O tym, jak wylądowałam w jaskini w Artenara. I zostałam na dłużej, jako wolontariusz.

on

Obudziłam się po nocy spędzonej pod Santa Lucia, ptaki już śpiewały, mimo że była dopiero szósta rano. No cóż, ten typ tak ma, że kładzie się z kurami i budzi równie wcześnie. Ale obiecałam sobie, że tego dnia wyruszę dopiero po dziewiątej i robiłam wszystko, by zrealizować to założenie. Dlatego też doszłam do mistrzostwa w jak najdłuższym piciu porannej herbaty, myciu zębów i przyglądaniu się źdźbłom trawy. Co więcej – aby jakkolwiek wydłużyć sobie czas, spróbowałam porannej gimnastyki, a nawet przyszło mi do głowy praktykowanie jogi…

Naprawdę – najgorsze, co człowieka może spotkać to lęk przed samotnym dniem, jednocześnie bojąc się nadchodzącej nocy. Robisz wówczas wszystko, by nie myśleć, a z tych prób wynika tylko jeszcze większe myślenie. To się tak ładnie po angielsku nazywa: overthinking. Myślenie za dużo…

z dziennika: Bo prawdą jest, że od siebie samego nie da się uciec. Nie da się zmusić do robienia czegoś, co jedynie wydaje się nam dobre, a, w rzeczywistości, wcale tego nie chcemy. Nie da się cały czas wmawiać sobie, że dobrze nam w danej sytuacji, jeśli tak wcale nie jest. Ja czułam się na wyspie jak w zamknięciu, jak w klatce – była za mała, by po prostu jechać, a jednocześnie za dużo w niej przestrzeni, by nie czuć się skazaną na pastwę losu.

Tego dnia „wykąpałam” się w toalecie publicznej, udało mi się nawet umyć włosy (a na podłodze wzdłuż umywalek leżały niezamiecione liście). Ruszyłam w stronę San Bartolome. I, po dwóch kilometrach mojej wędrówki, zatrzymała się para jadąca do…Tejeda! To miasteczko leżące w odległości trzykrotnie większej niż z Santa Lucia do San Bartolome. Udało mi się złapać najdłuższego stopa na Gran Canaria! Jechaliśmy około godziny, po drodze mijając Roque Nublo – drugą co do wysokości górę na wyspie – liczącą sobie 1813 m.n.p.n. (Pico de les Nieves jest najwyższą i liczy sobie 1919 m.n.p.m). Drzewa iglaste zastąpiły skalistą roślinność, a niebieskie niebo przysłoniły chmury.

Wysiadałam w Tejeda i znowu – pojawiło się nawracające pytanie „co dalej?”. Pokręciłam się po miasteczku. Ceglaste i białe domy z czerwonymi dachówkami, wąskie uliczki, kolorowe kwiaty i góry wokoło… Trzy restauracje, piekarnia i dwa place z pomnikami. Trzeba zaznaczyć, że na wyspie ludzie stawiają pomniki zwykłym mieszkańcom, ukazując ich podczas codziennych czynności: zbierania pomarańczy, oglądania zachodu słońca, czytania gazety na placu przy kościele. Dzięki temu wydaje się, jakby żyli wśród nas.

Było koło południa. Wiedziałam, że nie zostanę tu dłużej, a na pewno nie na noc. Wyszłam na drogę prowadzącą na północ i, zrezygnowana, wyciągnęłam kciuk. Po parunastu minutach zatrzymała się para w vanie, którą uprzednio mijałam na parkingu przed sklepem. Okazało się, że jadą w kierunku lotniska, a ja wiedziałam jedno – nie chcę wracać na wybrzeże. Więc na poczekaniu stwierdziłam, że kieruję się w stronę Artenara. Nie wiedziałam, co to za miejsce – po prostu: na mapie było najbliżej położoną miejscowością w kierunku północnym. Kierowca stwierdził, że może mnie tam podwieźć i kwadrans później byliśmy już na miejscu. Kolejna mała mieścina, kolejne białe i ceglaste domy, z tą różnicą, że tym razem znajdowałam się po drugiej, północnej stronie gór.

Miałam dojść martwienia się o każdy dzień, szukania miejsca na rozbicie namiotu, marszu w upale i samotności. Weszłam do kafejki i spytałam o miejsce, gdzie mogłabym pracować w zamian za jedzenie i nocleg. Kobieta wskazała hostel na granicy miasteczka.

Postanowiłam spróbować tam swoich siły. Hostel był zupełnie nieoznakowany, toteż najpierw weszłam na prywatną posesję, a później zapukałam do obcych drzwi, myśląc, że jestem na miejscu. W końcu udało mi się dotrzeć.

Jak wiele domów w Artenara, i ten wykuty był w skale. Na tarasie, skąd rozciągał się widok na góry i kotlinę, stały zbite z palet fotele i stół. Wewnątrz – prosta jadalnia, kuchnia i dwa pokoje, łącznie osiem łóżek. Austriak, Christian, który tam pracował, powiedział, że istnieje duża szansa, że uda mi się zostać co najmniej do czwartku, ale zadzwoni do właściciela w poniedziałek, by spytać go o decyzję. Dopiero w następny weekend przyjeżdżał wolontariusz, który miał pomagać, więc do tego czasu powinnam móc zająć jego miejsce.

W hostelu tej nocy spało dwóch Duńczyków, którzy zwiedzali wyspę wypożyczonym autem, dwóch Anglików, lubujących się w pieszych wędrówkach i sportach górskich; Niemiec, który zwiedzał wyspę przy okazji wakacji w Las Palmas; Norweżka, niemająca planu i próbująca żyć dniem dzisiejszym i Czech, najstarszy z nas, który samotnie podróżował po Europie. Wieczorem przy stole rozmawialiśmy o wszystkim: różnicach kulturowych, komunizmie, Brexicie, obozie uchodźców w Calais, edukacji, podróżach…

z dziennika: „Myślę, czuję w kościach, że to jest to. Nie chcę podróżować i być każdego dnia gdzie indziej, pragnę zatrzymać się w jednym miejscu na dłużej. Poczuć je, poczuć ludzi, rozkoszować się dniem. Duszę się we własnym towarzystwie, chcę zwiedzać świat, ale inaczej niż mi się dotychczas wydawało. Muszę wreszcie nauczyć się przestać przed samą sobą zgrywać twardzielkę. Wyluzować. Nie wmawiać sobie, że coś sprawia mi przyjemność, jeśli tak nie jest. Słuchać intuicji. A moja intuicja mówi: nie walcz ze sobą, chcesz tu zostać, to zostań, od bycia dla siebie dobrym jeszcze nikt nie umarł. Cały czas szukam swojej drogi. Podróżowanie bez planu i z namiotem nie okazało się być dla mnie najlepsze. Ciekawa jestem, co, i kiedy, okaże się być moją ścieżką. Niekiedy człowiek musi mocno spaść na twarz, by zrozumieć swoją głupotę. Kiedy zmądrzeję, i czy w ogóle?” 

Dopiero, gdy odzyskałam wewnętrzny spokój, mogłam rozkoszować się wyspą i cudnymi widokami, które roztaczały się naokoło. Dotarło do mnie, że w życiu naprawdę nie chodzi o to, by zdobywać wszystkie możliwe szczyty i robić coś, bo inni tego oczekują. Chodzi o to, by żyć w zgodzie ze sobą. I nauczyć się spokoju. A to, jak się okazuje, jest dla mnie niemałym wyzwaniem.

3 Comments Add yours

  1. draVska pisze:

    Przeczytałam dzisiaj wpis o kryzysie i już miałam wysłać sms, żebyś lapala wodnego stopa na Teneryfe bo tu jesteśmy i razem możemy spędzić dzień czy dwa, a tu taki miły wpis, że znalazłaś ostoję i przystanek na swojej drodze, która w pewnym momencie zaczęła się wydawać co najmniej nieciekawa dla Ciebie. Mam nadzieję, że w tym hostelu poznasz fajnych ludzi i może kompanie dla dalszych tras i podróży? Ja dzisiaj namiętnie postowalam na teneryfskich forach, kto chce wdrapac się że mną na Teide. Ale niestety, angole preferują jedynie płatne wycieczki zorganizowane, a prawfziwi travelersi, którzy chcieliby wejść albo wchodzą, raczej nie należą do grup na fejsie, takich jak ‚teneryfa ogloszenia’ czy ‚i love tenerife ‚ 😂😂😂
    Trzymam za Ciebie kciuki mała! Coś czuję, że w tym schronisku na wolontariacie poznasz kampanię albo będzie to miało jakiś duży wpływ na Twoją podróż. Ściskam, przesyłam pozytywne fluidy i dużo myślę o Tobie! 🙂

    Monika

    Polubienie

  2. magda pisze:

    Idealnie opisany stan podczas samotnej podróży. Czasem wydaje się, że jadąc samemu zyskujemy więcej wolności, że więcej będziemy mogli doświadczyć, później okazuje się, że wszystko smakuje tak samo a kolejne miejsca tylko mijamy czując się coraz bardziej niewidzialnym

    Polubienie

    1. Podróż samemu to zdecydowanie więcej wolności. I nie zgodzę się z tym, że po czasie wszystko smakuje tak samo. Bardziej chodzi o to, że niekiedy koniecznym jest dzielenie się tym smakiem z kimś bliskim…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s