Barranco de Guayadeque, Santa Lucia i wielki kryzys.

Na lotnisku na Gran Canaria wylądowałam o godzinie 16. Szybko przepakowałam plecak i wyszłam z terminala. Prosto na słońce, bardzo silny wiatr, palmy i wprost na…autostradę. Nie wiedziałam, w którą stronę się skierować. Spróbowałam ruszyć w kierunku południa, mimo że początkowo planowałam zacząć zwiedzenie od miasteczka Teror, położonego na północy. Lecz, widząc wielkie hale, masę hoteli i pełno turystów, zrezygnowałam z udania się w stronę stolicy wyspy – Las Palmas. Wyciągnęłam więc kciuk i po chwili zatrzymał się mężczyzna w średnim wieku. Początkowo zdawało mi się, że jest to Hiszpan, ale po chwili okazało się, że pochodzi z Niemiec i na Gran Canaria spędza sporą część zimy.

Chcąc mi pomóc, zawiózł do Bahia Feliz, przy samym Maspalomas, leżącym na południowym krańcu wyspy. Tutaj miałam znaleźć spokojne, ustronne (!) miejsce do rozbicia namiotu (choć jak podkreślał, jest to zakazane, a hiszpańska policja niekiedy bywa dziwna). Nie wiem, jak wyobrażał sobie to kierowca, ale ja, wysiadłszy z samochodu, widziałam przed sobą jedynie  hotele i restauracje. Plaża nawet się zza nich nie wyłaniała, niestety. Toteż, zrezygnowana, wróciłam na drogę. Było już po 17, a z tego, co zdążyłam się zorientować, zmierzch zapadał o 19.30. Stanęłam na przystanku i spróbowałam swoich sił ponownie, postanawiając udać się wgłąb lądu, w stronę północy.

Tym razem zatrzymała się mieszkanka wyspy, posługująca się łamanym angielskim. Kobieta w wieku mojej mamy, włosy miała krótko ścięte. Wyglądała elegancko, jakby dopiero co wyszła z biura. Bardzo sympatyczna.

Pojawił się jednak znaczący problem – kobieta jechała w stronę lotniska. Widać było jednak, że postawiła sobie za cel pomoc mi w znalezieniu noclegu i obdzwoniwszy rodzinę, powiedziała mi, że zawiezie mnie do Barranco de Guayadeque. Był to wąwóz, z którego, według podań, pochodzili rdzenni mieszkańcy wyspy.

Gdy minęłyśmy ostatnie miasteczko, Ingenio, moim oczom ukazał się widok nie z tej ziemi. Po obu stronach wąskiej drogi wznosiły się strome wzgórza, porośnięte górską roślinnością. Ostre skały, ostre kamienie i kolce na łodygach. Co jakiś czas w ścianach wąwozu pojawiały się jaskinie. „Może zasnę w jednej z nich”, myślałam? To wydawało się być najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji, bowiem w gdzie indziej kamieniste podłoże przebiłoby podłogę mojego namiotu. Dojechałyśmy do końca drogi, mijając wykute w skale domy. Przy parkingu działała restauracja, na szczęście późnym popołudniem nie było tu zbyt wielu turystów.

Miałam mętlik w głowie, nie wiedziałam, co dalej. U podnóża góry, zamykającej wąwóz, ktoś założył ogród, gdzie kwitły agawy, żółto kwiatki, a nieopodal stały niewielkie ule. W moim kierunku szedł mężczyzna, który wcześniej, zdaje się, pracował przy roślinach. Zapytałam go, czy mogę gdzieś tutaj rozbił namiot, a on, wskazując za siebie, powiedział, że nie ma sprawy.

Rozbiłam się pod niewielkim drzewie, osłonięta od wiatru. Zagotowałam wodę, zrobiłam sobie herbatę i patrzyłam w spokojne niebo. Jego błękit kontrastował z zielenią wzgórz. Kwiaty wokoło wydzielały silną woń. Panowała cisza i spokój.

z dziennika: „Kto by przypuszczał, że ja będę kiedyś chciała towarzysza podróży? Dziś potrzebuję kogoś, z kim można by pogadać i pośmiać się. Gdy człowiek rozsmakuje się w bliskości, nie chce być sam.”

Kładąc się spać, myślałam o tym, że wyspa jest naprawdę niewielka i nie wiem, co będę robić na niej cały tydzień. Ale na pewno życie mnie zaskoczy i wszystko się ułoży.

W nocy wiał bardzo silny wiatr. Gdy obudziłam się, poczułam, że cały tropik pochyla się nade mną. Gdyby nie łączna waga mojego bagażu i mnie, to namiot mógłby odlecieć.

Obudziłam się rano, aparatem zdołałam uchwycić szczyty gór w promieniach wschodzącego słońca.

Około ósmej rano byłam już spakowana i gotowa do drogi. Miałam do przejścia około 10 kilometrów, by dojść do Aguimes, gdzie chciałam zrobić zakupy i ruszać dalej.

Wędrowałam drogą wijącą się wśród zieleni. Po obu stronach wznosiły się strome szczyty, słońce oświetlało zachodnią ścianę, a ja słyszałam szum rzeki, która płynęła po mojej lewej stronie. Surowa, wyblakła zieleń gór silnie kontrastowała z turkusem nieba. Ptaki fruwały ponad moją głową.

Mniej więcej w połowie drogi do miasteczka obok mnie zatrzymało się auto. Byłam zdziwiona, bowiem tego ranka nie łapałam stopa. Zajrzałam do środka, a tam trzech panów, sporo po siedemdziesiątce, uśmiechało się szeroko i zapraszało do wspólnej podróży. Takim okazjom się nie odmawia, prawda? Wskoczyłam na siedzenie i popędziliśmy.

Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu, a ja dziwiłam się, gdy co jakiś czas kierowca parokrotnie wciskał klakson. To jednak było z jego strony bardzo rozważne – drogi są tu kręte i wąskie, więc, aby ostrzec samochód jadący z naprzeciwka, warto zawczasu poinformować go o swojej obecności.

Wysiadłam w Aguimes i, nie mając mapy ani zbyt dobrego zorientowania w terenie, chciałam ruszyć w stronę Roquo Nublo. Hiszpanie jednak ostrzegali, że to bardzo, bardzo daleko. W miasteczku kupiłam mapę i, siedząc przy fontannie na placu wśród białych domów z drewnianymi okiennicami, rozmyślałam, co dalej.

Oglądałam plan wyspy i mój wzrok padł na Santa Lucia. Nadal kierowałam się na północ. Zaczęłam iść wzdłuż drogi i w palącym słońcu przeklinałam swoje plany zejścia Gran Canaria na piechotę.

z dziennika: „A mówili – tyle razy to słyszałam – uważaj, o czym marzysz, bo marzenia się spełniają. A dziś modlę się, by znalazł się ktoś, kto mnie przygarnie, choćby na parę godzin. Mam dość bycia samej, mam dość palącego słońca i tęsknoty w sercu. Czuję się szalenie pogubiona.”

I rzeczywiście, po dobrej godzinie marszu (i usilnego wysyłania życzeń w kosmos), zatrzymała się furgonetka. Rodzina z Las Plamas. Albano, Lidia i Carlos.

Początkowo mieli mnie podwieźć jedynie do Santa Lucia, ale w trakcie rozmowy okazało się, że jadą do La Fortaleza, muzeum pramieszkańców wyspy. Trzy formacje skalne, które służyły za mieszkania, wśród nich kamienne ścieżki, a u ich stóp – muzeum z archeologicznymi znaleziskami. Co prawda, przewodnik mówił jedynie po hiszpańsku, więc rozumiałam jedynie pojedyncze słowa, jednak z opisów wynikało, że mieszkała tu bardzo dobrze zorganizowana, mądra społeczność. Żyła dzięki hodowli kóz, znała metody mumifikacji zmarłych, a jej członkowie byli ze sobą bardzo zżyci.

Po obejrzeniu eksponatów i spacerze wśród jaskiń, krętą drogą wspięliśmy się z powrotem do Santa Lucia. Myślałam, że tutaj się rozstaniemy, a ja spróbuję dostać się do San Bartolome de Tirajana, a „moja” rodzina pojedzie do domu. Jednak los zaskoczył mnie po raz kolejny – Albano i Lidia zaprosili na obiad. Były więc tradycyjne młode ziemniaczki gotowane w solance i podawane z ostrym sosem mojo. Był kanaryjski ser i bagietka z aioli, sałatka, a na deser – flan karmelowy.

Po obiedzie także się nie rozstaliśmy – pojechaliśmy zwiedzać San Bartolomeo, a w drodze powrotnej do domu, zawieźli mnie pod Santa Lucia, gdzie mogłam spokojnie rozstawić namiot, jak zapewniał kelner z restauracji.

Bardzo doskwierała mi samotność. Po raz pierwszy w czasie moich wojaży marzyłam tylko o tym, by być wśród bliskich. A na wyspie czułam się jak w zamknięciu – była mała, a ja nie wiedziałam, co ze sobą począć. Wieczorem zaczęłam wysyłać życzenia do wszechświata, by cały ten tydzień spędzić z kimś, wśród ludzi. By zapełnić sobie dni rozmowami, śmiechem i spędzać je z kompanami. Wierzę w siłę życzeń. Oby i tym razem się udało.

4 Comments Add yours

  1. V pisze:

    Co to jest modyfikacja zmarłych? Bardzo ciekawy wpis, trzymaj się! Jestem z Tobą duchowo, chciałabym być tam teraz z Tobą i spełniać marzenia. Na bloga wpadłam na chwilę, zostanę na dłużej. Obowiązkowo wklepany do zakładek.

    Lubię to

    1. Już poprawiam 😉
      Zapraszam na dłużej, rozgość się. A i mnie milej zrobi się na sercu, jeśli kolejna osoba będzie tu ze mną, choćby duchowo 🙂

      Lubię to

  2. S.D pisze:

    Witam , widzę że nie jako jedyny szukam wolnosci . Podróżować po całym świecie w poszukiwaniu właśnie tego szczescia. Jestem w trakcie pisania swojej książki droga ku wolności . W poszukiwaniu kolejnych inspiracji chciałbym rzucić wszystko i wybrać się właśnie w taką podróż . Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem . Stąd moje obawy, jeżeli bylabys zainteresowana być moim przewodnikiem ( byłoby mi łatwiej na początku, ogólnie podróżuje sam , jednak taka podróż to już wyższy poziom, )

    To jest to czego szukam , zainspirowało mnie właśnie do tworzenia tej książki .

    Wolność –
    Robisz to co kochasz , nic nie musisz lecz sam tego chcesz . Czujesz się jak ryba w wodzie, czerpiesz radość z tego co masz . Doceniasz każdy wschód i zachód słońca, każdy nowy dzień to dar . Niczego nie szukasz bo już to masz . Nie jesteś przywiązany do rzeczy materialnych,bo to co najważniejsze jest w naszych wnętrzach . Kochasz swiat i ludzi , mimo tego że rani cię nie raz . Z każdym upadkiem wstajesz i dziękujesz za tą lekcje . Mimo dobrych i złych rzeczy na tym świecie i tak wiesz że jest warto . Żyjesz w zgodzie z samym sobą , dazysz do równowagi między tym co mówi serce a rozum . Całe życie jesteśmy uczniami, nie wstydzimy się tego . To jest właśnie w tym piękne , całe życie będziemy się uczyć . A dla Ciebie czym jest wolność?

    Lubię to

    1. Podróżowanie autostopem to wcale nie wyższy poziom, niekiedy jest to o wiele lepsze niż jazda autobusami czy pociągami. 🙂
      Pytanie o przewodnika proszę wysłać mailowo, wolę nie ustalać szczegółów na forum 😉
      A wolność… niejednokrotnie już o niej pisałam. To życie w zgodzie ze sobą.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s