Żadna praca nie hańbi

To było lato po moich szesnastych urodzinach. Nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić, a tamtego roku wypasione wakacje nie wchodziły w grę. Postanowiłam zatem, że pójdę do pracy.

Młoda byłam, nie wiedziałam jak zabrać się za to od strony organizacyjnej. Z pomocą przyszedł znajomy znajomego – prowadził myjnię samochodową, potrzebował rąk do pracy na lato. Cieszyłam się jak głupia, w końcu była to moja pierwsza, poważna robota. I do tego z umową! Wówczas nic nie wiedziałam o rynku pracy, a tym bardziej o tym, co nakeży mi się jako pracownikowi i jak to wszystko powinno wyglądać. Miałam szesnaście lat i zarabiałam! To liczyło się najbardziej.
Pracowałam po dwanaście godzin, pięć-sześć dni w tygodniu. Dostawałam pięć złoty na godzinę. A lato było upalne, żar lał się z nieba. Gorący metal karoserii parzył uda, a nagrzane powietrze nie pozwalało nawet na spokojny oddech. Na kolanach odkurzałam wykładziny i siedzenia, w blaszanym garażu myłam szyby i ubłocone opony.

Wytrzymałam miesiąc. Nie dałam rady. Było bardzo ciężko.

Pewnego dnia, zamiast pracować w myjni, w zastępstwie za koleżankę, pojechałam do biurowca, by sprzątać. Do dziś pamiętam to upokarzające uczucie, gdy schylałam się pod krzesło, a obok mnie dwie sekretarki radośnie rozmawiały o najmodniejszym lakierze do paznokci. (Nie wiem zresztą, kto wpadł na pomysł, by sprzątać biura w godzinach ich pracy, ale według mnie: nie było to najlepiej rozegrane logistycznie, zarówno dla sprzątających jak i dla pracowników firmy).

Mimo że nie znałam tam ani jednej osoby, było mi wstyd, że muszę wycierać podłogę pod ich wymuskanymi biurkami.

Tamtego popołudnia postanowiłam sobie, że już nigdy nie będę pracować, sprzątając. Uznałam to za czynność uwłaczającą godności, pracę dla półgłówków, nieznających języka i największe upokorzenie.

 

Od tego lata pracowałam już non-stop. W weekendy i po szkole. Jak najszybciej chciałam się usamodzielnić i nie musieć prosić Mamy o pieniądze (wiedziałam, że uchyliłaby mi nieba, ale nie zamierzałam patrzeć, jak dla mojego widzimisię zaharowuje się na śmierć). Pracowałam jako kelnerka w dwóch knajpkach, pomagałam w biurze, przez całe liceum udzielałam korepetycji z angielskiego. Wszystkie fanaberie finansowałam sobie sama: zaczynając od wyjazdów, przez tatuaże, na sprzęcie elektronicznym kończąc. Później był wyjazd do Londynu i tam znowu – praca za barem.

Jak ognia cały czas wystrzegałam się prac „poniżej godności”: sprzątania, call center etc.

W grudniu przyjechałam do Grange. Mała turystyczna miejscowość, pięknie położona. Mnóstwo kawiarenek, piekarni, sklepików.

Pierwszego tygodnia zakasałam rękawy i dumnie dzierżąc CV, poszłam na podbój czterotysięcznej wsi. Odbijałam się od każdych drzwi z dwóch powodów: albo mieli stałych pracowników, albo nie potrzebowali nikogo, bo zimą panuje martwy sezon. I… byłam w kropce. Co miałam robić? Nie w moim stylu stanie w miejscu i patrzenie, jak czas ucieka mi przez palce.
Na szczęście odezwał się menadżer dużego hotelu. Praca w restauracji, pod krawatem. Byłoby super, gdyby nie to, że płacili połowę najniższej krajowej (ze względu na mój wiek – sic!) i oferowali jedynie 1/3 etatu. Zgodziłam się, oczywiście. Ale, zdesperowana, szukałam dalej.

Przecież znałam język, miałam doświadczenie! A tu jedno wielkie nic.

 

W końcu, po paru dniach intensywnych poszukiwań, zwiesiłam głowę i zadzwoniłam pod numer podany w ogłoszeniu o sprzątanie w Co-op. To sieciowy sklep spożywczy. Sprzątanie rano – od 6 do 8. Dostałam tę pracę.

A później zadzwoniłam także do SLS, sporej firmy, która ma trzy działy: sprzątanie domów wakacyjnych, pralnię i konserwację budynków.  Też mnie przyjęli. Trzy dni w tygodniu, czasem pralnia, czasem sprzątanie.

 

Nagle dostałam jak obuchem w łeb.

Sprzątałam, by zarobić na to, co kocham! A ja przecież wcale nie uważam się za osobę mało inteligentną, a tym bardziej nieznającą języka. Po tygodniu przełamałam wstyd przed lataniem z miotłą, gdy pierwsi klienci Co-op pojawiają się w sklepie. Lepiej Wam powiem – w czasie tych dwóch godzin przychodzi mi ostatnio do głowy mnóstwo pomysłów na siebie, na życie, na pisanie.

 

Jakiś czas temu postawiłam wszystko na jedną kartą i teraz muszę konsekwentnie dążyć do celu.

Wielu ludzi utożsamia się ze swoją pracą. Ja tego nie robię, mam przecież inne zainteresowania, które dominują w moim życiu. Nauczyłam się rozróżniać to, co muszę zrobić, by przeżyć i mieć za co zwiedzać świat, od tego, co jest moim życiem.
W chwilach zwątpienia i braku wiary we własne siły, przypominam sobie, że robię to, by móc prowadzić wyśnione życie. Robię to, by móc skupić się na marzeniach.

I zrozumiałam niedawno, że nie ma takiego czegoś jak „uwłaczająca” praca. Niekiedy naprawdę nie ma znaczenia, co robimy, jeśli ta czynność prowadzi nas do celu.

Pamiętam, gdy byłam w Londynie, czekałam pewnego razu na rozmowę kwalifikacyjną, chciałam załapać się na drugi etat. Siedziałam wówczas w parku i czytałam blog Beaty Pawlikowskiej. Ona także zaczynała od prac dorywczych, odkładała każde pieniądze, by tylko móc podróżować. Pisała o sprzątaniu, a mnie – o dziwo – w ogóle to nie odrzucało.
Zresztą, co jest w nim uwłaczającego?
Ktoś musi to robić, by innym dobrze pracowało się w biurze lub wypoczywało na wakacjach. Nie ma nic złego w myciu podłóg czy polerowaniu luster – praca jak każda inna.

 

I jestem wdzięczna, że nie przyjęli mnie w kawiarence. Dzięki temu mogłam nauczyć się pokory i przeprosić wszystkich tych, którymi do tej pory – jakże niesłusznie – gardziłam.

Bo czy to, że pracuję fizycznie w jakikolwiek sposób sprawia, że jestem gorsza i potrafię mniej? Nie. Czy to odbiera mi moją widzę i umiejętności, pasje i miłość do życia? Nie.

Po raz kolejny przekonałam się, że nie wolno oceniać ludzi po pozorach. Bo nie wiemy, jakie wydarzenia doprowadziły ich do momentu życia, w którym się poznajemy.

 

A ja, dzięki pracy na trzy etaty, mogę za trzy tygodnie wyjechać w paromiesięczną podróż. Mogę mieć porządną kurtkę, dobry sprzęt. Chyba to liczy się najbardziej, prawda?

 

Do napisania,
Z.

2 Comments Add yours

  1. Grażyna pisze:

    No to eureka!

    Polubienie

  2. freshimport pisze:

    Ucz się, ucz – sporo tego w życiu jest, bowiem nieważne czy człowiek podróżuje po świecie czy wcina chipsy 3x dziennie podczas swojej 15-letniej kariery, raczej przecież nie-rozwojowej, we wiejskim hotelu!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s