Hostelowe życie vol. IV. Dzień z życia nałogowca w nawrocie

Ten tekst dedykuję każdemu, komu udało się wyrwać ze szponów nałogu, a mimo to – nieobce są mu nawroty. 

Każdy nałogowiec, który zerwał z uzależnieniem, ma nawroty. Każdy, kto był kiedyś uzależniony i udało mu się wygrać tę – nie do końca równą – walkę, zna to uczucie, kiedy jakaś niewidzialna siła pcha do powrotu na stare ścieżki choroby. Zaczyna się niewinnie: tylko jedno piwo i koniec, jeden papieros, jedno ciastko. Wszyscy wiemy, że na jednym ciastku się nie kończy. Nigdy. 

Mniej więcej od połowy tygodnia, w którym Christian wyjechał do Londynu, życie na wyspie przestało mnie cieszyć. Zamknęłam się w sobie, nie starałam się nawiązać kontaktu z ludźmi.

Nie piszę tego, by się wyżalić. Wręcz przeciwnie, robię to, by pokazać, że nie zawsze jest kolorowo i nie każdy z nas jest siłaczem. I, że nawet mimo moich przekonań i zasad, i wiary w świat, i optymizmu, nadal niekiedy bywam słaba. Ale już się nie wstydzę i nie mówię sobie, iż przez to staję się gorsza. Bo dziś już wiem, że nawet jeśli po raz kolejny upadasz, to nie znaczy, że przegrałeś. Upadek daje siłę i naukę, o ile tylko chcesz ją dostrzec.

Każdy psycholog powie Ci, że jeśli chcesz wygrać z chorobą, w moim przypadku z uzależnieniem od jedzenia, musisz wystrzegać się pięciu rzeczy: samotności, nudy, głodu, strachu i zmęczenia. Gdy popadasz w jeden z tych stanów (które najczęściej chodzą parami), w Twojej głowie zaczynają pojawiać złe myśli. Nie wiem, co słyszy wówczas alkoholik czy narkoman, bo nigdy nie byłam jednym z nich. Wiem, co pojawia się w anorektyczno-bulimicznej głowie. Jesteś gruba. Musisz schudnąć. Ludzie krzywo na Ciebie patrzą. Powinnaś zjeść, i zjeść, i zjeść, poczujesz się lepiej. Zjedz więcej. Po co tyle zjadłaś? Skoro już dziś przesadziłaś, to dobij się do końca. Znowu zawiodłaś. Błędne koło, powoli zaciskające się jak pętla na szyi i sercu.

Kiedyś tkwiłam w takim stanie miesiącami. Tak, uwierzcie mi, że te słowa kołatały się w mojej głowie dzień w dzień, minuta w minutę, przez lata. Lata. W moim wnętrzu nie było miejsca na nic innego.

Dziś, gdy czuję się o wiele lepiej, jestem silniejsza, nie pozwalam im zawładnąć moim życiem. Jednak, to wciąż bardzo trudne. Pułapka czai się za każdym rogiem. 

I jeszcze nie jestem na tym etapie, gdy mogę poczuć nadchodzący kryzys i mogę mu zapobiec. Przeważnie budzę się w samym jego środku, samotna, wystraszona i bezsilna.

Zaczyna się niewinnie. Skoro tak dobrze mi idzie, to mogę pozwolić sobie na dyspensę. Ale z jednego dnia dyspensy tworzy się kolejny i kolejny, i kolejny, a ja tracę kontrolę. Bo wydawało mi się, ze już wygrałam, że już mogę. A po chwili wilk wychodzi z cienia i zaczyna się ostra zabawa.

A ja już nie mogę a muszę. Tak, muszę zjeść jeszcze dokładkę, i jeszcze jedną czekoladę, i kolejną miskę owsianki itd. itd… Ludzie zdrowi nawet nie wyobrażają sobie, jak bardzo można bać się jedzenia. Bo ja już nie chcę jeść, ale nie umiem przestać. I myślę o tym jedzeniu non-stop, nieprzerwanie. I czuję się cholernie bezsilna, bo nie umiem nic zrobić. 

Dziś jednak ten brak kontroli różni się od poprzednich lat. Dziś walczę z tymi myślami, mówiąc głośno do siebie, i do mojego ciała, że je kocham, że jest piękne. I w głębi duszy wiem przecież, że je kocham. W tych – coraz częściej się pojawiających i coraz dłużej trwających – okresach, gdy czuję się zdrowa, lubię swoje ciało, nie widzę jego wad. Wiem, że liczy się to, co mogę dzięki niemu w życiu osiągnąć. Liczy się to, co sobą reprezentuję, a nie to, ile ważę. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że schudnięcie w niczym tu nie pomoże. Dobre samopoczucie nie leży w wadze, a w samoakceptacji. I w samokontroli, która została zmiażdżona przez lata napadów wilczego głodu.

Więc staram się, naprawdę, każdej jednej złej myśli odpowiedzieć dwoma dobrymi. Ale bardzo się wówczas boję.

Najgorsze, co może być, to samotność. I nuda. Gdy mam przy sobie kogokolwiek, umiem się powstrzymać, nie myślę o jedzeniu. I jest dobrze. Gorzej, gdy zostaję z jedzeniem sam na sam.  Wtedy tragedia to kwestia czasu. Chciałabym być na etapie, gdy będę umiała powstrzymać się przed napadami, nie mając towarzystwa. Gdy będę umiała powiedzieć „nie” także wówczas, kiedy będę sama. To byłoby spełnienie marzeń. Jak widać – muszę jeszcze poczekać. Wiem jednak, że już teraz mam za sobą szmat drogi ku wyzdrowieniu. Mimo widocznych, ogromnych postępów, nadal pozostaje szmat drogi przede mną. I każdy kolejny kryzys dobitnie mi o tym przypomina.

Wiem bardzo dobrze, w teorii, że gdy zaczyna się litania małego demona, najlepiej jest zająć czymś myśli. I siebie. Iść na spacer, poczytać książkę, zadzwonić do kogoś, posłuchać muzyki. Uspokoić się. Jednak, najtrudniejsze to wstać i wyjść z tej kuchni, znad tego talerza. Powiedzieć „basta”. A poddać się kusicielowi jest przecież tak łatwo…

Kiedyś, „nadjedzenie” sprawiało przyjemność, było fajne. Teraz, wręcz przeciwnie: w ogóle nie daje satysfakcji, raczej ból i smutek. A mimo to, nawyku sięgnięcia po więcej nie łatwo jest się wyzbyć. Tak jakby przy stole siedziały dwie Zosie. Jedna krzyczy jesteś piękna, skończ już, idź na spacer, życie jest tego warte. Druga patrzy hardo i mówi jedz, dołuj się, nie przestawaj, teraz to i tak już na nic. W nawrocie ta druga często zwycięża. 

Mam to do siebie, że gdy dzieje się źle, nikomu o tym nie mówię, wychodząc z założenia, że sama sobie poradzę. Uhm… Teraz znowu, przez parę dni walczyłam, a raczej udawałam, że walczę, pozwalając tej drugiej Zosi zwyciężyć. I czułam się bezsilna. I samotna. I nic nie warta.

I przyśnił mi się sen. Bardzo realistyczny. Ta sama sytuacja, upadek i porażka, i słowa Mamcika: „Jakim cudem chcesz wygrać bitwę, skoro nie walczysz?”. 

Następnego dnia wstałam. I powiedziałam basta. Zadzwoniłam do Mamy, wypłakałam się w telefoniczny rękaw. Dostałam masę motywacji i chęć do działania. Miłości dostałam dużo. Tego popołudnia wrócił też Christian.

Pewnie, gdybym zadzwoniła do niej wcześniej, nie musiałabym męczyć się tak długo. Pewnie, gdybym nie wpadła w tryb jedzenia w samotności (co jest ewidentną oznaką powrotu ED) i nie zamknęła się na ludzi, i znowu się uśmiechnęła, to byłoby inaczej. Ale na parę dni pozwoliłam złym myślom wziąć górę. 

I wyniosłam kolejną naukę: nie mogę być sama, jeszcze nie. Samotność to aktualnie mój największy wróg. Podczas jedzenia po prostu muszę mieć towarzystwo i po posiłku jak najszybciej się czymś zająć.

Wracam już na zdrowe ścieżki.

I piszę ten tekst dla Was i dla siebie. By zachować złe chwile i wyciągnąć z nich wnioski. Nikt nie jest doskonały. I muszę pamiętać, że jako nałogowiec, nie mogę w pełni sobie ufać. Uzależnienie to choroba do końca życia i trzeba być czujnym na każdym kroku. A ja mam wspaniałe plany i nie dam się ściągnąć w dół. 

I wam też dobrze radzę – nie poddawajcie się, nie warto. Przecież każde ciało jest piękne, a my mamy przed sobą wspaniałe życie i świat do odkrycia.

Wasza Z.

7 Comments Add yours

  1. Droga Zosiu!

    Śledzę Twoje wirtualne szlaki i cierpliwie czekam na obiecany reportaż…

    Twoja szczerość jest piękna i rześka – jesteś inspirującym kronikarzem swego własnego jestestwa, piszesz specyficzny pamiętnik, czyli blog, i to jest piękne.

    Obawiam się, że być może balansujesz między ekstremami – być może to moje wrażenie względem Ciebie wynika z racji Twego młodzieńczego wieku, a być może z racji dynamiki i natury Twej osobniczej duszy (która lubi być wędrowcem); nie wiem – lecz obawiam się, że (na chwilę obecną) odnajdujesz siebie jedynie w dwu przeciwstawnych światach: albo w świecie nieomal doskonałej wolności, a przede wszystkim swobody – albo w świecie dojmującej samokontroli, podobnej do swoistego kagańca.

    Nie wiem, ile moje – zapisane tu słowa – Ci dadzą (może trochę, może wiele, a może nic), ale i tak chcę Ci je przekazać:

    pomiędzy perfekcją i „absolutem” a omylnością i samotnością – istnieją kapitalne stany pośrednie. Nie ma w nich ani wysokiego entuzjazmu i uniesień, ani marazmu i beznamiętności – ale jest coś pięknego pośrodku: spokój. Ani buddyjski, ani żaden inny – nacechowany wiarą, dowolnym przekonaniem… Po prostu: spokój, proza dnia codziennego, bez łaknienia na więcej i bez łez nad tym, czego nie udało się nakarmić.

    W tym wszystkim nie chodzi o samokontrolę – ona stanowi błędne koło – chodzi o zwyczajność, o odpoczynek, a potem pracę, żeby znowu powstać…

    Myślę, że mnie rozumiesz – a przynajmniej kłaniam się Tobie z wielkim pozdrowieniem i nadzieją, że mnie rozumiesz. Jeśli tak jest, że mnie rozumiesz – bezbłędnie odczujesz moje ogromnie pozytywne intencje i uzyskasz spokój.

    Uściski :).

    Polubienie

    1. Dzień dobry!

      Reportaż, Justyno kochana, będzie. Ale na razie nie czuję, że mogłabym cokolwiek w nim zawrzeć. Reportaży nie pisze się przecież o codziennym życiu, choćby i było ono prowadzone na odległym końcu świata.

      Widzisz, etap skrajności mam już za sobą – na szczęście – choć nadal o wiele lepiej czuję się, gdy coś dzieje się wokół mnie, cokolwiek. I mylisz się, mówiąc, że odnajduję się w kagańcu. Nie jest tak i nigdy nie było. W wolności – a i owszem, ale nie uważam, by było to coś złego.

      A co do spokoju… Akurat wczoraj złapałam się na tym, że po raz pierwszy w życiu nie robię absolutnie nic. Wokoło mnie ludzie cały czas musieli się czymś zajmować: a to książka, a to rozmowa, a to laptop. A ja po prostu siedziałam na murku i patrzyłam na góry, a moja głowa była wolna od jakichkolwiek myśli. I po raz pierwszy, nie mówiłam sobie, że marnuję czas, nie czułam, że powinnam zająć się czymś „konstruktywnym”. To było niesamowite uczucie.

      Samokontrola…o tym także mogłybyśmy podyskutować, biorąc na warsztat rozmaite aspekty życia.

      Ściskam Cię mocno i przesyłam morze pozytywnych myśli,
      Z.

      Polubienie

  2. Przepraszam za niezgrabności językowe w moim pierwszym komentarzu – chętnie poddałabym się autokorekcie – ale wierzę, że sens jednak wybrzmi i w Twoim odbiorze, Zosiu, zgodnie z moją intencją, będzie Ci przychylny :).

    Do zobaczenia, Zosiu, piękny wędrowcze :).

    Polubienie

  3. Dlatego właśnie ja znalazłam sobie kilka nowych hobby, dzięki którym nigdy nie nachodzi mnie nuda 🙂 A wagę schowałam głęboko pod łóżko i nie używam- nie chcę wykrakać, ale czuję się w końcu naprawdę wolna. I nie boję się, że wrócę, czy to do objadania się, czy do narkotyków. Po prostu wiem, że nie 🙂 Życzę tego i Tobie!

    Polubienie

    1. O tak, poszukanie nowych hobby było świetnym pomysłem i u mnie. Zazdroszczę Ci tej pewności, bo ja wiem, że świadomie nigdy do tego nie wrócę, ale pewnie jeszcze nie raz zdarzą się takie dni, jak opisane tutaj :/

      Trzymaj się!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s