam z trekkingu, siedziały na tarasie z Christianem, Manolo i Hiszpanem, który pracuje jako złota rączka.

Blondynka w niebieskiej koszulce i krótkich spodenkach wyglądała jak Niemka. W El Warung przebywa tyle Niemców, że powoli uczę się rozpoznawać ich z daleka.

Druga dziewczyna była o wiele bardziej interesująca. Czarne gęste włosy spięła na czubku głowy, odsłaniając ogolony bok. Na karmelowej skórze miała kilka tatuaży. Jeden z nich – maleńkiego pingwina na opuszkach palca wskazującego – wytatuowała na Filipinach. Ubrana była w martensy, kwiecistą koszulkę i czarne spodnie, a całość wyglądu dopełniało kilkanaście kolczyków, pierścionki i stary skórzany plecak u jej stóp. Płynnie mówiła po hiszpańsku. Byłam pewna, że pochodzi z Meksyku lub jednego z państw Ameryki Południowej. Wieczorem, siedząc przy stole, zaczęłyśmy rozmawiać i okazało się, że jest Szwajcarką. Jej rodzice urodzili się w Portugalii, co tłumaczyło jej urodę. A ona sama spędziła rok w Meksyku na wymianie studenckiej i przez blisko dwa lata podróżowała po Ameryce Łacińskiej, co wyjaśniało świetną znajomość hiszpańskiego. Przyjechała na Gran Canaria, by złapać łódkę płynącą przez Pacyfik, ale niestety o parę miesięcy się spóźniła i summa summarum została na dwa miesiące w Las Palmas.

Z jej oczu biła ogromna radość i pewność siebie, a porozumiewawcze spojrzenia przy kolacji tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że na mojej drodze pojawił się kolejny wspaniały człowiek.

Był z nami też Marc, pół Hiszpan, pół Włoch, którego ojciec pracował w dyplomacji. Chłopak urodził się w Rzymie, po pięciu latach wylądował w Hiszpanii, po czym zamieszkał w Kapsztadzie. Studiował w Londynie, a teraz mieszka i pracuje w Gironie. Bardzo ciekawy świata, każdą osobę przy stole pytał o życie, plany, pracę.

Frederic, młody Niemiec, miał o czym opowiadać. Po liceum ubiegał się o wizę work&travel i wyjechał do Nowej Zelandii, gdzie spędził osiem miesięcy. Pracował w winnicy, pomagał na budowie, mieszkał z osiemdziesięcioletnim drwalem. Po przyjeździe do kraju, od razu kupił samochód i gdy tylko miał pieniądze, podróżował. Niestety, bardziej skupiał się na praktycznych punktach wyjazdu niż na krajobrazach, więc nie dowiedziałam się niczego ciekawego. A szkoda, bo ten kraj to moje wielkie podróżnicze marzenie. Za jakiś czas postaram się o wizę (co nie będzie łatwe, bowiem w Polsce tylko 100 osób rocznie może ją otrzymać) i…fru.

Ten wieczór był bardzo głośny i radosny, w małym pomieszczeniu przy kuchni siedziało trzynaście osób, a słychać było pięć języków.

To prawda, że neurozy się przyciągają. Odkąd zaczęłam czerpać z życia pełnymi garściami, śmiać się i bawić, co rusz spotykam pozytywnie zakręconych wariatów.

 

Krótko po tym dniu, okazało się, że był to jeden z ostatnich wieczorów spędzonych w El Warung. W połowie kwietnia wyleciałam do Polski. Ale czasu, który spędziłam w tym pięknym miejscu, nie zapomnę nigdy.

 

Do napisania,

Z.

 

Ciekawi tego, co dzieje się za kulisami? Zapraszam na Facebooka. I na Insta 🙂
Będę wdzięczna, gdy odezwiecie się w komentarzach i udostępnicie post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s