Hostelowe (moje) życie vol. I

W poniedziałek rano, Christian, trzydziestopięcioletni chłopak z bujną brodą, zadzwonił do właściciela z pytaniem, czy mogę zostać. Okazało się, że tak, jak najbardziej. Jeśli chcę, nie ma przeciwwskazań, bym była tu dłużej niż tydzień.

Po raz kolejny uwierzyłam w swoje szczęście. Przecież przez przypadek, tak naprawdę, znalazłam się na Gran Canaria, przyleciałam tu na „zbyt długo”. Miałam ogromny kryzys, jedyne, czego pragnęłam, to pojechać do domu. Obojętnie do którego: tego w Polsce, czy w Anglii… Nie planowałam odwiedzenia Artenary, zajechałam tu dość spontanicznie. W pierwszej kafejce spytałam o miejsce, gdzie mogę pracować jako wolontariusz, wskazano mi jeden hostel. Poszłam do tego hostelu i okazało się, że mogę tu zostać tak długo, ile chcę. A przecież jedyne, o co prosiłam, to by mieć towarzystwo na cały tydzień. Jeśli to nie jest szczęście, to nie wiem, co nim jest.

z dziennika: „Człowiek całe życie szuka „czegoś”. A mi największą przyjemność sprawia po prostu bycie, bez zmartwień i myślenia o przyszłości (choć bardzo trudno jest mi się wyłączyć). Obcowanie z ciekawymi ludźmi, jak chociażby z Anglikiem o imieniu Luke, który jako dziecko mieszkał z rodzicami na Filipinach, w Malezji, Tajlandii, i jego największym marzeniem jest, by odwiedzić każdy kontynent. Zbieranie tych ulotnych momentów – jedzenie pity, przygotowanej przez Christiana, jeszcze gorącej, z hummusem i świeżym kozim serem. Rozmowy do późna z ludźmi z całego świata. Spokój i cisza. Nie chcę pędzić, pragnę nauczyć się życia chwilą, tu i teraz.”

Życie w hostelu płynie leniwie, jakby każdy moment uśmiechał się do siebie. Rano każdy wstaje o której godzinie chce, najczęściej koło ósmej. Goście częstują się skromnym śniadaniem: chleb, jajka, dżem, mleko. Później każdy idzie w swoją stronę. Koło dziesiątej miejsce pustoszeje. Wówczas trzeba zmienić pościel, wyprać ją i rozwiesić przed wejściem. Posprzątać kuchnię, wynieść śmieci, umyć łazienkę i podłogę. To wszystko. Przed południem praca jest skończona. Jestem „wolna”.

W poniedziałek wspięłam się na Montana de Antenara. Ze wzgórza roztaczał się piękny widok na okolicę. Gdyby nie piasek z Afryki, który unosił się w powietrzu i ograniczał widoczność, ujrzałabym Teneryfę. Pozostało mi oglądać kotlinę, miasteczko, drzewa iglaste i spokój. To było coś niesamowitego. Przed wyjazdem, Buddysta dał mi symbol Kalachakry, który miał sprzyjać w podróży. I po raz kolejny – skubany – miał rację. Podróż zaczęła się układać. A ja, po raz kolejny, rozpoczynam wędrówkę wgłąb siebie.

Wtorek to rozmowa z trzydziestoparoletnim Paulem, Polakiem, który od dzieciństwa mieszka w Niemczech. O jachtostopie i Francuzach, o ich fanaberiach, ale też o dobrych stronach. Późnym popołudniem postanowiłam iść na spacer i po drodze pytałam napotkanych ludzi, czy mogę zrobić im zdjęcie. Uczę się fotografii, uczę się odwagi w zagadywaniu do obcych.

Uczę się, że niekiedy uśmiech daje więcej niż tysiąc słów. Szczerość spojrzenia i prawdziwa uciecha w oczach tych, którymi ktoś obcy bezinteresownie się zainteresował. Budowanie zaufania, gdy błyska migawka i ten ułamek sekundy, kiedy jestem tylko ja i osoba fotografowana.

Gdy mam wybierać, to wolę ludzi od krajobrazu. Wolę rozmowę w cztery oczy od imprezy na sto osób. Podróż w głąb siebie, gdy dni leniwie mijają w zapomnianym przez świat hostelu jest lepsza niż bieganie z wywieszonym językiem od atrakcji turystycznej do atrakcji. Czy to źle, że zamiast zwiedzać wyspę, która rocznie przyciąga tysiące turystów, siedzę przy drewnianym stole i spoglądam na zachód słońca, żegnając kolejny dzień spędzony w jednym miejscu? Nie. Bowiem czuję się dobrze. A to liczy się najbardziej.

Przyjechali kolejni goście. Czwórka znajomych, pracujących w Dusselsorfie, w siedzibie Trivago. Mając nielimitowany urlop, postanowili uciec od zimy. Trzy dziewczyny: z Kanady, Singapuru i Republiki Południowej Afryki oraz chłopak ze Słowenii. W Trivago są odpowiedzialni za budowanie pozycji firmy na rynku mediów. Jeżdżą od kraju do kraju, negocjując warunki ze stacjami telewizyjnymi, które mają emitować ich reklamy.

Starsza para z Francji pojechała dziś w odwiedziny do córki, która spędza rok na Erazmusie w Las Palmas. Po rozmowie z nimi przy śniadaniu, po głowie zaczął chodzić mi pomysł, by może udać się w Pireneje i znaleźć pracę w małej oberży gdzieś w górach.

z dziennika: „Na nowo uczę się kochać moje życie i szalone pomysły. Gdy kolejna osoba zapyta, co robię, nie odpowiem przecież: studiuję, pracuję… Nigdzie nie mieszkam, nie mam pracy ani zobowiązań. Jak to się stało, że moje życie potoczyło się w tak nieoczekiwanym kierunku? Nawet nie zauważyłam momentu, w którym zaczęłam robić to, za co zawsze podziwiałam innych. Dziś tu, jutro tam, a pojutrze – nie wiem. I wszystko się układa, a ja nic nie muszę. Wśród ludzi nawet nie czuję, że czegoś mi brakuje, wieczorne rozmowy dają namiastkę bliskości, a szczere uśmiechy smakują lepiej niż żarliwe pocałunki. Żyję chwilą, w pięknym miejscu. Rano budzę się razem ze słońcem i wychodzę na taras. Siadam na zbitej z palet ławce z wielkimi poduchami i słucham pszczół latających przy fioletowych makach. Do niczego nie dążę, nie spinam się, nie muszę spełniać oczekiwań. To się chyba nazywa wolność…”

W dzień kobiet, przed południem, podjęłam decyzję: zostaję na Gran Canaria. Nie na tydzień, a na co najmniej do końca kwietnia. Chcę poznać hostelowe życie, słuchać historii, nauczyć się podstaw hiszpańskiego, zawiązać znajomości z mieszkańcami miasteczka.

Wyciszyć się i nie szukać przez cały czas odpowiedzi na pytanie „co dalej?”. Jak dotychczas, spójrzmy prawdzie w oczy, ja motałam się, szukając najlepszego wyjścia z sytuacji, a po chwili – znikąd i nagle – kolejna fascynująca ścieżka otwierała się przede mną sama. Niepotrzebnie spalałam się, myśląc o przyszłości, która co rusz mnie zaskakiwała.

W osiemnaste urodziny miałam sprecyzowane plany: studia we Wrocławiu, a później podróże i praca za granicą. Minęło zaledwie parę miesięcy i… rzuciłam liceum, wyjechałam do Lake District w Anglii. Miałam zostać na dłużej, ale wyruszyłam na Gran Canaria, miałam być tu tylko tydzień, zostaję (na dzień dzisiejszy) dwa miesiące. A w międzyczasie – odkryłam buddyzm, poznałam wspaniałych ludzi, nawiązałam prawdziwe przyjaźnie, wygrałam z bulimią, pokochałam swoje ciało. Czy mogło być lepiej? Szczerze wątpię.

 

Się dzieje się!

 

Z.

4 Comments Add yours

  1. draVska pisze:

    O kurde, się dzieje!
    Ale w końcu po kryzysie ku lepszemu. I tak trzymaj 🙂
    Ciekawe co to będzie z tym jachtostopem…? 😛 Chyba na wzmiance nie pozostanie.
    Szkoda, że wiał wiatr przesycony saharyjskim piaskiem… Ja, kiedy ty wlazłaś w końcu na swoją górę, stałam w tym czasie na Teneryfskim Teide i machałam do Ciebie! 😉

    Polubienie

    1. Dzięki Monia! Się dzieje się, zdecydowanie. Tak jak lubię najbardziej. Choć za jachtostop na razie podziękuję 😉

      Polubienie

  2. Maga pisze:

    Zoszko, skrobnij coś. Potrzeba odskoczni,a Twoje teksty ją dają. Jak się jest zwykłym, średnio odważnym zjadaczem chleba, to tutaj łapie się oddech.Czytam Cię od wywiadu w Sieczkarni. I kibicuję. Mocno.

    Polubienie

    1. Skrobię, skrobię. Może dzięki temu zjadacze chleba przestaną być średnio odważni i zaczną działać?

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s