Noc w starej stodole i Wast Water Lake we mgle

Są takie dni, gdy jedyne, czego człowiekowi potrzeba, to spokój i bycie ze sobą sam na sam.

Kierując się tą właśnie potrzebą, w miniony weekend postanowiłam zaszyć się gdzieś na odludziu, by odpocząć i wyłączyć umysł. Spakowałam plecak, wcześniej zarezerwowałam nocleg i kupiłam bilet na pociąg.

Półtora godziny drogi na północ z Grange. Z racji ograniczonych funduszy, skusiłam się na niskobudżetową opcję pt. spanie w dawnej stodole, przerobionej na „camping pod dachem”. Warunki iście spartańskie: zero ciepłej wody, ogrzewania i prąd liczony dodatkowo, według licznika.  Ale przecież: ja wychowałam się na obozach harcerskich i pół życia spędziłam na wypadach pod namiotem! Co to dla mnie, myślałam, pakując do plecaka aparaty, bieliznę termoaktywną i koc.

W lokalnej piekarni kupiłam parę pajów, bym miała, co jeść i wsiadłam w pociąg.

Droga wiła się wzdłuż wybrzeża, mijając małe wioski i zielone wzgórza. Pewnie widziałabym morze i niebieskie niebo, gdyby nie mgła i…mrzawka. Jak się mieszka w Anglii, a szczególnie w Lake District, to – chcąc nie chcąc – człowiek musi pogodzić się z taką a nie inną aurą.

Wysiadałam w Ravenglass, małej mieścinie. Jedyna główna ulica biegnie nad zatoką, gdzie, z racji odpływu, łódki smutno chybotały się na piasku. Minęłam trzy puby, jeden sklepik, gdzie zapytałam o drogę i puste pole campingowe. Aby dojść do miejsca, gdzie miałam spać, musiałam pokonać 7 mil, co równa się ok. 12 kilometrom (choć wydaje mi się, że coś gdzieś pokręciłam i przeszłam co najmniej piętnaście).

Ruszyłam w drogę. Zielone łąki, wzgórza, kwitnące przebiśniegi i owce towarzyszyły mi cały czas. Co rusz przystawałam, by robić zdjęcia.

 

Koło 16 dotarłam do barnu („barn” to po angielsku stodoła). Spodziewałam się…czegoś zgoła innego. No chociażby tego, że nie zastanę otwartych drzwi… Naciskam klamkę, a tu zero oporu. Weszłam do środka, ciemno, na dole był jedynie zlew i toaleta. Wąskimi schodami weszłam na górę, a tam – pomieszczenie mniej więcej trzy na pięć metrów, z wydzielonym miejscem na blat i dwa stoły. W rogu osiem materaców.
Drewniana podłoga, kamienne ściany i stare belki na suficie. Naprawdę ciekawe miejsce.
Po chwili przestało być tak kolorowo, bowiem, gdy usiadłam na materacu, by odsapnąć, z moich ust wyleciały…kłęby pary. Było naprawdę zimno.

Brak zasięgu i fakt, że nie wzięłam żadnej książki sprawiły, że o godzinie 17 położyłam się spać. Ubrana w bieliznę termoaktywną, leginsy, dwie pary grubych skarpet, polar i kurtkę. Owinięta kocem, wczołgałam się do śpiwora. Na szczęście – żaden chłód mnie w nocy nie obudził!

Wstałam o ósmej rano, zjadłam coś i napiłam się lodowatej wody (przecież tu upały, Panie!). Czas ruszać dalej.

Rano spotkałam właściciela, który wydawał się być szczerze zdziwiony tym, że spałam tam sama. W pierwszej chwili myślałam, że chodzi o to, że nikogo ze mną nie ma, dopiero po namyśle doszłam do wniosku, że pan był zdziwiony tym, że W OGÓLE tam byłam. Kto normalny rezerwowałby nocleg w takim miejscu w połowie lutego…?

Z Murt Camping Barn miałam rzut beretem do Wast Water Lake. To najgłębsze jezioro w Anglii (nawet do 8o metrów głębokości). Prosta droga, około dwóch mil na północ. Mijałam Scafell Pike i jedne z najwyższych gór w rejonie, i pewnie byłoby je widać, a ja zachwycałabym się każdym kamieniem, gdyby nie…mgła i deszcz, całkiem niemały.

Stanęłam na urwisku, nad brzegiem wody. Asfaltowa droga wiła się wzdłuż zbiornika, znikając we mgle. Chciałam kontynuować wędrówkę, dojść do jakiejś wioseczki i złapać zasięg.  Po chwili zaczepił mnie mieszkaniec tychże okolic.

– Potrzebujesz wskazówek?
– Nie, dziękuję, idę wzdłuż Wastwater.
– Uhm… – nie wydawał się być przekonany.
– Albo, w zasadzie, to mam dwa pytania. Gdzie leży najbliższe miasteczko i czy jest tutaj szansa na złapanie zasięgu?
– Sygnał powinien być, gdy wejdziesz na tamto wzniesienie – pokazał niemałą górkę. – A najbliższa miejscowość, Gosforth, jest jakieś pięć mil stąd, w odwrotnym kierunku. Wzdłuż jeziora nie ma kompletnie nic.
– Aha… – ujrzyjcie oczami wyobraźni tę minę pełną bólu i rozczarowania.

Każdy z nas poszedł w swoją stronę. Ja wdrapałam się na wzgórze w poszukiwaniu zasięgu, którego jednak nie uświadczyłam.

Gdy wróciłam na drogę, zła i mokra, stwierdziłam, że dość mam pieszych wędrówek. Wyciągnęłam kciuk (a auta jeździły tu z częstotliwością dwóch na godzinę) i…udało się za pierwszym razem! Zatrzymał się ojciec z dwójką nastoletnich synów. Muzyk, grał w orkiestrze, koncertował po całej Europie. Tego dnia mieli wspinać się na Scafell Pike, lecz pogoda (cóż za zaskoczenie!) pokrzyżowała im plany. Podwieźli mnie kilka mil, do Santon Bridge, które mijałam poprzedniego dnia. Tam złapałam kolejną okazję. Zatrzymały się dwie starsze panie – matka z córką – które śmiały się w głos, słysząc o moich poczynaniach.

– No tak, rzeczywiście się zgubiłaś. Jesteś pośrodku niczego.

Podrzuciły mnie do Gosforth. Miałam ambitny plan, by wziąć pociąg do Barrow, a stamtąd jakoś dostać się do domu, ale… była niedziela i pociągi nie jeździły w tym rejonie. Cóż było robić, stanęłam przy głównej drodze i zaczęłam, w coraz bardziej intensywnym deszczu, łapać stopa. Pięć minut, dziesięć, piętnaście… Szłam sobie wzdłuż ulicy i nuciłam pod nosem. Po dobrych dwóch kwadransach zatrzymał się pan z motocrossem na przyczepie, który postanowił zawrócić, by mi pomóc. Pojechaliśmy do Millon, w połowie drogi do Barrow (ok. 20 mil). Mój kierowca planował poćwiczyć triki na motorze.

– W taką pogodę? – zapytałam z niedowierzaniem.
– A co mam robić? Jest niedziela, dzień wolny, wstałem i postanowiłem odciąć się na parę godzin od ludzi. A że mieszkam w Anglii, w tym a nie innym rejonie, to muszę cieszyć się z tego, co mam. To nie słoneczna Brazylia.
– Lepiej bym tego nie ujęła – musiałam przyznać mu rację.

Wysiadłam w Millon, przy stacji kolejowej. Spore miasto. Spojrzałam na rozkład: „w niedziele pociągi na trasie Millon-Barrow nie kursują”.

Zwiesiłam głowę, wyszłam ze stacji i skierowałam się ku szosie do Barrow. To tylko 20 mil, jakoś uda mi się dotrzeć, myślałam. I rzeczywiście, po jakieś godzinie (bagatela) zatrzymało się małżeństwo, jadące po farby do malowania przedpokoju, potrzebne do remontu.

W Barrow udało mi się kupić bilet na pociąg (największy sukces tego dnia!). Wróciłam do Grange.

Jaki był ten weekend? Nieco… mało produktywny. Zmokłam, szwendając się po nieuczęszczanych drogach, byłam w pięknych miejscach, które mogłam podziwiać jedynie oczami wyobraźni, bo biała mgła przysłoniła mi świat.

Czy żałuję? Nie. Odsapnęłam. Poniekąd.

Ale przede wszystkim, opanowałam tryb manualny w aparacie (i z tegoż powodu buzia śmieje mi się najbardziej).

Ściskam,

Z.

A po więcej ciekawych przygód, chodźcie na Facebook’a.  Polubcie, dzielcie się ze znajomymi i komentujcie. Chętnie z Wami porozmawiam.

4 Comments Add yours

  1. Kapitanie napisany tekst i świetna trampowa przygoda a tego co zawarłaś w zdjęciach szalenie Ci zazdroszczę, pomimo mgły i drobnych niedogodności, znowu widziałaś miejsca do których mało kto dotrze. A w tej stodole mogła bym mieszkać na codzień . Odkrywaj, pisz i dziel się z nami dalej.

    Lubię to

    1. Tak, dokładnie ta myśl kołatała mi w głowie – że w te miejsca naprawdę mało kto dotrze. A mi się udaje!

      Lubię to

  2. lemurowa pisze:

    Oj jak zazdroszczę takiego odsapnięcia, nawet w zimnie, ale dla takich pięknych widoków i ciszy warto 🙂 Pozdrawiam

    Lubię to

    1. Aż nie mogę sobie wyobrazić, jak pięknie musi być tam latem! Lub wiosną 💛

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s