Kupiłam bilet w jedną stronę do Hiszpanii. I prędko nie wrócę.

Budzę się rano i idę do pracy. Jednej, później drugiej. Niekiedy jeszcze do trzeciej. W międzyczasie piszę i próbuję zagarnąć odrobinę czasu dla siebie. Niestety, nie do końca mi to wychodzi. Wieczorem, jedyne, na co mam ochotę i czas, to gorąca kąpiel i dobry film. A przecież jeszcze niedawno filmy były dla mnie stratą czasu. Wolałam bardziej kreatywne zajęcia.

W grudniu przyjechałam do Anglii, by tu żyć. Żyć, mieszkać, pracować, tak sobie pobyć, bez przymusu i pędu. Nie chciałam powtórki z Londynu: samotności, odkładania każdego grosza. Kupiłam nawet filiżanki do gorącej czekolady. Takie urocze: wypalana ceramika w kolorze turkusowym. Z podstawkami.
Czas – jak zawsze – zweryfikował plany i założenia. I choć nadal pracuję, i żyję, i nie jestem samotna, ani nie boję się wydawać pieniędzy, to jednak nie jest to życie dla mnie. Nie dla mnie praca, która nie cieszy. Nie dla mnie przebywanie wśród ludzi, których wcale się nie czuje. Podziwiam, szczerze podziwiam, tych, którzy wstają rano i idą do roboty, do której się zmuszają. A później przychodzą do domu, jedzą obiad i siedzą, oglądając telewizję lub przeglądając internet. Dwa razy w roku jadą na wakacje, a przez resztę czasu harują jak woły, by zarobić na rachunki, jakiś ciuch, czy wyjście do kina. Podziwiam Was, bo ja po pół roku podcięłabym sobie żyły.
Pracuję z takimi osobami i nie mogę się nadziwić, jak można chwalić się oraniem w jednym, zupełnie nierozwojowym miejscu, przez dziewięć lat, dziesięć, piętnaście. Pięć dni w tygodniu po osiem godzin, żadnych perspektyw, zero kreatywności. Ja znoszę to jedynie dlatego, że mam świadomość, że za cztery tygodnie już mnie tu nie będzie. Inaczej – dawno bym uciekła.

Toteż dwa dni temu kupiłam bilet w jedną stronę. Lecę do Hiszpanii, a raczej na Gran Canarię. Na wyspie spędzę ponad tydzień, a później czeka mnie rejs.

To ciekawe, jak układa się życie. Nie ma w nim miejsca na przypadki i wszystko, co się wydarza, jest po coś. Łapcie przykład.

Pojechałam do Londynu. Za zarobione pieniądze kupiłam bilety do Portugalii dla siebie i Mamcika. Jednak na parę tygodni przed wylotem, pokłóciłyśmy się i okazało się, że nie polecimy. Akurat rozmawiałam z Buddystą, że może zamiast tego my wybralibyśmy się w góry, na co on nie mógł sobie pozwolić, a ja rzuciłam wówczas hasło: „bo przyjadę do ciebie i zamieszkam”. I w następnym miesiącu przyjechałam, by zamieszkać.
Wcześniej, któregoś dnia na Facebook’u mignęło mi wydarzenie „Rejs Gran Canaria-Madera-Giblartar-Malaga”. Tego samego wieczoru pisałam już z kapitanem, ustalając szczegóły. Nie zastanawiałam się ani minuty – jeszcze wówczas nie planowałam wyprowadzki do Anglii.
Parę dni temu podjęłam decyzję o wyjeździe z UK. Rejs okazał się być dobrym pretekstem do ruszenia w dalszą drogę. Dokąd mnie ona zaprowadzi tym razem? Tego nie wiem. Opcje są dwie: albo zostanę w Hiszpanii i znajdę pracę dorywczą, podszkolę nieco język i poznam ciekawych ludzi, albo też po zwiedzeniu Hiszpanii, zacznę wędrówkę po Europie. Bez planu, i grafiku, bez celu i terminów.

Nie mam co wracać do Polski. Przekraczając po raz ostatni próg ogólniaka, a później szkoły zaocznej, zamknęłam przed sobą pewne drzwi. Drzwi tak zwanej kariery i stabilizacji. By móc mieć „kwalifikacje” i być przyjętą do pracy, powinnam ukończyć studia. A, by to zrobić, musiałabym przez parę lat żyć w jednym miejscu, chodzić na zajęcia i zdawać egzaminy. A to nie jest moja ścieżka życiowa. W jednym miejscu czuję się w jak zamknięciu, czuję, że stoję. A ja nie lubię stać.

Moją ścieżką życiową jest świat. Tak, świat. Nie nadaję się na mamę, ani pracownika korporacji, nie lubię grafików i narzucania planu działania. Nie zależy mi na pieniądzach, toteż w ostatnim czasie kreuję w moim umyśle bardzo silną wizję przyszłych miesięcy.

Wyruszę, mając na koncie nieco kasy. Ale na pewno nie będzie to kwota, która pozwoli mi przeżyć bardzo długo. Jednak, nie jest to problemem.

Moim celem nigdy nie było „podróżowanie” samo w sobie, wolałam „życie w podróży”. Te dwa określenia więcej dzieli niż łączy. Jeszcze niedawno nie umiałam powiedzieć, o co dokładnie chodzi, dziś już umiem ubrać w słowa moje założenia.

Pragnę uniknąć gonienia z miejsca na miejsce, odhaczania kolejnych punktów na mapie, atrakcji turystycznych i muzeów. Nie, ja chciałabym zanurzyć się głęboko w kulturę danego kraju, w jego mieszkańców, prowadzić długie rozmowy, obserwować, poznawać państwo nie przez miejsca, a dzięki opowieściom. Nie biec zgodnie z wytyczonym planem, a zbaczać co rusz z obranej ścieżki. Pooglądać motyle, sturlać się z wydm do oceanu, iść na parodniową wyprawę w góry. Gdy zabraknie mi pieniędzy, postaram się o pracę dorywczą, wszak nie jest to problem, by zarobić na chleb i ewentualny nocleg. A, gdy jeszcze powalczę o zlecenia z copywritingu i nauczę się robić wielgachne bańki mydlane, to na pewno mi się uda.

Nie chcę się ograniczać, nie zamierzam zamykać się na żadną z propozycji, które pojawią się znikąd. Jeśli, będąc w Hiszpanii, poznam ludzi szykujących się na wyjazd do Norwegii, pojadę z nimi. Jeśli ktoś zaoferuje mi pracę w winnicy, zgodzę się.

Mam dziewiętnaście lat,  żadnych ograniczeń, zobowiązań czy musu. Jeśli chcę gdzieś zostać, zostaję, iść – idę. Pakuję mój plecak, biorę namiot i daję sobie parę miesięcy na odkrycie Europy. Kawałek po kawałku, miasteczko po miasteczku. Rozmowa po rozmowie. Dla mnie jedynie takie życie ma sens. Żyć, nie wiedząc, co czeka za rogiem, gdzie wylądujesz wieczorem i kogo poznasz na przystanku. To czy dziś trafisz na plażę hipisów czy spędzisz noc w pięciogwiazdkowym hotelu, nie ma znaczenia. Liczy się wolność. Świadomość braku daty powrotu, braku miejsca, gdzie muszę być, pracy, którą muszę podjąć na nowo.

 

I nawet przyznam się Wam do czegoś, tak zupełnie z innej beczki: mimo że byłoby miło, móc cieszyć się tymi chwilami z szerokim gronem odbiorców, nie chcę dopasowywać tego, co się tu ukazuje,  do popytu. Nie będę się zmieniać tylko dlatego, że inne treści miałyby lepsze wzięcie. Niekiedy zastanawiam się, czemu innym udało się wybić ponad średnią i żyć z prowadzenia bloga, a mi nie. A później sama sobie mówię, że wszystko w swoim czasie. Ja zaczęłam bardzo wcześnie, nikt nie osiągnął sukcesu, mając naście lat. A poza tym – co ma być, to będzie. Dla mnie liczy się podróż i doświadczanie. Nie od razu Kraków zbudowano.

 

Trzymajcie za mnie kciuki, proszę.

 

I podpowiedzcie mi, dokąd w Europie mogłabym zawitać? Miejsca dzikie, nieturystyczne, piękne i nieoczywiste mile widziane. 

 

P.S. A jeśli spodobał się Wam wpis, zapraszam do polubienia Życiowej na FB – tam dzielę się codziennymi sprawami, radościami i smutkami. Fajne jest 😉

12 Comments Add yours

  1. prad zmienny prad staly pisze:

    francja pasmo „pireneji” wybacz pisownie bo nie pamietam, ALE jest tam pewna prywatna gora nalezaca do jednego hipisa, ktory wiecznie zaprasza tam artystow i robi wernisaze.
    Jak się tam dostać: postaraj sie zlapac na stopa busa z hipisami w okolicy(taki busa dom) jezeli w srodku poza nimi beda zwierzeta prawdopodnie wygralas wycieczke tam.
    Wymagania: francuski

    Lubię to

    1. Dziękuję, brzmi jak marzenie! A że francuski znam, to raj mam jak na wyciągnięcie ręki 😀

      Lubię to

  2. Forest Brownie pisze:

    Bądź wolna, nie… BĄDŹ WOLNA ! Żyj tak jak chcesz i tak jak kochasz, to co piszesz jest niesamowire. .. Nigdy nie daj się ściągnąć w dół.

    Lubię to

    1. Nigdy nie dam się ściągnąć w dół i będę wolna, przecież wiesz 😉

      Lubię to

  3. Kris pisze:

    😮 czuję się jakbym czytał o sobie. Ten sam rocznik, ten sam kierunek, takie samo spojrzenie na życie. Być może kiedyś się spotkamy 😏 Powodzenia!

    Lubię to

    1. Powodzenia i do zobaczenia w drodze! 🙂

      Lubię to

  4. Mari pisze:

    Jak kiedykolwiek wybierze się Pani na Grenlandię proszę o info. Jestem bardzo ciekawa realiów życia w takim miejscu. Podziwiam za odwagę w życiu na spontana. Życzę powodzenia w realizacji marzeń życiowych.

    Lubię to

    1. Grenladnia? O tym jeszcze nie myślałam, ale właśnie zaczęłam intensywnie! Będę pisać 😉
      I nie ma czego podziwiać, trzeba działać! Dziękuję!

      Lubię to

  5. Oliwier pisze:

    Proponuję Islandię, cudowny kraj 🙂

    Lubię to

    1. Nie kuś, bo wiadomo, że nie pogardzę 😉

      Lubię to

  6. Islandia, czy wbrew pozorom Rumunia są pięknymi miejscami. Czytając Twojego bloga towarzyszyła mi fascynacja jak i delikatne przerażenie. Fascynacja przez Twoje pragnienie przygody czy zwiedzania. A przeraża mnie świadomość życia z dnia na dzień.

    Lubię to

    1. Rumunia to jedno z piękniejszych miejsc, w jakich byłam dotychczas!
      Cieszę się, że mój blog wywołuje tak rożne odczucia – to znaczy że działa 😉

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s