Hostelowe życie vol.II. Zakochałam się.

Wciąż nie mogę uwierzyć w to, jaki obrót przybrało moje życie. Szczęście, jakie odczuwam na co dzień, jest trudne do ogarnięcia rozumem. Jestem w pięknym miejscu, a cały świat przychodzi do mnie, nie muszę za nim biegać.

W czwartek poprzedzający mój rejs, przyjechała wolontariuszka, na którą czekaliśmy. Brittany, dwudziestodwuletnia Australijka, która w kwietniu 2016 opuściła Antypody, by odnaleźć skarby Starego Kontynentu. Po drodze zawitała na dwa miesiące do Kambodży i Tajlandii, a później pracowała w Leeds, by zarobić na dalsze podróżowanie. Jej wiza do UK ważna jest dwa lata, więc dziewczyna ma jeszcze rok na zwiedzanie Europy. A planów – co nikogo nie powinno dziwić – wystarczyłoby jej na kolejną dekadę. Zresztą, ja także nie spocznę, dopóki nie zawitam do każdego kraju istniejącego na mapie świata.

Długie włosy, kolorowe sukienki i okulary lenonki, to jej znak rozpoznawczy. Trochę za dużo gadała, ale miałyśmy podobne spojrzenie na wiele spraw, jak chociażby na szkołę, którą rzuciła w ostatniej klasie. Żałowałam, że spędzimy razem zaledwie dwa dni, bo przecież w sobotę ja śmigałam na rejs, a Brittany zawitała do El Warung jedynie na tydzień.

W międzyczasie w hostelu pojawiła się Japonka, Minako, od paru lat mieszkająca w Niemczech. Przyjechało także sześciu Niemców. Niekiedy mam wrażenie, że Gran Canaria nie jest wyspą hiszpańską, a niemiecką. Wieczorem – a jakże – królował język niemiecki, toteż z Brit, jako jedynie nierozumiejące ani słowa, byłyśmy na siebie skazane. Przegadałyśmy pół nocy.

W piątek miałam wolne i pojechałam do Teror. To śliczne miasteczko pełne kolorów, z kolonialną architekturą i mnóstwem zieleni (co na wyspie nie jest zaskoczeniem). Uliczki pną się tam w górę i w dół, drzwi domów są drewniane, podobnie jak nadgryzione zębem czasu tarasy i balkony. Ludzie uśmiechają się do siebie, wołając „Hola!”. Gdyby nie współczesne ubrania, miałoby się wrażenie, że jesteśmy u schyłku XIX wieku. W kafejce skusiłam się na lody nugatowe i kruche ciastko migdałowe, przy okazji pytając przechodniów, czy mogę zrobić im zdjęcie. I większość – nie miała absolutnie nic przeciwko.

Tego dnia rano, pomimo usilnych prób, nie udało mi złapać stopa, musiałam jechać autobusem. Popołudniu także chciałam wrócić nim do hostelu, ale dziwnym trafem, autobus w ogóle nie przyjechał. Mogłam więc albo poczekać kolejne trzy godziny, z bolącą od słońca głową i w upale (termometr przy komendzie policji wskazywał 33 st. C), albo łapać stopa. Wybór był prosty. Zdążyłam już dojść do sąsiedniej wioski, parę kilometrów na południe, gdy z piskiem opon zatrzymał się przede mną samochód. W środku – młoda para z Finlandii. Jechali do El Warung. Podwieźli mnie zatem hostelowi goście. Znowu fart mnie nie opuszczał!

Droga wiła się wśród szczytów gór. Lasy świerkowe, drzewa piniowe, kotliny i jaskinie… Niesamowicie malownicze widoki. Niestety, silne zakręty wywołały jeszcze większy ból głowy. Ale przy takich widokach złe samopoczucie przestaje mieć znaczenie.

Kolejnego dnia rozpoczynałam rejs.

Wróciłam po blisko dwóch tygodniach. W Maladze zawczasu kupiłam krótkie spodenki, bym miała w czym chodzić do końca maja. Przecież, gdy opuszczałam wyspę, panowały upały i byłam przekonana, że tak jest tu przez okrągły rok. Toteż wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy wysiadłam z samolotu i pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, były chmury. Wszędzie chmury.

Planowałam dostopować do El Warung, miałam czas do wieczora. Nie przewidziałam jednak, że towarzyszyć będzie mi deszcz, a na dworze – temperatura rzędu 10 stopni Celsjusza… Zastanawiałam się, co stało się ze słońcem i upałami. Wczesnym wieczorem dotarłam do hostelu i po przyjacielskim powitaniu z Christianem i gośćmi, dowiedziałam się, że w poprzedni weekend spadł śnieg i lepili bałwana!

Dla mnie – zakochanej w deszczu – wyspa wyglądała teraz dużo ładniej niż w pełnym słońcu. Wilgotne powietrze i krople wody oczyściły niebo, w płucach czułam rześki, przyjemny chłód. Dzień mojego powrotu na Gran Canaria był idealny: od wyjazdu z Anglii tęskniłam za deszczem, w czasie rejsu brakowało mi hostelu i tęskno mi było do wyspy. I proszę – jednego popołudnia dostałam wszystko to, czego potrzebowałam.

W tamtym momencie pokochałam wyspę jeszcze bardziej. Nie spodziewałam się, że gdy moje stopy dotknął grancanaryjskiej ziemi, będę czuła się tak szczęśliwa i tak „na miejscu”. Trudno opisać, jak mocno czuję się związana z tym zakątkiem świata, zupełnie jakby jakaś magiczna siła przyciągała mnie do soczystej zieleni, wąwozów, kwitnących drzew migdałowych, domów wykutych w skale, gór i kaktusów. Decyzja, by zostać tu dłużej, była, jak dotychczas, jedną z najlepszych w moim życiu.

Teraz, najbardziej pragnę nauczyć się języka hiszpańskiego, by móc rozmawiać z mieszkańcami, w większości niemówiącymi po angielsku ani francusku. Chcę stać się częścią tego świata. Mam wrażenie, że odnalazłam kolejny dom.

 

Do napisania,

Z.

 

Udostępnij i odezwij się w komentarzu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s