Hostelowe życie vol. III. Panna na włościach

Po moim powrocie z rejsu Christian wyjechał na tydzień do Londynu. Stałam się zatem w stu procentach odpowiedzialna za hostel. W zakres moich obowiązków wchodziło już nie tylko sprzątanie czy zakupy, ale też zameldowanie gości, przyjęcie płatności i udzielenie odpowiedzi na wszelkie ich pytania, co niekiedy jest wyzwaniem.

Nie zmieniło to jednak zbytnio mojego trybu dnia. Nadal koło południa kończyłam pracę, później miałam czas dla siebie, a popołudniu witałam nowych gości.

Traf chciał, że przez parę dni w hostelu mieszkali sami Niemcy. Jako że nie rozumiałam ani słowa z ich rozmów, siedziałam cichutko w kąciku i poznawałam podstawy języka hiszpańskiego, znalazłszy w końcu motywację do jego nauki. Z każdą kolejną godziną jasnym stawało się, że opanowanie języka nie będzie problemem.

Gdy wróciłam z rejsu, w hostelu była Hanna, mieszkanka Berlina, która napisała mi swój numer telefonu, bym zadzwoniła, gdy tylko będę w stolicy. Obiecała dać nocleg i oprowadzić po mieście. Dziewczyna bardzo małomówna przez co pierwszego dnia zamieniłyśmy ze sobą zaledwie parę słów. Gdy w czwartkowy wieczór siedziałyśmy razem na tarasie, patrząc w gwiazdy, wyszło na jaw, że jej milczenie spowodowane było słabą znajomością angielskiego. Po chwili jednak, pomagając sobie gestami i śmiechem, prowadziłyśmy ożywioną rozmowę. Niekiedy nie potrzeba znać tysięcy słów, by się dogadać. Wystarczy dystans do siebie, otwartość i dobra wola.

W piątek w podziwianiu księżyca towarzyszył mi Timon. Urodził się w Norymberdze. Trzy lata temu wyjechał do Hamburga na studia. Zdrowie w ekonomii. Ciekawy kierunek – to nie sucha teoria, a nauka tego, jak wykorzystywać pieniądze w pomocy innym, w leczeniu ludzi.

Wieczorem chłopak był nieco wystraszony, bo wcześniej tego dnia zgubił się w górach i bał się, że będzie musiał spędzić noc w jaskini, co nie byłoby najlepszą opcją, zważywszy na to, że chorował na cukrzycę. Na szczęście udało mu się odnaleźć drogę powrotną do miasteczka. Na rozmowie upłynął nam cały wieczór.

W pewnym momencie, jak to mam w zwyczaju, zapytałam, o czym marzy. Po dłuższym zastanowieniu, jednym tchem wyliczył: stworzenie dobrej rodziny, dom na łonie natury i bycie z osobą, dzięki której stanie się lepszą wersją siebie. Niby nic nadzwyczajnego, a było to piękne w swej prostocie. Ciekawiło mnie, czemu, nie do końca odnajdując się w wielkim Hamburgu, nie wróci do Norymbergi. Jego odpowiedź była bardzo znacząca: powrót w rodzinne strony byłby jak krok do tyłu, a w życiu chodzi o to, by cały czas się rozwijać i iść do przodu. To właśnie Timon, wysłuchawszy mojej historii, powiedział: „Najciemniejszej nocy gwiazdy świecą najjaśniej”. Słowa, które na zawsze będę miała w pamięci.

Któregoś dnia do El Warung zawitała trójka Włochów, z Milanu. Rano wybierali się do Tejeda, gdzie znajduje się słynna cukiernia. Oczywiście, gorąco im ją poleciłam. Gdy wrócili popołudniu ze swoich wojaży, zostałam zaproszona na ciacho, które kupili specjalnie z myślą o mnie. Czy wspominałam już, że gdy jesteśmy dobrzy dla ludzi, oni odwdzięczają się tym samym?

Z każdym kolejnym dniem na wyspie robiło się coraz cieplej. Deszcz odszedł w niepamięć, słońce na nowo przejęło wartę. Jedynie wieczorami powietrze bardzo się ochładzało. Wówczas zza chmur wyłaniały się białe jęzory mgły, która spowijała dolinę.

Widok był niesamowity, szczególnie z szczytu Montana de Artenara, skąd jak na dłoni podziwiać można dwa najwyższe szczyty Gran Canaria. Siedząc na kamieniach, za plecami miałam las, a przed sobą – magiczny widok na miasteczko, Roque Nublo i Pico de les Nieves. Cała dolina tonęła w zieleni. Chmury zasłaniały zbocza gór, podczas gdy ich wierzchołki wyłaniały się zza obłoków, widoczne z daleka. Gdy spoglądałam w prawo, na tle niebieskiego nieba pyszniła się sylwetka Teneryfy z wulkanem Teide górującym nad wyspą. Po chwili niebo przybrało ostry różowo-czerwony kolor. Mimo że słońca nie było widać, to zachód, jak co dzień, prezentował się oszałamiająco. To był jedyny dzień, kiedy, idąc na spacer, nie wzięłam ze sobą aparatu. Z jednej strony, żałowałam tego okrutnie. Z drugiej jednak – cieszyłam się. Mogłam rozkoszować się chwilą i skupić na tym, jak malarka natura co minutę zmienia krajobraz. Siedziałam na kamieniu i zauroczona patrzyłam na świat u moich stóp.

Ludzie często pytają, czy się nie nudzę. Za każdym razem jestem zdziwiona, że takie myśli w ogóle przychodzą im do głowy. Jakim cudem to miejsce mogłoby się znudzić? Każdego dnia chmury wyglądają inaczej: jak baranki na łące lub jak jęzory potwora wyłaniające się zza gór, niekiedy spowijają całą dolinę, czasem jedynie szczyty. Słońce nigdy nie jest takie samo: może być białe albo dawać żółtą poświatę, niekiedy zachód jest czerwony jak krew, kiedy indziej nad horyzontem tworzy się poświata podobna do tęczy, od purpury przez fiolet po zieleń. Wiatr raz wieje w twarz, a kiedy indziej – lekko muska plecy. Świercze cykają, ptaki śpiewają, niekiedy odzywają się psy. No i każdego popołudnia do El Warung przybywają nowi goście. Jak mogłabym się nudzić?

Pojawił się Connor z Kornwalii, od paru lat mieszkający w znienawidzonym Londynie. Miał ponad dwa metry wzrostu i pochodził z niewielkiego miasteczka. Przeprowadzkę do stolicy podsumował krótko: „byłem wielką rybą w małym stawie, teraz jestem małą rybką w oceanie”. Gdy po zachodzie słońca siedzieliśmy na tarasie, jego znajomy – John – robiący rekonesans przed planowanym kupnem wyspy, miał wskazać nam konstelacje na niebie. Spojrzał w górę, zamyślił się przez moment i pokazał trzy gwiazdy w rzędzie:

–  O patrzcie, tam jest ołówek. A zaraz obok niego – pytajnik, tylko trudno go dziś zobaczyć.

Musielibyście słyszeć śmiech, który echem poszybował ku dolinie.

Taki śmiech niesie się nierzadko. Ludzie, którzy wybierają hostele jako miejsce swojego pobytu, wiedzą, na co się piszą. To nie fani luksusowych hotelów i pięciodaniowych obiadów. Na dziesięć osób przypada jedna łazienka, kuchnia także jest jedna, dla wszystkich. W jadalni stoi jeden duży stół dla wszystkich. Hostele łączą ludzi, poniekąd zmuszonych do integracji z innymi. I decydując się na tę opcję, ludzie akceptują wszystkie plusy i minusy. W zamian za małe niedogodności, dostają ciekawe historie, śmiech, autentyczne zainteresowanie i sympatię.

El Warung ma jeszcze jedną zaletę – położony jest w małej wioseczce w górach. Imprezowicze i fani picia i głośnej muzyki nie pojawiają się w takich miejscach. Jedynie ci, którzy kochają naturę, spokój i wędrówki odwiedzają to miejsce.

I to jest właśnie powód, dla którego nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne.

 

Do napisania!

Z.

2 Comments Add yours

  1. tessateda pisze:

    Ciekawie piszesz, prawie widziałam te cudowne obłoczki…
    I masz rację co do życia hostelowego, jeśli gdzieś wedruję zwykle wybieram takie wlaśnie miejsca na noc…
    Życzę powodzenia.

    Lubię to

    1. Dziękuję! Cieszę się, że jesteś 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s