Dziennik pokładowy. O tym, jak nie zostałam żeglarzem.

Rejs rozpoczynał się 12. marca, ale, zgodnie z umową z armatorem jachtów, już w nocy z 11 na 12 mogliśmy spać na łódkach. Aby dostać się z Artenara do Maspalomas, wzięłam autobus z Tejeda. A, aby dostać się do Tejeda, musiałam złapać stopa. Zatrzymał się pierwszy samochód, który mnie mijał! Miałam więc półtora godziny czekania, ale podróże nauczyły mnie jednego – cierpliwości i spokoju. Usiadłam na ławce i obserwowałam sobotni poranek. O 11.30 przyjechał autobus, który zawiózł mnie na południe wyspy. Do pokonania, w linii prostej, około 60 kilometrów, przejechane w dwie godziny. Widzicie więc, że na Gran Canaria zakrętasów jest niemało, podobnie jak dróg, wijących się cały czas góra-dół góra-dół.

Południe wyspy to jeden wielki koszmar: hotele, kurorty i luksusowe restauracje. Tłumy i zgiełk. Anglicy, Norwegowie, Holendrzy i Niemcy. Z basenami i miejscami dla bogatych (choć ja, mieszkając w moim małym hostelu w jaskini czuję się jakoś bogatsza od tych ludzi) kontrastują rozpadające się budynki mieszkańców, okurzone i wyglądające biednie. Jakby ludzie, mieszkający w tej części wyspy, zabiegając o względy turystów, zapominali o swoich własnych domach.

Szybko wydostałam się z Maspalomas i pięć kilometrów dalej byłam już w El Puerto Deportivo de Pasito Blanco. W marinie na turkusowej wodzie delikatnie kołysały się naprawdę piękne jachty. Na resztę załogi musiałam zaczekać jeszcze trzy godziny. Siedząc w cieniu palmy, obserwowałam spokojny ocean i statki. I znowu – szalenie cieszyłam się z nauki cierpliwości. Bo tego dnia nie robiłam nic, tylko czekałam, po parę godzin. Robiłam to z uśmiechem na ustach, wiedząc, że przyszłość mi to czekanie wynagrodzi.

Dziennik pokładowy Zosi LS

11.03.2017

Koło godziny 18 wszyscy już są. Nasz jacht nazywa się Nieves, mamy dziesięciu członków załogi. Monika z Warszawy, Asia i Jakub – para spod Oxfordu, Janusz z Olsztyna, Piotrek z Londynu, Kamil z Trójmiasta i jego brat Kuba oraz Alek i kapitan – Wojtek: cała trójka z Krakowa i okolic.

Przejmujemy jacht, naprawdę spory. Coś zupełnie innego niż łódki, na których pływałam do tej pory. Trzy łazienki i dwa prysznice mówią wszystko o jego rozmiarach. Zajmujemy z Monią kajutę na rufie (gdzie, jak mówi, mniej buja). Wieczorem idziemy na zakupy, by mieć jedzenie na kolejne pięć dni spędzone na oceanie. Pierwszy przystanek to w końcu dopiero Madera. Gdy mówię chłopakom, że to dla mnie pierwszy nieśródlądowy rejs (umówmy się: do tej pory były to jedynie barki na rzekach, tratwy na Biebrzy i żaglówki na Mazurach, wszystko dawno temu, a moja wiedza na temat żeglarstwa jest naprawdę zerowa (do czego jednak wolałam się nie przyznawać)), panowie są bardzo zdziwieni, że taką trasę wybrałam sobie na sam początek. A ja – mało czego świadoma – cieszę się jak małe dziecko, w końcu szykuje się przygoda nie z tej ziemi! Wieczorem czas na integrację i już po paru godzinach wiem, że trafiła mi się wyśmienita załoga.

12.03.2017

Wypływamy koło południa. Lazurowa woda, błękitne niebo, ostre słońce. Fale nie są najsilniejsze, więc początkowo wszystko wydarza się leniwie. Obserwuję kolegów i na pierwszy rzut oka widać, że większość z nich to doświadczeni żeglarze, co więcej – nie da się zaprzeczyć, że żeglarstwo to ich pasja. O 14 moja wachta przejmuje stery. Jachtem zaczyna bujać mocniej, zbliżamy się do końca grancanaryjskiego lądu i do przesmyku między Gran Canaria, a Teneryfą. Stoję za sterem, ale nie czuję się najlepiej, po pół godzinie odzywa się choroba morska, a ja, przez resztę wachty staram się porozumieć z żołądkiem i z głową, głośno krzyczącymi: „gdzieś ty nas zabrała, wyjdźmy stąd, na ląd, na ląd!”.

Nie dogaduję się z morzem. Szczególnie gdy w pewnym momencie przechylenie łodzi na lewą burtę sprawia, że stoimy na ławkach prostopadle do tafli wody. Wachta mająca „kambuz” od 13 próbuje ugotować obiad, ale nikt się nie dziwi, że jedzenia wciąż nie ma. O 16 schodzę pod pokład, gdzie staram się leżeć na płasko na łóżku, bo każde podniesienie głowy kończy się tragicznie. Jachtem buja coraz silniej, woda wlewa się do środka wielkimi falami. Zasypiam i budzę się niespokojnie co jakiś czas. Na zewnątrz słychać krzyki kapitana i mam wrażenie, że woda bawi się nami jak małą zabaweczką. Przecież dla potęgi oceanu jesteśmy jak łódka z łupinki orzecha.

Zasypiam znowu i po jakimś czasie budzi mnie…cisza. Okazuje się, że stoimy w porcie na Teneryfie. Z Madery nici, nie płyniemy tam. Na oceanie wiatr dochodził do 9 stopni w skali Beauforta, nie dalibyśmy rady dopłynąć w takich warunkach gdziekolwiek dalej. Cumujemy więc na południu Teneryfy. O pierwszej w nocy jemy obiad (dopracowywany w szczegółach przez 12 godzin), a później do szóstej nad ranem snują się rozmowy.

Siedząc przy stole z tymi ludźmi, widzę w ich oczach pasję i ogromną miłość. Oni kochają to, co teraz robimy, kochają żeglarstwo, wodę, wiatr. Ja po jednym dniu mogę stwierdzić, że to nie moja bajka, motyli nie ma, ale nie czuję się źle z tego powodu. Mam swoje własne pasje i kocham to, co robię. Nie muszę przecież darzyć miłością wszystkich zabaw na świecie. Niebo zostawmy dla lotników, morze dla żeglarzy, a dla mnie niech zostanie ląd i piękne miejsca, i ciekawi ludzie.

13.03.2017 – 20.03.2017

Płyniemy. Wokoło jedynie ocean i niebo, pustka aż po horyzont. Nie licząc fal i przechyłów, jedyne, co słychać, to cisza. Wojtek mówi, że to „absolutny odpoczynek i reset”, a inni – przytakują mu gorąco. Nie ma pracy, telefonów, zasięgu, zgiełku i pośpiechu. Można się wyłączyć i być, po prostu być. Jednego dnia przez chwilę towarzyszą nam delfiny, wyskakujące w wody raz po raz. Innym razem na pokładzie przysiada sobie ptaszek i płynie „na gapę”. Są rozmowy, raczej krótkie i niezobowiązujące, załoga woli milczeć i rozkoszować się chwilą.

Monia zasypia tylko ze stoperami w uszach, a Jakub – filozof z wykształcenia – jest straszliwym gadułą. Alek modli się przed posiłkami, Piotrek jest bardzo sumienny jako pierwszy oficer. Janusz to oaza spokoju, często powtarza „oczywiście” z rozbrajającym uśmiechem. Asia ma mnóstwo dystansu do siebie, a i Kamil umie się z siebie śmiać. Z Kubą można by konie kraść i różaniec odmawiać. Każdy z nich wie, kiedy jest czas na pracę, a kiedy na odpoczynek.

Dziewięcioosobowa załoga podzielona jest na trzy grupy, które na zmianę pełnią wachtę, czyli są odpowiedzialne za nawigację, sterowanie i, ogólnie rzecz ujmując, za to, by jacht płynął i byśmy byli bezpieczni. Każdego dnia inna wachta odpowiedzialna jest także za posiłki i wówczas, poza nawigacją, przygotowują śniadanie, obiad i kolację dla wszystkich. W czasie wolnym każdy robi to, na co ma ochotę.

Niestety – ja ten czas w 90 procentach spędziłam na koi, pod pokładem. Gdy tylko podnosiłam głowę, mój organizm zaczynał się buntować. Toteż rejs ograniczył się dla mnie do czterech metrów kwadratowych kajuty. A co by było weselej, przez ten czas pożarłam aż półtorej paczki sucharków. Dla mnie był to czas rozmyślań i przemyśleń. I doszłam do wielu oczyszczających wniosków (ale to temat na oddzielny felieton). Tak, spędziłam tydzień, leżąc i myśląc…

21.03.2017

Jesteśmy w Gibraltarze. Za nami sześć i pół doby płynięcia non-stop. Jak się okazuje: dla wielu z moich współtowarzyszy to pierwszy tak długi przelot. Są zachwyceni. Sam Gibraltar to bardzo ciekawe miejsce. Ten fragment Hiszpanii, zagarnięty przez Anglików, od 1713 roku na mocy traktatu pokojowego w Utrechcie, należy do nich „na wieczność”. Nawet przy kiepskiej widoczności z zatoki zobaczyć można wybrzeża Afryki. Cumujemy w marinie po hiszpańskiej stronie. Aby dojść do miasteczka, po stronie brytyjskiej, musimy przejść przez granicę (z kontrolą paszportową po obu stronach), a później – uwaga – przemaszerować środkiem pasu startowego. Co więcej: ten oto pas startowy przecina dwupasmówka, droga rowerowa i chodnik. Parę razy w ciągu dnia droga jest zamykana, a wówczas piloci mają czas na wzbicie w powietrze (i jedynie kilkaset metrów, bowiem pas startowy kończy się dość gwałtownie… w wodzie). Nie bez przyczyny lotnisko w Gibraltarze zaliczane jest do jednych z najniebezpieczniejszych na świecie. To stąd w 1943 roku generał Sikorski wystartował po raz ostatni.

Jak już mówiłam – to dość specyficzne miejsce. Zabudowa bardzo południowa, a mimo to wokoło słychać głównie język angielski. Funt to główna waluta, choć euro uznawane jest w każdym sklepie.

Największą atrakcją turystyczną jest wycieczka na Gibraltar Rock, gdzie znajduje się rezerwat magotów, jaskinie i pozostałości po II Wojnie Światowej. Drogi na powierzchni Skały mają ok 7 kilometrów długości, podczas gdy wydrążone w niej tunele (miejsce strategiczne w czasie działań wojennych) mają łącznie ok 40 kilometrów.

Spaceruję po rynku, kupuję lody, siadam na ławce i zagaduje mnie około sześćdziesięcioletnia mieszkanka. Siedzimy w pełnym słońcu, a nugatowa słodycz topi się i lepi moje palce.

Po południu – wypływamy dalej. Ostatnia prosta, około 70 mil do Malagi, gdzie przekażemy jacht kolejnej załodze.

22.03.2017

Około 4 nad ranem przybijamy do portu. Gdy wszyscy i wszystko już jest gotowe, około południa opuszczamy łódkę. Koniec rejsu. Załoga idzie na śniadanie, a ja żegnam się z nimi i wyruszam pobłąkać się wśród ulic Malagi. To był dobry czas, a przede wszystkim – ludzie do rany przyłóż. Ludzie z pasją, z żarem w oczach i dobrocią w sercu. Takich zawsze sobie cenię.

Zastanawiam się, jak podsumować ten czas. Wiem, że więcej nie pokuszę się na wypłynięcie w rejs. Pomijając już nawet chorobę morską, która trzymała mnie tydzień, to po prostu nie jest moja bajka. Ludzie wypływają w morze, by odciąć się od stresów dnia codziennego, odpocząć i wyciszyć. Oni w płynięciu odnajdują ukojenie. Mnie – patrzenie w horyzont i wodę dookoła, zero zmian i „działania” – doprowadzało do szaleństwa. U mnie musi się coś dziać, ja najlepiej czuję się w drodze. A jednak – mimo że różnymi sposobami – wszystkim nam chodzi o to samo: by poczuć siebie i świat w pełni. A w tej grze przecież wszystkie chwyty są dozwolone.

180 godzin płynięcia
60 godzin postoju
ponad 1000 mil
niecałe 10 dni
Gran Canaria-Teneryfa-Gibraltar-Malaga

Najlepsza załoga na ziemi

Teneryfa i Gibraltar

Malaga

Mozaiki (w których zakochałam się na zabój)

No to cóż… Kolejna przygoda za mną, tysiące przede mną. Życie jest piękne.

Z.

4 Comments Add yours

  1. Patrycja pisze:

    Pomimo wszystko zazdroszczę takiej przygody i odwagi! Wspaniale czytało się Twoje wspomnienia z podróży.
    Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

    1. Bo pomimo wszystko to była swojego rodzaju wspaniała podróż 😉
      Pozdrawiam!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s