Hostelowe życie vol.V. Amerykanie to spece od marketingu

Krótko po nałogowym dołku, wszystko na nowo zaczęło się układać. Jakby ktoś przełączył przyciski i nagle w ciemnym pomieszczeniu rozbłysło światło. Po raz kolejny dostałam nauczkę. Muszę nauczyć się pokory i być bardziej czujną.

W dniu, w którym wstałam z klęczek i otrzepałam kolana, w hostelu pojawiła się Barbara. Nie mogła dojechać do nieoznakowanego w żaden sposób El Warung, toteż dzwoniła do nas z taksówki, pytając o drogę. Gdy telefon zawibrował, na wyświetlaczu pojawił się numer kierunkowy z Nowego Yorku. O, proszę – popatrzyliśmy na siebie z Christianem porozumiewawczo – jeden tydzień i dwie Amerykanki. Wcześniej pojawiła się Abigail, z Missouri, która w lutym przyleciała do Sewilli na wymianę studencką. Z tego, co zdążyłam wywnioskować, częściej od zajęć miała wycieczki, m.in. do Rondy, Malagi, Portugalii, Gibraltaru… Bardzo nieśmiała, zbyt dużo nie porozmawiałyśmy.

Sytuacja inaczej miała się z Barbarą. Gdy tylko wpadła do jaskini, zaczęła zachwycać się widokami, żalić się na taksówkarza i drogę, pytać o kotkę Sombrę. Buzia jej się nie zamykała. Akurat jedliśmy z Christianem obiad, nie byliśmy więc zanadto rozmowni. Naszemu gościowi to jednak zupełnie nie przeszkadzało. Gdy zaczęła mówić o filmie dokumentalnym o Wyspach Kanaryjskich, spojrzała na mnie znacząco, mówiąc, że to świetna produkcja brytyjska. Nieświadomie połechtała moje ego, biorąc mnie za Brytyjkę. Jak widać, na coś się zdało mieszkanie w Anglii, zyskałam akcent, który zawsze szalenie mi się podobał.

Pod koniec swojego monologu, kobieta zapytała, skąd jesteśmy.

– Z Austrii – powiedział mój kompan.
– No proszę, mój dziadek był Austriakiem, mam austriackie nazwisko – tu nastąpiła wymiana uprzejmości – a ty? – spojrzała na mnie.
– A ja z Polski – pisz pan przepadło, nie będę Brytyjką.
– Naprawdę? Bo ja też. Ludzie myślą, że pochodzę ze Stanów, bo mówię po angielsku i jestem puszysta – idealny stereotypowy obraz. Ale pół życia mieszkałam w Polsce, wyprowadziłam się w 2000 roku. Jaki ten świat jest mały!
– O proszę… – w mojej głowie natychmiastowo zaczęły pojawiać się pytania, które wkrótce zadałam Basi.

Czterdziestoparoletnia kobieta okazała się być przesympatyczna, na swój własny, nieco amerykański, sposób. Jedyne, co mi się nie podobało, to stwierdzenie: „Po latach w Bostonie zapomniałam polskiego, już nawet śnię po angielsku. Jak przyjeżdżam do Polski to bardzo trudno jest mi się przestawić”. Takie słowa nigdy do mnie nie przemawiają. Gdy człowiek w wieku trzydziestu lat wyjeżdża za granicę, to jak może zapomnieć ojczystego języka?

Wieczorem siedziałyśmy razem na tarasie i prowadziłyśmy długą rozmowę. To było dość dziwne doświadczenie: w wymianie zdań uczestniczyła tylko nasza dwójka, dwie Polki, a słychać było jedynie język angielski. Pierwsze zdanie padło w tym właśnie języku i później już nie wróciłyśmy do polskiego.

Najpierw mówiłam ja: o moich marzeniach, planach na przyszłość, szkole, Azji. Gdy po raz pierwszy wypowiedziałam wszystkie te słowa na głos, dzieląc się nimi z obcą osobą, poczułam pewność, że podążam dobra drogą, że to wszystko ma sens. I słowa Barbary:

  • Jeśli wiesz, czego chcesz, a wiesz doskonale, to spełnienie każdego z twoich planów to jedynie kwestia czasu.

A później opowieść snuła Basia, Polka od blisko dwudziestu lat mieszkająca w Stanach Zjednoczonych. Pracuje w laboratorium medycznym, prowadząc rozmaite badania i testy. A w wolnym czasie zgłębia wiedzę o medycynie naturalnej, wychodząc z założenia, że łącząc ją z medycyną konwencjonalną, można uzyskać naprawdę świetne wyniki.

Ja, jak to ja, zadawałam pytania, a ona opowiadała.

O tym, że między ludźmi nie ma tam głębszych relacji. Że na small talk kończy się zawieranie znajomości. Ludzie pytają, jak się masz, ale tak naprawdę mało ich to obchodzi. Uśmiechy i uprzejmość są na pokaz. „Sztuczne” to złe słowo, bowiem Amerykanie od dziecka uczeni są, że zawsze trzeba być pogodnym i miłym dla innych, toteż mają to poniekąd we krwi.

Mówi o tym, że wszystko w USA jest bardzo drogie i większość ludzi żyje na kredyt, nie mając nic na własność. Gdy ktoś zarabia 1000 dolarów, to najczęściej musi pracować na drugi etat, bo nie wystarczy mu do końca miesiąca. A to wszystko pod presją czasu i kultury więcej więcej więcej. 

W pracy nikt nie daje gwarancji, wszyscy pracownicy boją się o utratę posady. Pewnego dnia można po prostu przyjść do pracy i usłyszeć „Panu już dziękujemy, proszę wziąć swój karton i iść do domu”. Nie ma żadnego okresu wypowiedzenia, nie ma konieczności zapoznania z powodami zwolnienia. A przecież – trzeba zapłacić za college dzieci, spłacać raty za dom, samochód, robot kuchenny, telewizor.

Wspomina o płytkiej kulturze życia życiem innych, zachwytu gwiazdami, uwielbieniu gazet plotkarskich, traktowaniu celebrytów jak bogów.

Zachwala parki narodowe, przyrodę, ogromne przestrzenie.

Skarży się na jedzenie – wszędzie przetworzone. Jeśli ma być zdrowe – jest bardzo drogie. W mieście nie ma miejsc, gdzie można by na spokojnie usiąść i wypić kawę lub przed pracą zjeść wartościowe śniadanie. Wszyscy gdzieś pędzą, gonią za marchewką ze złota.

I pod koniec, obie dumamy nad przepaścią w społeczeństwach zachodniego świata. Ja mam smutny obraz UK, Basia – USA. Bezdomni na ulicach z luksusowymi butikami. Slumsy na przedmieściach bogatych dzielnic. Brak konsekwencji rządu w poprawie losu najbiedniejszych. Przymykanie oczu na krzywdę drugiego człowieka.

– Amerykanie to spece od marketingu – mówi Barbara – cały świat żyje w przekonaniu o wyższości Stanów nad innymi państwami. Popkultura zalana jest amerykańskimi produktami, ukazującymi american dream. Oni umieliby, wybacz za wyrażenie, wziąć do ręki gówno i powiedzieć wszystkim, że to pyszna czekolada. I cały świat powtarzałby jednogłośnie: ale wspaniały smak. Myślą o sobie – i ogłaszają to wszem i wobec – że są numerem jeden. Ale spójrz na statystyki: system edukacji na 27 miejscu, opieka zdrowotna – 35. O czym my w ogóle rozmawiamy? Sami Amerykanie, moi znajomi, mówią, że ich naród zabija się od środka. Wspominają lata 60. i głośno zastanawiają się, gdzie podziała się tamta kultura, te piękne kobiety i kulturalni mężczyźni, kolorowe domy. Jest taki wulgarny żart: „kiedyś facet wkładał garnitur, gdy szedł się masturbować, a dziś w piżamie schodzi do sklepu”.

Wiesz, w czym Amerykanie są numerem jeden? W przemocy. Tylko o tym jakoś nikt nie wspomina.

Chwilę po naszej rozmowie Basia poszła spać. A ja cieszyłam się, że Stany Zjednoczone nigdy nie były na mojej liście marzeń. Bo po tym wieczorze mogłabym czuć się nimi bardzo zawiedziona.

Dziwny jest ten świat, co?

Z.

5 Comments Add yours

  1. Gregoorito pisze:

    Hostelowa , Ty nie wkładaj całej Ameryki do jednego worka…. bo to naprawdę duży i zróżnicowany kraj i jeżeli sama nie zobaczysz ,nie poznasz nie ma co wydawac opinii . Buźka 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Na razie jakoś ku Stanom mnie nie ciągnie, ale dobrze było zobaczyć „inny” punkt widzenia, niż ten, którym na co dzień karmią nas media. 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  2. Natalia pisze:

    Od czasu do czasu czytam Twoje artykuły i jestem pod wrażeniem Twojej błyskotliwosci i lekkiego pióra. Wszystkie artykuły czytam jednym tchem. Zastanów się nad wydaniem książki, bo na pewno jest więcej osób, które z przyjemnością poczytałyby Twoje książki. Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję Ci bardzo.
      A książka…kiedyś będzie, wszystko w swoim czasie. 😉

      Pozdrawiam serdecznie!

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s