Moja kobiecość jest bardziej kobieca od Twojej

Tytuł przewrotny. Bo to wcale nie jest prawda.

Na świecie żyje przeszło siedem miliardów ludzi. Połowę z tego stanowią kobiety. Kobiety piękne, silne, mądre, zabawne i seksowne.
Tylko ułamek z nich zdaje sobie z tego sprawę, niestety. Większość postrzega siebie same jako za grube, brzydkie, zbyt niskie, za wysokie lub za głupie. Nie doceniają siebie, grają kogoś, kim nie są. Pieniądze wydają u kosmetyczek, w sklepach z ładną bielizną, u fryzjerów. Dbają o siebie, i nie ma w tym absolutnie nic złego. Ale wiele z nich kieruje się także tym, co szepce podświadomość – starają się być piękne, zauważone, docenione. Próbują zamaskować niepewność i nielubienie tej osoby, której odbicie widzą w lustrze.
A gdy przed nim stają, wciąż coś nie pasuje: zła fryzura, nie taka linia ramion, zbyt wąskie biodra, za szeroka talia.

Udają pewne siebie, uśmiechają się wymalowanymi na czerwono ustami, a wewnątrz wciąż są małymi dziewczynkami, czekającymi na aprobatę. Chcą być kobietami – w stu procentach. Dać z siebie (pozorne) wszystko.

Idą przez życie, ale go nie czują.

Dziewięćdziesiąt procent najbliższych mi osób stanowią kobiety. I wiecie, co Wam powiem? Jeszcze się taka nie pojawiła, która akceptowałaby w pełni to, jak wygląda i co sobą reprezentuje. Tak, łatwo jest powiedzieć: „to niech zaczną nad sobą pracować”. Tej osobie odpowiem jedno: „idź na kurs udzielania dobrych rad, bo jak dotąd to musiałeś mieć chujowych nauczycieli”.

Każdy z nas ma kompleksy, to fakt niezaprzeczalny. Sama takowe miałam (i nadal mam) i dzięki tym uroczym potworkom w mojej głowie, mówiącym „źle!”, wpadłam w zaburzenia odżywiania, na bardzo długi i smutny czas.

I przez ten bardzo długi czas byłam święcie przekonana, że to jak wyglądam, wpływa na to, kim jestem. A mówiąc „to, kim jestem”, mam na myśli: to, czy jestem „kobieca” czy nie.

Otóż nie, nie tędy droga.

Parę lat temu chodziłam w krótkich spódniczkach. Moich głębokich dekoltów nie powstydziłaby się niejedna koleżanka. Cyc do przodu i lecimy. W tamtym czasie – czułam się świetnie! Miałam świat u stóp – tak sobie myślałam. Patrząc z perspektywy, śmiać mi się chce na samo wspomnienie. Co osiągnęłam wyzywającym wyglądem? Nic. Ani mi pewności siebie nie przybyło, ani przyjaciół. Dobrze, że wrogów także nie było więcej 😉

W życiu człowiek wiecznie poszukuje. Siebie poszukuje. Myśli, że znajdzie go na zewnątrz, w kieszeni kolejnych spodni lub w uśmiechu przechodnia mijanego na chodniku.

Ale to tak nie działa. Nie znalazłam siebie ani w kusych sukienkach, ani w glanach, kolorowych włosach czy wielkich kolczykach. Owszem – za każdym razem swoim wyglądem, poniekąd, wyrażałam siebie. Bo przecież każdy wie, że jak Cię widzą, tak Cię piszą, a najbardziej liczy się pierwsze wrażenie.

Ale niedawno dotarłam do kolejnego etapu poszukiwań. Siebie poszukiwań.

Pojęłam – po raz pierwszy w życiu – o co tu w ogóle chodzi. Nie chodzi o wygląd, a o to, co sobą reprezentuję. I o pewność siebie płynącą nie z tego, jakie fatałaszki przywdzieję, a z tego, że kocham samą siebie. Bo to tutaj tkwi klucz do sukcesu: by znaleźć szczęście w tym, jak wyglądamy bez ulepszeń. Chodzi o to, by nago stanąć przed lustrem, bez makijażu i ułożonej fryzury  i móc powiedzieć: „wow, jesteś śliczna, lubię Cię i Ty nie potrzebujesz żadnych ozdobników”.

Jakiś czas temu przestałam nosić sukienki, a zamiast tony biżuterii mam tylko bransoletkę z sodalitu na lewym nadgarstku, która ma pomagać mi w mówieniu tego, co chcę powiedzieć, bez lęku i zahamowań. Nie maluję się i nie stoję godzinami przed lustrem. Już nie muszę.

Nie muszę ciągle – sobie i światu – czegoś udowadniać. Dorosłam. Do siebie wreszcie dorosłam.

Zrozumiałam, że kobiecość płynie z wnętrza, że to potężna siła, której pokłady trzeba odkryć bardzo głęboko w sercu i umyśle.

Sukienki nie są potrzebne po to, by kobieta była kobietą. By czuła się piękna i seksowna. By doceniła swoją osobę. Sukienki, kosmetyki i fryzury tego nie uczynią – będą miłym dodatkiem dopiero wówczas, gdy ona naprawdę w to uwierzy.

Ja nadal lubię sukienki, lecz nie utożsamiam ich już ze szczęściem.
Szczęścia nie znalazłam w wyglądzie, lecz w pasji. I to jej ścieżką zamierzam podążać.

 

Ponieważ kobiecość nosimy w sobie, a nie na sobie, Kobiety kochane.

 

Z.

 

 

Ikona wpisu 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s